QUADERNI

21 lutego 1944 r.

Przez cały dzień mam przed oczami ukrzyżowanego Jezusa oraz Maryję i Jana u stóp krzyża. Dziś rano, gdy przyjmowałam Komunię Świętą, wydawało mi się, że stoję przed żywym ołtarzem, ponieważ Oni tam byli i patrzyli na mnie swoim spojrzeniem nadprzyrodzonej miłości. Czym jest Komunia przeżyta w ten sposób – tego nie da się opisać. Pod wieczór zaczęłam odczuwać w sobie te słowa: "To nie było namaszczenie, które miałam nadzieję dla ciebie przygotować". Wypowiedziane głosem kobiecym. Głosem pełnym, ciepłym, o barwie kontraltu, głosem pełnym pasji. To nie jest słodki głos Maryi, młodzieńczy, czysty, dziewiczy w swych jasnych, sopranowych tonach. Rozumiem, że przemawia nowa istota, ale nie potrafię nadać jej imienia ani twarzy, dopóki nie ukaże mi się wizja. Widzę wciąż izbę, w której Maryja płacze w gościnnym domu. Jest tam wciąż, siedząc na swoim miejscu, zgarbiona, wyczerpana, oszpecona wielkim płaczem. Kobiety również tam są. I przy świetle oliwnych lamp przygotowują wonności, mieszając je – po wyjęciu z różnych naczyń – w moździerzu, a następnie wkładając z powrotem do naczyń o szerokich otworach, łatwych do przetrząśnięcia palcami, by wydobyć z nich balsamy. Kobiety pracują płacząc. A Maria Magdalena, której twarz naznaczona jest płaczem jak oparzeniem, wypowiada te słowa, które sprawiają, że wszystkie kobiety płaczą jeszcze mocniej. Potem, gdy skończą wszystko przygotowywać, owijają się szalami lub płaszczami. Maryja także wstaje. Lecz one otaczają Ją, przekonując, by nie szła. Byłoby zbyt okrutne, gdyby musiała ponownie ujrzeć Syna, który o świcie trzeciego dnia po śmierci jest już z pewnością cały poczerniały od rozkładu, posiniaczony, jaki był. A poza tym Ona jest zbyt wyczerpana, by móc chodzić. Nie robiła nic innego, jak tylko płakała i się modliła. Nigdy nie jadła, nigdy nie odpoczywała. Niechże pozostanie spokojna i zawierzy się im. One z miłością uczennic wypełnią rolę Matki, otaczając to święte Ciało wszelką troską potrzebną do ostatecznego przygotowania do pogrzebu. Maryja ustępuje. Magdalena, klęcząca u Jej stóp, lecz osunięta na pięty, w swej zwykłej pozie, obejmuje Jej kolana i patrzy na Nią swą twarzą spaloną płaczem, obiecując, że powie Jezusowi o całej miłości Matki, gdy będzie Go jeszcze raz namaszczać. Ona wie, czym jest miłość. Przeszła od miłości nikczemnej do miłości świętej ku żywemu Miłosierdziu, które ludzie zabili, i umie kochać. Jezus powiedział jej to już owego wieczoru, który był porankiem jej nowego życia – że umie bardzo kochać. Niech Matka jej zaufa. Ona, odkupiona, która wtedy tak czule umiała pieścić stopy Jezusa, teraz potrafi pieścić Jego rany i namaszczać je, bardziej miłością niż maścią, aby Śmierć nie mogła naruszyć tego Ciała, które tyle miłości dało i tyle jej otrzymało. Głos Magdaleny jest pełen namiętności. Przypomina aksamit owijający organy, tak bardzo brzmi jak głos organów złagodzony ciepłymi, namiętnymi tonami. Słychać w nim duszę, która drży. Która umiała drżeć. Która musiała drżeć i kochać. A teraz, gdy Jezus ją zbawił, umie drżeć i kochać dla Miłości Bożej. Nie zapomnę tego kobiecego głosu, który jest wyznaniem duszy tej kobiety. Nie zapomnę go już nigdy. Kobiety wychodzą, niosąc lampę. Dom jest cały pogrążony w ciemności, tak samo ulica. Ledwie widać nikły blask, tam, w oddali, na wschodzie. Chłodne, czyste światło kwietniowego świtu. Ulica jest cicha i pusta. Kobiety, wszystkie owinięte w płaszcze, idą bez słowa ku Grobowi Jezusa. Ja nie idę z nimi. Wracam do Maryi. Jezus każe mi wrócić do Niej. Ona, teraz gdy jest sama, znów zaczęła się modlić, klęcząc przed welonem Weroniki, rozłożonym wzdłuż boku półki, przytrzymywanym przez płótno pogrzebowe i gwoździe. Modli się i rozmawia ze swoim Synem. Wciąż ten sam ból. Zmieszany z nadzieją, która ją niepokoi. [Następują fragmenty 12-16 rozdziału 616 oraz całe rozdziały 618 i 620 dzieła EWANGELIA] Jak Ojciec może zrozumieć, podczas gdy Jezus komentował wizję spotkania z Matką po Zmartwychwstaniu, jednocześnie dawał mi wizję swego Zmartwychwstania w grobie oraz spotkania z Magdaleną. Jestem cała uszczęśliwiona. Zanurzona w świetle zmartwychwstałego Chrystusa, radosnym, spokojnym świetle! Mogłabym oddać Ojcu zeszyt, bo z ludzkiego punktu widzenia "wszystko się dokonało". Lecz Mistrz mówi mi, że jest jeszcze jedna rzecz do dołączenia. I czekam. Nieco później mówię do Jezusa: "Jaka radość, Panie, nie widzieć Cię już tak cierpiącego i widzieć uśmiechniętą Mamę!". A On: "Lecz nie oddawaj się tej słodyczy. Nie tym chlebem masz się karmić. Lecz bólem twego Boga i łzami Maryi. Musiałem uprzedzić ten widok, by spełnić obiecany dar. Lecz teraz jest czas boleści i musisz kontemplować Boleść. Ojciec M. pragnął mieć to wszystko na Wielkanoc. Lecz Ja chcę, aby było to przygotowaniem do Wielkanocy dla niego i dla wielu innych. Dlatego powiedz mu, że gdy dopełnię tego moim ostatnim darem, on musi porzucić wszystko inne, co ma w rękach, i poświęcić się temu. Aby mogło to zostać rozpowszechnione na czas. Tak chcę."

Zatem: Wydawało mi się, że zostałam przeniesiona wolą Bożą do chłodnego ogrodu, gdzie wznosi się Grób. Przed nim, którego ciężki kamień był zamurowany, a na wapnie odciśnięto pieczęcie – wyglądały jak wielkie rozety wyciśnięte w tynku i nie można ich było usunąć bez ujawnienia włamania – stały straże Świątyni, na wpół uśpione, częściowo siedzące, częściowo stojące oparte o głaz Grobu. Niebo zaledwie zaczyna jaśnieć, tak że wszystko widać w zielonkawym, niepewnym świetle, które zdaje się drżeć pod chłodnym wietrzykiem świtu. Wszystko jest ciche. Ptaki jeszcze się nie obudziły. Z nieba, na którym wciąż trwa wspomnienie kilku gwiazd – nieba, które wygląda jak z błękitnego jedwabiu, jaśniejszego na wschodzie, ciemniejszego na zachodzie – wystrzeliwuje jakby ognista rakieta podobna do strzały, zakończona rozżarzoną kulą światła. Zstępuje bardzo szybko, przecinając powietrze i migocząc w spokojnych przestrzeniach. Świetlisty meteor wywołuje przy upadku huk podobny do trzęsienia ziemi, lecz nie jest to huk dysonansowy, ale podobny do tego, jaki wielkie piszczałki ogromnych organów mogą wywołać pod sklepieniami katedry przy uroczystym "Gloria". Jest potężny i harmonijny, i wypełnia swoim głosem poranne powietrze. Straże zrywają się przerażone i rozglądają się dokoła. Lecz błyskawica blasku jest już nad nimi i uderza w ciężki kamień, wzmocniony w swym zamknięciu podporą z wapna, którym został zabezpieczony, i ten głaz, jakby był kruchą zasłoną z bibułki, wali się przewrócony na ziemię, z hukiem i wstrząsem trzęsienia ziemi, który powala straże, jedne twarzą do ziemi, inne na wznak, gdzie leżą potem jakby zemdlone. Nieobecne. Nie wracają do siebie. Leżą tam jak wiązka kukiełek, którym przerwano sznurki trzymające je w pionie. Są śmieszne. Ognista rakieta, o wiele szybsza, niż ja jestem w stanie to opisać – bo od chwili pojawienia się na niebie do dotarcia do Grobu minęło zaledwie kilka chwil, nie minut, lecz ułamek minuty: mgnienie – przenika do ciemnego grobu i oświetla go fantasmagorycznym światłem, które zdaje się zdobić wszystkimi klejnotami kamień ścian, sklepienia, podłogi. A gdy jego blask trwa, zawieszony w powietrzu niczym esencja tego światła, światło to przenika Ciało leżące pod pogrzebowymi bandażami. Nieruchoma postać wydaje z siebie długie westchnienie. Widzę, jak płótna unoszą się na piersi, a potem znów opadają. Chwila przerwy, a potem nagłym ruchem Chrystus powstaje. Rozplata, musi rozpleść pod swymi płótnami ręce skrzyżowane na dolnej części brzucha, otworzyć ramiona, zerwać się do pozycji siedzącej, potem stojącej, bo chusta, płótna i całun gwałtownie się rozsuwają, i te pierwsze padają na ziemię, a całun zsuwa się na kamień namaszczenia i pozostaje tam, na wpół zwisający, jak zwiotczała, pusta powłoka. Jezus jest już przyodziany w swą lśniącą, białą szatę, bez śladu krwi czy ran, Boska Głowa cała uczesana i promieniejąca, bez żadnego innego znaku swej straszliwej Męki poza promieniami wychodzącymi z Ran, które, niczym pięć ogni, odbijają swe światło na Boskiej Osobie i otaczają Ją aureolą skrzyżowanych promieni, wznoszących się i opadających z Rąk i Stóp, promieniujących kręgiem ze środka Piersi. Rany w Boku nie widać. Zakrywa ją szata. Lecz jaśniejsza od wszystkich jest, jak słońce ukryte za jedwabiem, jasność na Jego Piersi. Mniej świetliste, lecz tak piękne, dwie anielskie istoty, które z pewnością wraz ze światłem przeniknęły do Grobu, a których ja, pochłonięta kontemplacją Jezusa, nie dostrzegłam wcześniej, klęczą po obu stronach rozbitego wejścia i adorują. Są to istoty bezcielesne, o ludzkim kształcie, lecz utworzone ze światła, tego najbłogosławieńszego "światła", które widziałam[149], że jest, w kontemplacji Raju, właściwością jego duchowych mieszkańców. Jezus, po adoracji aniołów, wychodzi z Grobu, przechodzi między strażami oślepionymi omdleniem, przechodzi przez ogród. Gdy w nim postępuje, tchnąc na wszystko swym boskim blaskiem, zroszone trawy jaśnieją, rozpalone Słońcem piękniejszym niż słońce, które przed chwilą ukazało się na niebie, i pod pocałunkiem ciepłego, pachnącego wietrzyku pochylają się i podnoszą łagodnie, jakby czciły przechodzącego, uśmiechniętego i błogosławiącego Zbawiciela; jabłonie, które nieliczne kwiaty pryskały bielą, otwierają swoje niezliczone korony, a nad głową Jezusa tworzy się lekki, pachnący, spieniony obłok tysięcy i tysięcy rozkwitłych kwiatów, o barwie ledwie różowawej bieli, któremu na błękitnym niebie odpowiada mały obłoczek przypominający różową zasłonę, a ptaki, rozbudzone tak wielkim światłem, śpiewają wszystkimi swymi trelami w rozkwitłym ogrodzie. Jezus zatrzymuje się, by przemówić do mnie pod jabłonią, która jest cała jak kula kwiatów, z których niejeden płatek opada, bardziej zakochany niż inne, by pieścić policzki swego Pana, i osiada u Jego stóp, kwiat pośród kwiatów ziemi. Nie widzę Magdaleny inaczej, jak tylko wtedy, gdy Jezus mi ją wskazuje. Podobnie, pochłonięta Nim, nie widzę już, co dzieje się ze strażami, ani nie zauważam, kiedy się wymykają. Nie widzę już nawet aniołów, lecz rozumiem, że są w Grobie, bo jego mrok został rozjaśniony anielskim światłem. Magdalena płacze niepocieszona. Nie wiem, jak to możliwe, że nie rozpoznaje Jezusa. Może On zaciemnia jej wzrok, by móc zawołać ją pierwszy. Lecz gdy ją woła, ona "widzi" Go takim, jaki jest i jaki jest naprawdę: triumfującym, i wydaje okrzyk bezgranicznej, uwielbiającej miłości, który wypełnia cały rozkwitły ogród, i pada twarzą w zroszoną trawę u stóp Jezusa. Wizja kończy się tutaj.

PRZYPISY

[149] Widziałam 10 stycznia.