QUADERNI

20 stycznia 1946 r.

Podczas robótek ręcznych kontempluję w myślach moralną postać Jezusa Chrystusa. Myślę, że gdybym mogła mieć namalowany Jego obraz, zgodnie z moimi wskazówkami, a więc możliwie najbliższy temu, czym było Jego Najświętsze Oblicze Człowieka, chciałabym, aby pod nim napisano zdanie, które byłoby "wszystkim", czym był Jezus z Nazaretu. Myślę o słowach "Przyjdźcie do Mnie", "Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem", "To Ja jestem, nie bójcie się". Ale czuję, że to jeszcze nie jest to, czym moja dusza chce określić "Chrystusa". Święty Azariasz mówi do mnie: "Jezus jest Kompendium miłości Trójcy. Jezus jest Kompendium tego, czym jest Trójca Święta i Jedność Boga. Jest Doskonałością Trzech streszczoną w Jednym. Jest nieskończoną, wieloraką Doskonałością streszczoną w Jezusie. Otchłań Doskonałości, przed którą w uwielbieniu padają na twarz zastępy niebieskie i błogosławione rzesze Raju. Otchłań Miłości, którą mogli i mogą pojąć i przyjąć tylko ci, którzy posiadają miłość. Stąd wyjaśnia się, jak archanioł, który był duchem łagodnym i świętym, mógł stać się Duchem Zła. Lecz nie był święty na tyle, by być całą miłością. To miara miłości, jaką ktoś ma w sobie, wyznacza miarę jego doskonałości i jego niepodatności na wszelkie zepsucie. Gdy miłość jest pełna, nic więcej nie może wejść, by zepsuć. Cząstka, która nie kocha, jest łatwym wyłomem dla wniknięcia pierwszych pierwiastków, które nie są miłością. A one napierają, poszerzają się, zalewają i pochłaniają dobre pierwiastki, aż je zabiją. Lucyfer miał niepełną miarę miłości. Upodobanie w sobie samym zajmowało w nim przestrzeń, w której nie mogło być miłości. I to była wyrwa, przez którą wdarła się, niszcząca, jego deprawacja. Z jej powodu nie mógł pojąć i przyjąć Chrystusa-Miłości, Kompendium nieskończonej, jedynej, trójjedynej Miłości. A to, że dziś jeszcze bardziej rozpowszechniona jest herezja przecząca Bożemu Człowieczeństwu Drugiej Osoby i czyniąca z Niego zwykłego dobrego i mądrego człowieka, łatwo wytłumaczyć tym kluczem: brakiem miłości w sercu ludzkim, niezdolnością do miłości, ubóstwem w posiadaniu miłości. Zważ, duszo moja, że zarówno w czasach Chrystusa, jak i później, w Jego erze, zawsze były dwa punkty, na których najbardziej upierał się zuchwały rozum człowieka, który nie może uwierzyć, jeśli nie jest pokorny i pełen miłości: że Chrystus był Bogiem i Człowiekiem, dokonującym czynów czysto duchowych, za które był znienawidzony nawet przez najbliższych i dlatego zdradzony, oraz że ustanowił Sakrament Miłości. Wtedy, teraz, zawsze ci, którzy "nie mają miłości", heretycko mówili i będą mówić, że Bóg nie może być w Jezusie i że Jezus nie może być w Najświętszej, uwielbianej Eucharystii. Dlatego, duszo moja, gdybyś miała kazać napisać jedno słowo pod wizerunkiem Boga-Człowieka, powinnaś kazać napisać: "Jestem Kompendium Miłości"." I święty Azariasz milknie, adorując. Cóż za pokój! Jaki pokój we mnie, jakie światło, jakie poczucie dobrego samopoczucia umysłowego, jakie ukojenie myśli odpowiedzią, która ją całkowicie przekonuje, rodzą się podczas i po anielskiej lekcji! Z moim skarbem zamykam zeszyt i wracam do pracy ręcznej, podczas gdy umysł kontempluje, nasycony, otrzymaną lekcję. Później odczytuję ponownie, rozmyślam i zatrzymuję się na zdaniu: "Lucyfer nie był święty na tyle, by być całą miłością". W tym wzniosłym pojęciu, jakie mam o aniołach, nie mogę pojąć, jak duch, jakim jest duch anielski, mógł mieć jakieś braki. Zawsze było to dla mnie niepokonane zdumienie wobec grzechu aniołów! I nigdy nikt nie dał mi wyjaśnienia, które by mnie przekonało, jak istoty duchowe, stworzone przez doskonałą Wolę Bożą, w stworzeniu, w którym brakowało jeszcze pierwiastka "Zła", jeszcze nieuformowanego, kontemplujące wieczną Doskonałość, i tylko ją, mogły zgrzeszyć. Teraz zdanie: "…nie na tyle święty, by być całą miłością" zatrzymuje mnie, budząc na nowo moje pytanie: "Jak to mogło się stać?". Święty Azariasz mówi mi: "Aniołowie są wyżsi od ludzi. Mówię "ludzie", by nazwać istoty tak zwane, złożone z materii i ducha. W takim razie to my jesteśmy wyżsi, cali duchowi. Ale pamiętaj, że gdy w człowieku żyje Łaska i krąży Krew Ciała Mistycznego, którego Głową jest Chrystus, gdy siedem Sakramentów wzmacnia go od narodzin aż do śmierci, w każdym stanie i w każdej fazie życia, wtedy w was, "żywych świątyniach Pana", widzimy Pana i uwielbiamy Go w was, i wtedy wy jesteście wyżsi od nas, jesteście "innymi Chrystusami" i macie to, co zwie się "Chlebem aniołów", lecz Chlebem jest tylko dla ludzi. Mistyczny, nienasycony głód Eucharystii, który jest w nas i który każe nam tulić się do was, gdy się Nią karmicie, aby poczuć Boską woń tego doskonałego Pokarmu! Lecz by wrócić do punktu wyjścia, mówię ci, że w aniołach, różniących się od was naturą i doskonałością, jest, tak jak w was, wolność woli. Bóg nie stworzył niczego jako niewolnika. Na początku w Stworzeniu nie było nic prócz Porządku. Ale Porządek nie wyklucza wolności. Owszem, w Porządku jest doskonała wolność. W porządku nie istnieje też, jako czynnik przymuszający, lęk przed najazdem, wtargnięciem, anarchią innych woli, które mogłyby powodować zderzenia i ruiny, wnikając w orbitę i tor innych stworzonych istot czy rzeczy. Takim był cały Wszechświat, zanim Lucyfer nadużył swej wolności i z własnej woli wprowadził w siebie nieporządek namiętności, by wywołać nieporządek w doskonałym Porządku. Gdyby był całą miłością, nie miałby w sobie miejsca na nic, co nie byłoby miłością. Tymczasem znalazło się w nim miejsce na pychę, którą można nazwać nieporządkiem rozumu. Czy Bóg mógł temu zapobiec? Tak. Ale po cóż gwałcić wolną wolę najpiękniejszego, najbardziej inteligentnego archanioła? Czy wówczas On sam, Najsprawiedliwszy, nie wprowadziłby nieporządku we własną, uporządkowaną Myśl, nie chcąc już tego, czego wcześniej chciał, to jest wolności archanioła? Bóg nie uciskał wzburzonego ducha, by przemocą uczynić go niezdolnym do grzechu. Jego niegrzeszenie nie miałoby wówczas żadnej zasługi. Także dla nas konieczne było "umieć chcieć Dobra", by wciąż zasługiwać na radość oglądania Boga, Nieskończonej Szczęśliwości! Bóg, tak jak zechciał mieć u swego boku wzniosłego archanioła w pierwszych dziełach stwórczych i chciał, by znał on przyszłość Stworzenia miłości, tak też chciał, by znał godną uwielbienia i bolesną konieczność, którą jego grzech nałożyłby na Boga: Wcielenie i Śmierć Boga, aby zrównoważyć zgubę Grzechu, jaka powstałaby, gdyby Lucyfer nie przezwyciężył w sobie pychy. Miłość nie mogła mówić innym językiem. Pierwsze unicestwienie Boga zawiera się w tym akcie łagodnego pochylenia się nad pysznym, niemal błagania go - poprzez ukazanie mu tego, co jego pycha narzuciłaby Bogu - by nie grzeszył, by nie prowadzić innych do grzechu. Był to akt miłości. Lucyfer, już stawszy się szatanem, wziął to za lęk, słabość i zniewagę, za wypowiedzenie wojny; i wszczął wojnę przeciw Najdoskonalszemu, mówiąc: "Ty jesteś? Ja także jestem. To, co Ty uczyniłeś, dla mnie uczyniłeś. Nie ma Boga. A jeśli jakiś Bóg jest, to ja nim jestem. Uwielbiam samego siebie. Ciebie nienawidzę. Odmawiam uznania za mego Pana tego, kto nie potrafi mnie pokonać. Nie powinieneś był stworzyć mnie tak doskonałym, jeśli nie chciałeś rywala. Teraz ja jestem i jestem przeciw tobie. Pokonaj mnie, jeśli potrafisz. Lecz ja się ciebie nie boję. Ja również będę tworzył; i z mego powodu zadrży twoje Stworzenie, bo wstrząsnę nim jak strzępem chmury porwanej przez wiatry, bo cię nienawidzę i chcę zniszczyć to, co jest twoje, aby na jego ruinach stworzyć to, co będzie moje. Nie znam i nie uznaję żadnej innej potęgi poza mną. I nie uwielbiam już, nie uwielbiam już, nie uwielbiam już nikogo innego prócz siebie samego". Zaprawdę, wówczas w Stworzeniu, w całym Stworzeniu, od głębi po głębię, nastąpił straszliwy wstrząs wywołany grozą świętokradczych słów. Wstrząs, jakiego nie będzie nawet na końcu Stworzenia. I z niego narodziło się Piekło, królestwo Nienawiści. Duszo moja, czy rozumiesz, jak narodziło się Zło? Z wolnej woli - uszanowanej jako taka przez Boga - tego, który nie był "całą miłością". I wierz, że nad każdą winą popełnianą od tamtej chwili ciąży ten oto wyrok: "Tu nie ma całej miłości". Miłość pełna zakazuje grzeszenia. I to bez wysiłku. Kto kocha, nie trudzi się, by osiągnąć sprawiedliwość! Miłość unosi go wysoko ponad wszelkie błoto i niebezpieczeństwa, i oczyszcza go z chwili na chwilę z ledwie dostrzegalnych niedoskonałości, jakie wciąż istnieją nawet w ostatnim stopniu dopełnionej świętości, w tym stanie, w którym duch jest tak zaawansowany, że jest prawdziwie królem, złączonym już duchowymi zaślubinami ze swoim Panem, ciesząc się o jeden tylko stopień mniej tym, czym jest życie błogosławionych w Niebie, tak bardzo Bóg daje się i objawia swemu błogosławionemu synowi. Chwała Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu."