QUADERNI
6 lipca 1943 r.
Czekając, aż przemówi Jezus, ja zabieram głos, by wyjaśnić kilka spraw. Zapewne Ojciec zauważył, że pod datą 28 czerwca znajduje się modlitwa do Przenajświętszej Krwi. Jednak, choć Jezus użala się, że Jego Krew jest zbyt mało czczona, nie nakazuje władczo, aby ta modlitwa została rozpowszechniona. Natomiast ta z 4 czerwca, w zadośćuczynieniu Jezusowi Utajonemu w Najświętszym Sakramencie, nie dawała mi spokoju, dopóki jej nie wysłałam. Jezus daje mi do zrozumienia, że tę modlitwę trzeba bardzo odmawiać, i osobiście każe mi ją odmawiać z podyktowanym przez Niego zwrotem "...z ręki szatana". Przykro mi być nieposłuszną wobec cenzora kościelnego. Ale między nim a Mistrzem wybieram Mistrza. Zresztą, nawet gdybym chciała postąpić inaczej, nie udałoby mi się to. Tak jak przykro mi powiedzieć, że nie znam tego, kto napisał tę modlitwę. Ależ ja Go znam! Lecz On kryje się za anonimowością. Daje nam formułę doskonałą w swojej zwięzłości, kompletną, jaką tylko On mógł ułożyć, prosi, by ją odmawiano, i tyle. Toteż tym, którzy są stąd daleko, mówię, że napisała ją pewna chora kobieta. Napisana: to określenie bardzo szerokie. Mogę napisać Boską Komedię, jeśli się do tego cierpliwie przyłożę. Ale z pewnością nie ja ją skomponowałam. Podobnie i teraz. Ja ją napisałam, a On ją skomponował. Ale sąsiadom, którzy mogliby zapytać, gdzie jest ta chora kobieta, mówię: "Nie wiem, kto napisał tę modlitwę". Gdybym powiedziała: "Ja ją napisałam", spotkałyby mnie pochwały, które byłyby niesprawiedliwe. Gdybym powiedziała, kto ją podyktował, ludzie uwierzyliby w to na dwa różne sposoby. Jeden z nich - trudno! - zniosłabym, myśląc o Jezusie nazywanym "szalonym"[123]. Ale drugiego nie chcę, żeby mówiono. Bo jeśli Jezus pochyla się, prawdziwie miłosierny Samarytanin, nad moją duszą, która jest cała jedną raną, to jest to dowód Jego nieskończonego Miłosierdzia, a nie mojej zasługi. Czuję, z taką samą pewnością, jakbym już tego doświadczyła, że gdyby weszła we mnie pycha, wszystko by się skończyło. Mówiłam o tym Ojcu dziś rano. To moje osobiste przekonanie, a dobry Jezus potwierdza je, mówiąc mi, że "pycha zabija wszystkie cnoty, a miłość przede wszystkim. Pociąga więc za sobą utratę światła Bożego. Pyszałek - wyjaśnia mi Jezus - nie traktuje dobrego Ojca Niebieskiego ze świętym szacunkiem, nie ma miłosiernego serca dla braci, uważa się za wyższego ponad słabości ciała i przepisy Prawa. Grzeszy więc nieustannie, i to tym samym grzechem, który był przyczyną upadku najpierw Lucyfera, a potem Adama i potomstwa Adama. Ale przede wszystkim zabija miłość. Niszczy więc jedność z Bogiem". A propos miłości. Proszę Ojca, by gorąco nalegał na ten temat wobec Sióstr ze Szpitala. To zrozumiałe i wybaczalne, że są zmęczone, zapracowane, zdenerwowane, ciągle wzywane i przywoływane przez wymagających i nieraz niewdzięcznych chorych. Ale noszą szatę miłości. Miłości czynnej i najświętszej działalności. Mają w rękach dusze cierpiące w cierpiących ciałach, dusze, które niekiedy spotykają oblicze Boga w Jego służebnicach, właśnie na szpitalnych salach, dusze, które mogą być bliskie spotkania z wiecznym Bogiem na sądzie szczegółowym. Och, jakąż odpowiedzialność ma ten, kto pielęgnuje chorego! Może on swoim postępowaniem przeszkodzić kontaktowi, spotkaniu dwojga, którzy - przynajmniej z jednej strony - szukali się, nie mogąc się spotkać. Ból bardzo często jest łańcuchem, iskrą, magnesem między Bogiem a stworzeniem. Ale im bardziej i im dłużej stworzenie nie zna Boga, tym bardziej trzeba umieć wykorzystać ten środek - chorobę - z nieskończoną miłością, aby dusza poszła tam, gdzie Jezus przyciąga ją do swego miłującego Serca, a nie uciekła od niego zgorszona, zraniona, sceptyczna, widząc, że służebnica Jezusa jest... pękiem pokrzyw zamiast być aksamitnym pękiem fiołków. Inni chorzy mogą być letnimi katolikami... Ale jak mogą się zapalić, jeśli są otoczeni sercami, które pod płonącym sztandarem Krzyża są zimne jak martwe ciało? Powierzać dusze Jezusowi, przyjmować te biedne dusze, które życie rzuca na bolesne wybrzeża szpitala niczym licznych rannych i zrozpaczonych rozbitków, zbierać je z miłością, leczyć je, uspokajać, zaszczepiać w nich trzy wzniosłe cnoty teologalne, inne najsłodsze cnoty kardynalne, prowadzić je ku Światłu. Sprawić, by - w życiu, jeśli pokonają chorobę, albo w śmierci, jeśli nadejdzie godzina śmierci - wychodziły ze szpitala, czy z życia, mając w duszy, rozpaloną przez litościwą siostrę pielęgniarkę, Światłość, która nie umiera. Jeśli wielką odpowiedzialnością jest być matką chrzestną przy chrzcie, to jakąż odpowiedzialnością jest bycie "matką chrzestną bólu i śmierci"? Byłam pielęgniarką i wiem, i współczuję. Ale nie wszystkie nimi były. Po co gorszyć, dawać powód do szemrania, ranić dusze, zamykać je w godzinie, kiedy powinny być najbardziej otwarte, uderzając w nie brakiem miłości? Niech mi wybaczy Ojciec i niech wybaczą mi Siostry. Ale przez litość dla nich, które będą musiały odpowiedzieć - za siebie i za dusze, którymi się opiekują - przed wiecznym Sędzią, oraz przez litość dla tych, którzy cierpią w ciele i tak bardzo potrzebują światła w duszy, błagam, by Ojciec usilnie nalegał na miłość, która "czyni z nas gotowe służebnice", jak mawiało nasze motto pielęgniarek samarytańskich. Z miłości płynie dla pielęgniarki cierpliwość, spokój, uśmiech (tak pożyteczny dla cierpiącego i tak bohaterski). Wszystko przychodzi w tym życiu, a pocałunek Chrystusa przychodzi w drugim (czasem także i w tym) - ten pocałunek, który jest paszportem do Królestwa Bożego. Co do chorej Ojca, niedomagającej od 14 lat, będę się za nią modlić, cierpiąc. Będę szczęśliwa, jeśli mój ból wyjedna jej widzenie naszego boskiego i słodkiego Jezusa. Jest głucha i niema. Ale nawet gdyby była ślepa, Jezus zawsze mógłby zajaśnieć w jej ciemności i przemówić do jej zgasłych bębenków usznych. Wystarczyłoby, żeby odsłonił się na chwilę... Potem nie można już wyjść z Jego bruzdy światła... Będę się wiele modlić za tę sparaliżowaną w kończynach, tak jak modlę się za inne dusze, które Ojciec prowadzi, a które są mniej lub bardziej obciążone duchowo. Och, chciałabym wiele cierpieć, by wznosić się do Boga, ciągnąc za sobą, jak lot aniołów, całe zastępy dusz. Nie boję się cierpieć zbyt wiele, bo cierpię, aby sprawić przyjemność Jezusowi. A teraz dziękuję za tę zupełnie niespodziewaną niespodziankę. W niedzielę złożyłam prawdziwą ofiarę, odrzucając pokusę kupienia książki: "Życie Jana Marii Vianneya", którą dano mi do przeczytania. Ale czy widzi Ojciec, jak dobry jest Pan? Kiedy kontempluję Jego boską dobroć, łzy napływają mi do oczu. Bo we wszystkim, co otrzymuję, widzę Jezusa. To ręka Jezusa daje mi to czy tamto. To odczucie tak żywe, że mówię najpierw "dziękuję" Jezusowi, a potem tej litościwej osobie, która, natchniona przez Jezusa, niesie pociechę biednej Marii. Jezus stoi jak ekran między mną a światem, i widzę Go nakładającego się na wszystko i na wszystkich. Zatem: dziękuję, Ojcze, że poszedł Ojciec za natchnieniem Jezusa i dał mi... Zaczyna mówić Jezus, a ja milknę. Mówi Jezus: "To, że przestałem cierpieć w ciele, było ulgą dla mojej Matki, ale nie było «radością». Widziała, że Ciało Syna już się nie wije w bólu, wiedziała, że skończyła się groza materialnego bogobójstwa. Ale w «Pełnej Łaski» była też znajomość wieków przyszłych, w których niezliczone rzesze ludzi miały wciąż duchowo ranić jej Syna, a Ona była sama. Bogobójstwo nie skończyło się na Golgocie, w godzinie mojej śmierci. Powtarza się ono za każdym razem, gdy któryś z moich odkupionych zabija swoją duszę, znieważa żywą świątynię swego ducha, wznosi świętokradczy umysł, by Mnie bluźnić - nie tylko sprośną, plugawą mową, lecz tysiącem sposobów dzisiejszego życia, coraz bardziej przeciwnych mojemu Prawu i coraz bardziej neutralizujących niezliczone zasługi mojej Męki i Śmierci. Maryja, wzniosła Współodkupicielka, nie przestaje cierpieć, tak jak Ja nie przestaję. W nietykalnej chwale Niebios cierpimy za ludzi, którzy się Nas wypierają i obrażają Nas. Maryja jest wieczną Rodzicielką, która wydaje was na świat z bólem bez porównania, bo wie, że ten ból rodzi nie błogosławionych dla Nieba, lecz w większości potępionych dla Piekła. Wie, że rodzi stworzenia martwe albo przeznaczone, by wkrótce umrzeć. Martwe - bo w niektóre stworzenia moja Krew nie przenika, jakby były z twardego jaspisu. Od najmłodszych lat zabijają same siebie. Albo przeznaczone, by wkrótce umrzeć - to znaczy ci, którzy po pozorach chrześcijańskiej żywotności ulegają swej bezwładności, której nic nie porusza. Czyż może Maryja nie cierpieć, widząc, jak giną Jej stworzenia, które kosztują Krew Syna? Krew przelaną za wszystkich, a przynoszącą pożytek tak niewielu! Kiedy czas przestanie istnieć, wtedy Maryja przestanie cierpieć, bo liczba zbawionych będzie dopełniona. Zrodzi Ona wówczas, w niewysłowionym bólu, ciało, które nie umiera, którego Głową jest Jej Pierworodny. Jeśli to rozważycie, dobrze zrozumiecie, jak ból Maryi był bólem najwyższym. Zrozumiecie, jak - wielka w Niepokalanym Poczęciu, wielka w chwalebnym Wniebowzięciu - Maryja była największa w cyklu mojej Męki, to znaczy od wieczora Ostatniej Wieczerzy aż do świtu Zmartwychwstania. Wtedy była Ona drugim - co do liczby i mocy - drugim Chrystusem, i gdy niebo pociemniało nad dokonaną tragedią, a zasłona Świątyni się rozdarła, nasze Serca rozdarły się tą samą raną, widząc niezmierzoną rzeszę tych, dla których Męka okazała się bezużyteczna. Wszystko dokonane[124] w owej godzinie, jeśli chodzi o ofiarę materialną. Wszystko dopiero do rozpoczęcia, jeśli chodzi o wędrówkę ludów bruzdą Kościoła, w łonie Matki Dziewicy, by wydać na świat mieszkańców Jerozolimy, która nie umiera. I aby zacząć od tego znamienia Krzyża, które musi nosić wszystko, co powstaje dla Nieba, zaczęło się to w bólu samotności. Była to godzina ciemności. Niebiosa zamknięte. Nieobecny Przedwieczny. Syn w śmierci. Maryja sama zaczynała swoje drugie mistyczne poczęcie". A teraz ja kończę. Mówiłam więc: dziękuję, Ojcze, że poszedł Ojciec za natchnieniem Jezusa i dał mi sposobność ponownego przeczytania Życia Proboszcza z Ars[125]. Bardzo mi się ono podoba, bo był on duszą ofiarną. Co do mnie, w moim cierpieniu jestem spokojna jak dziecko w kołysce i jak ptaszek pod skrzydłem matki. Moje Słońce pełni dla mnie funkcję życia, ukojenia bólu, wszystkiego. Trwam pod jego blaskiem i jestem szczęśliwa. Czy Ojciec kiedykolwiek obserwował gołębie? Kiedy tylko mogą, przycupują w słońcu, otwierają skrzydełka, unoszą je na przemian, by słońce mogło ucałować je pod skrzydłami, unoszą główki i patrzą, z widoczną satysfakcją, powiedziałabym niemal ze zwierzęcą błogością, na złote słońce. Są szczęśliwe, że ono je ogrzewa, i nie wiadomo, jak mogą tak długo wytrzymać pod ognistym promieniem, który spada na nie prostopadle z tej gwiazdy. Wyglądam jak gołąbka pod słońcem. Trwam tam, wpatrzona, nieruchoma, i się nie ruszam, rada, że pozwalam się ogarniać, trawić Jego ogniem, z nadzieją, że wkrótce zostanę pochłonięta, przyciągnięta do Niego. Oh, moje Słońce! Jak Ojciec dobrze powiedział, ktoś inny musiałby doświadczyć tego, co ja doświadczam, żeby to zrozumieć... Na próżno usiłuję wyjaśnić, czym jest ta Światłość: Pokojem, Majestatem, Wiedzą, Pięknem... Nie. Nie da się powiedzieć, czym jest dla duszy ten niegasnący, niewysłowiony, radosny blask.
PRZYPISY
[123] nazywany "głupim", jak w Ewangelii Marka 3:21 i Jana 10:20; żałosny Samarytanin, jak w przypowieści opisanej w Ewangelii Łukasza 10:29-37.
[124] Wszystko się dokonało, jak w Jana 19:30.
[125] Życie Curé d'Ars, czyli wspomnianego Jana Marii Vianneya, świętego (1786-1859).