QUADERNI
20 lutego 1944 r.
Jak już Ojcu powiedziałam, dzisiaj nie miałam innej kontemplacji niż ta Krzyża z moim Jezusem, który patrzy w dół, ku stopom swojej szubienicy; patrzy na Maryję i Jana, którzy, stojąc niemal odwróceni plecami do mnie, patrzą w górę, na Jezusa. Rozjaśniła mi się ona, gdy słuchałam Mszy transmitowanej przez radio z Francji, a dokładnie podczas Sanctus. Tak wyraźna i tak przemawiająca do ducha, że powiedziałam sobie, iż Msza widziana w ten sposób jest czymś z Nieba. Potem nastąpiło piekło bomb… Lecz nawet ten koszmar nie zdołał unicestwić wizji, którą miałam. Trwała i trwa przez cały dzień. Mogę więc powiedzieć Ojcu, że Maryja ma na sobie swoją zwykłą, bardzo ciemnoniebieską suknię, w którą jest cała spowita, a Jan ubrany jest w bladofioletową szatę z jasnym, orzechowym płaszczem. Widzę z ukosa bardzo bladą twarz Maryi, bladą nawet w ustach wygiętych w bolesny łuk. Wygląda na kobietę liczącą sobie ponad sześćdziesiąt lat, tak bardzo oszpeca Ją ból - Ona, która w chwili śmierci Syna nie ma jeszcze nawet pięćdziesięciu. Widzę też z ukosa Jana, o pięknej młodzieńczej twarzy spowitej głębokim bólem, również bladego i jakby postarzałego w ciągu kilku godzin. Tylko jego długie, jasne włosy, nieco jaśniejsze od włosów Jezusa, są wciąż takie same i lśnią złotymi refleksami, gładko uczesane i miękkie. Widzę natomiast naprzeciw Jezusa w całej pełni Jego sińców i ran, z twarzą już naznaczoną zbliżającą się śmiercią, całkowicie oszpeconą w porównaniu z tym, jaki był przed Męką. Zauważam, że Krzyż jest bardzo wysoki. Stopy Jezusa znajdują się na wysokości nie mniejszej niż dwa metry od ziemi. Nie widzę nic więcej ponad to. Wydaje się, że to moment, w którym Jezus powierza Jana Matce. [Następują fragmenty 1-13 rozdziału 613 dzieła Ewangelia]