QUADERNI
21 stycznia 1946 r.
Mówi Jezus: "Trzydzieści trzy dni temu powiedziałem ci: "Nie dam nic więcej, dopóki nie zobaczę wszystkiego uporządkowanego, jak wymaga roztropność". I powiedziałem ci to w taki sposób, że wolałaś, aby nie tylko tobie, ale wyraźnym dyktandem powtórzyć to również temu, kto cię prowadzi. I osiem dni później[1], mając ku temu sposobność, zadowoliłem cię. Teraz wszystko jest na swoim miejscu, przepisane, poprawione tak, jak trzeba. Powtarzam raz jeszcze, że w sprawie tak poważnej i przy tak wyczerpanym narzędziu należy nie dopuszczać do gromadzenia się pracy, lecz przepisywać ją na bieżąco i na bieżąco poprawiać, aby żadna jej część nie pozostała niedokończona na wypadek śmierci czy czegoś innego. Nigdy nie nadużywajcie zaufania, które przestaje być roztropnością. Czyńcie tak, jakby każda godzina była ostatnia, i bądźcie zawsze na bieżąco ze wszystkim. Niech będzie to brane pod uwagę również przy staraniach, by pozostać przy narzędziu, dopóki wszystko nie zostanie dokonane. Bolesne doświadczenia jesieni 1944 roku napiętnowały rzeczniczkę, która mówi: "Nie mogę ufać innym i gdybym miała pozostać sama, nie przekazałabym już ani jednego słowa". Ale te bolesne doświadczenia nie były udziałem tylko jej! Także ty, Romualdzie, ich doświadczyłeś. Także ty widziałeś, jak postąpiono, i choć cierpiałeś przez to o wiele mniej — ponieważ cierpienie Marii było najgłębsze, tak że odcisnęło na niej niezatarty ślad nawet w ciele — musisz zrozumieć, że nie trzeba powtarzać tego faktu. W tym przypadku zaaprobuję pragnienie Marii i nie pozbawiając jej radości widzenia, pozbawię was wszystkich radości posiadania, ponieważ nie każę napisać już ani jednego słowa. Nie mogę pozwolić, aby z tej pracy uczyniono kpinę czy coś niewiele lepszego. Ani też, by pozostała ona w rękopisie, nieprzepisana na maszynie i niepoprawiona. Mamy do czynienia ze światem tępym i złym, choć jest to świat kościelny — ze światem, który nie zajmuje się sprawdzaniem, by zatwierdzić, słysząc Mnie w tym dziele, lecz który całą swoją uwagą dokonywałby wiwisekcji dzieła, by znaleźć słowo, które — czy to z powodu trudnego pisma rzeczniczki, czy przez błąd przy przepisywaniu — mogłoby wydać się błędem teologicznym lub choćby tylko historycznym. To jest prawda. I Ja czuwam, aby ta zła wola została zawiedziona. W tych trzydziestu trzech dniach dałem tylko dwie wizje ewangeliczne. I dałem je, ponieważ chciałem przez nie przemówić do ciebie, Romualdzie, jak to często czynię. Te moje sceny ewangeliczne są lekcjami. Lekcjami także dla codziennego, osobistego życia i dla szczególnych przypadków. Gdyby tak nie było, rozpoczynając wizje, nie dawałbym pojedynczych, nieregularnych scen, jak to czyniłem, lecz rozpocząłbym od pierwszego słowa czterech Ewangelii i kontynuował w porządku. Dałem natomiast epizody potrzebne w tamtych chwilach, aby podtrzymać rzeczniczkę w wielkim krzyżu, który miała wkrótce nieść (styczeń–marzec 1944), w tym, który niosła (maj–październik 1944), oraz aby ewangelizować Józefa B., walczącego z szatanem, by przygotować go do dyktanda, które oddzieliło go na zawsze od niego i od jego herezji. Potem, gdy ustały te dwie wspomniane wyżej potrzeby, prowadziłem regularnie i w porządku odbudowę ewangeliczną. Ale wiele razy przemawiam do ciebie, Romualdzie, poprzez nią albo poprzez dyktanda nieewangeliczne, które daję. Wszystkie są dane, aby być dla ciebie przewodnikiem i światłem. I tak, aby ci pomóc, dałem ci te dwa ostatnie w sposób nadzwyczajny, ponieważ nie chciałem dawać niczego nowego, dopóki wszystko, co już dane, nie będzie uporządkowane. Teraz pamiętaj i rozważ, że tak jak milczałem przez 33 dni, mógłbym milczeć na zawsze. I uczyniłbym tak, gdyby sprawa napotkała przeszkody, które mogłyby zaszkodzić dziełu. Ty widzisz, że Maria sama z siebie nic nie może. Nie widzieć, nie mówić. Gdybyś, na próbę, powiedział jej: "Powtórz jeszcze raz ostatnią wizję", zobaczyłbyś, że zabrakłoby nie tylko słów, ale i opis wydarzenia byłby ułomny i ubogi. Pozbawiona mojego światła, Maria jest zwykłą, biedną kobiecinką. Pozostaje w niej tylko duchowy sens otrzymanej lekcji, co zwiększa jej wolę postępowania świątobliwie we wszystkim, zgodnie z otrzymaną nauką. Ale rozum nie korzysta z tego, co widziała. Wizja minęła, wizja, której jej umysł nie potrafi już powtórzyć. Gdybym Ja, z roztropności, nie mając już sposobu utrwalenia drukiem tego, co ona pisze, przestał żądać od niej opisów tego, co widzi i słyszy, nie mielibyście już ani jednego słowa. Córka byłaby nadal i zawsze w moich ramionach. Ale wszyscy inni pozostaliby bez dalszych lekcji. Rozważ to i spraw, by inni też to rozważyli. A teraz lekcja właśnie tylko dla ciebie, sługo Mi drogi. I nie jest to wyrzut, nie bierz go za taki. To pieszczota Tego, który cię kocha i nie chce, byś stawiał kroki naiwnie fałszywe lub niepotrzebne. Nie miałbyś tego za złe, gdyby dobry ojciec powiedział ci: "Daj mi rękę, poprowadzę cię po wyboistej ścieżce", albo: "Widzisz, synu mój? Ten kwiat, ta jagoda nie są dobre. Wyglądają na dobre, ale takie nie są. Dlatego nigdy ich nie kosztuj. Kryją w sobie szkodliwe soki". Podobnie w tobie, nieśmiertelne dziecko, nie powinno być bólu z tego, że Ja pouczam cię w jakiejś sprawie. Ty należysz do mojego zastępu: do tych bez podstępu, którzy w gruncie rzeczy są bezbronni wobec przebiegłego świata i szatana, najbardziej przebiegłego w swoich dziełach. To chwała. Ale to również nieustanne niebezpieczeństwo. A Ja tym bezbronnym udzielam szczególnej pomocy właśnie dlatego, że tacy są, aby nie zostali oszukani przez zwodnicze pozory. Ty nie możesz mierzyć nadprzyrodzoności jedną miarą. Nadprzyrodzone jest wszystko to, co wykracza poza świat naturalny. Czyż nie tak? Ale w nadprzyrodzoności, w tym, co pozanaturalne, są dwa nurty, dwie rzeki: ten, który pochodzi od Boga, i ten, który pochodzi od Nieprzyjaciela Boga. Zjawiska, ujmowane zewnętrznie i powierzchownie, są niemal identyczne, ponieważ szatan potrafi naśladować Boga z doskonałością zła. Ale znakiem tego, co moje, jest głęboki pokój, ład obecny w zjawiskach, który udziela się temu, kto jest obecny; innym znakiem jest wzrost naturalnych zdolności rozumu i pamięci, ponieważ nadprzyrodzoność rajska jest zawsze Łaską, a Łaska zwiększa również naturalne zdolności człowieka, aby jej przejawy mogły być dokładnie zapamiętane. W zjawiskach, które nie są moje, jest natomiast zawsze jakieś wylanie "czegoś", co niepokoi albo pomniejsza zwykłą nadprzyrodzoną powagę, wywołując ciekawość, dając to poczucie wesołego i pustego zainteresowania, jakie macie, gdy idziecie na widowisko w teatrze, na pokaz żonglerów i tym podobne. W zjawiskach, które nie są moje, jest zawsze nieporządek, jest — po trzasku olśniewających race — dym i mgła, które odbierają czystość wcześniejszemu światłu, tak że widzieliście i słyszeliście, lecz potem nie pamiętacie niczego z całkowitą dokładnością i popadacie w sprzeczności, nawet mimo woli. Szatan swą pazurzastą ręką miesza i miesza, aby wyszydzić i wyczerpać. Wreszcie, najdokładniejszy znak jest w samym podmiocie. Mojemu działaniu w jakiejś istocie odpowiada zawsze działanie tej istoty. Wyjaśnię się. Kiedy Ja nauczam, wszystko przekształca się w tym, kto jest nauczany. Rodzi się w nim chętny pośpiech, by czynić to, co mówię, i nie poprzez powolne etapy wznoszenia się, jak to bywa przy zwykłej woli uświęcenia, lecz przez szybkie, a jednak trwałe przemiany dusza wznosi się i przechodzi od tego, czym była, do tego, czym Ja chcę, aby była. To dusze pochwycone przez "dobrą wolę". Ona miele i niszczy wszystko, co było przeszłością, wszystko, czym było wcześniejsze ja, i odbudowuje je w nowej formie na mój wzór. Są niestrudzonymi twórczyniami swojej nieśmiertelnej jaźni. Widzą, że zmieniają się na dobre. Ale nigdy nie są zadowolone z osiągniętego stopnia dobra i pracują, aby dojść do jeszcze większej doskonałości. Nie z własnej pychy, lecz z miłości do Mnie. W duszach, które przeciwnie, są fałszywymi kontemplatyczkami, fałszywymi narzędziami, tej niestrudzonej metamorfozy brakuje. Oni, będąc w tym wypadku uczniami szatana, pasą się i rozkoszują tym, co mają. A czasem, na początku, rzeczywiście otrzymali dar ode Mnie. Urządzają sobie kolebkę w pysze bycia "czymś". I to "coś" rośnie z dnia na dzień jak przekarmione zwierzę. Karmi się bowiem nadmiernie pychą, którą szatan cicho i obficie rozlewa wokół nich. To "coś" staje się wielkie, coraz większe, potworne. Tak. Potworne. Jest potworem, ponieważ traci swój pierwotny wygląd, mój wygląd, a przybiera wygląd szatański. Zakładają sobie aureolę fałszywych świateł. Wykorzystują mniej lub bardziej względną sławę, by się ukoronować. I kontemplują samych siebie. Mówią: "Jestem w porządku. Już doszedłem!". I tak się zaślepiają, że nie potrafią dostrzec tego, kim są. I tak ogłuszają się, że nie potrafią usłyszeć różnicy między głosami przemawiającymi w nich. Tak bardzo różny jest mój głos od głosu szatana! Ale już go nie słyszą. A gdy Ja się wycofuję, szatan daje im to, czego pragną: próżności. I zdobią się nimi… Cóż może uczynić Bóg tym, którzy chętnie wybierają zło, przedkładając mieniącą się szatę, blask świateł, oklaski nad krzyż, nad nagość, nad ciernie, nad ukrycie, nad wytrwałą pracę nad sobą i wokół siebie w Dobru i dla dobra swego oraz innych? Co ma czynić Bóg wobec tych aktorów świętości, pełnych baśni i kłamstw? Bóg się wycofuje. Pozostawia ich ojcu Kłamstwa i Ciemności. A oni pławią się w darach, które szatan daje im w nagrodę za ich postępowanie. Uważają się za "świętych", ponieważ widzą, że udają im się rzeczy pozanaturalne. Nie wiedzą, że są one płodem ich pychy, którą karmi szatan. I nie stają się lepsi, wiesz? Nie stają się lepsi. Nawet jeśli pozornie się nie cofają, nawet dla najbardziej powierzchownych widać, że się nie poprawiają. Romualdzie, uważaj na wielobarwne migotanie, które rozwiewa się we mgle! Ja zawsze pozostawiam światło i rzeczy konkretne, uporządkowane, jasne. Uważaj na fałszywych świętych, którzy są bardziej zgubni dla mojego triumfu niż wszyscy jawni grzesznicy. Nadprzyrodzoność świętości istnieje. To Ja ją wzbudzam. Trzeba ją przyjąć i w nią wierzyć. Ale niech nie będzie przyjmowany od razu każdy słoiczek, na którym napisano: "Olej nadprzyrodzonej mądrości", ani każda zamknięta księga, na której napisano: "Tu jest Bóg". Niech się nie okaże, że z pierwszego wydobywa się smród piekła, a z drugiej — formuły heretyckie. Przypatrzcie się także temu, jaki jest zewnętrzny wygląd naczynia i księgi, gdzie i jak lubią przebywać. Przypatrzcie się, pozostawiając już język obrazowy, czy dana osoba jest pokorna aż do przesady, czy jest święcie pracowita aż do przesady. Jeśli widzicie, że jej dążenie do Dobra jest powolne albo go w ogóle brak, otwórzcie oczy. Otwórzcie je dwa razy, jeśli dostrzegacie w tej duszy upodobanie w tym, by być zauważoną. Otwórzcie je trzy, dziesięć, siedemdziesiąt razy, jeśli uznacie ją za pyszną i pogrążoną w kłamstwie. Pokój tobie, Romualdzie Mario. Pokój tobie, Mario".
PRZYPISY
[1] osiem dni później, 25 grudnia 1945 r., w ostatnim z "dyktand" tego dnia.