QUADERNI
14 lipca 1946 r.
[Poprzedza rozdział 22 KSIĘGI AZARIASZA]
Jezus uczy nas umierać. Mówi Jezus: "Podyktowałem Godzinę Świętą[1] dla tych, którzy jej pragnęli. Odsłoniłem moją Godzinę Konania w Getsemani, aby dać ci wielką nagrodę, bo nie ma większego aktu zaufania między przyjaciółmi niż odsłonięcie przyjacielowi własnego bólu. To nie śmiech i pocałunek są najwyższym dowodem miłości, lecz płacz i ból ujawniony przyjacielowi. Ty, przyjaciółko moja, poznałaś to. Gdy byłaś w Getsemani. Teraz jesteś na Krzyżu. I czujesz męki śmierci. Oprzyj się na twoim Panu, gdy On daje ci Godzinę przygotowania do śmierci. I. "Ojcze mój[2], jeśli to możliwe, niech mnie ominie ten kielich". To nie jedno z siedmiu Słów Krzyża. Ale to już słowo męki. To pierwszy akt rozpoczynającej się Męki. To konieczne przygotowanie do innych etapów ofiary całopalnej. To wezwanie do Dawcy życia, rezygnacja, pokora, to modlitwa, w której splatają się, uszlachetniając ciało i doskonaląc duszę, wola ducha i słabość stworzenia, które wzdryga się przed śmiercią. "Ojcze!...". O, to godzina, w której świat oddala się od zmysłów i myśli, podczas gdy zbliża się, niczym spadający meteor, myśl o innym życiu, o niewiadomym, o sądzie. A człowiek, zawsze dziecię, choćby miał sto lat, jak przestraszone dziecko, pozostawione samo, szuka łona Boga. Mąż, żona, bracia, dzieci, rodzice, przyjaciele... Byli wszystkim, dopóki życie było dalekie od śmierci, dopóki śmierć była myślą ukrytą pod dalekimi mgłami. Lecz teraz, gdy śmierć wychodzi spod zasłony i nadciąga, oto przez odwrócenie sytuacji, to rodzice, dzieci, przyjaciele, bracia, mąż, żona tracą swoje wyraziste rysy, swą uczuciową wartość, i bledną wobec nadciągającej śmierci. Jak głosy słabnące wraz z odległością, wszystko, co ziemskie, traci moc, podczas gdy nabiera jej to, co jest poza nią, to, co jeszcze wczoraj zdawało się tak dalekie... I poruszenie lęku uderza stworzenie. Gdyby nie była bolesna i przerażająca, śmierć nie byłaby ostateczną karą i ostatecznym środkiem zadośćuczynienia danym człowiekowi. Dopóki nie było grzechu pierworodnego, śmierć nie była śmiercią, lecz zaśnięciem. A tam, gdzie nie było grzechu, nie było śmierci, jak w przypadku Maryi Najświętszej. Ja umarłem, bo na Mnie spoczywał cały Grzech, i poznałem odrazę umierania. "Ojcze!". O, ten Bóg tyle razy niekochany, albo kochany na końcu, gdy serce już pokochało krewnych i przyjaciół, albo miało jeszcze bardziej niegodne miłości do stworzeń występnych, albo kochało rzeczy jak bożków, ten Bóg tak często zapominany, który pozwolił, by o Nim zapominano, który zostawił wolność, by o Nim zapominano, który na to pozwalał, który bywał wyśmiewany, kiedy indziej przeklinany, kiedy indziej wypierany, oto powstaje w myśli człowieka i odzyskuje swoje prawa. Grzmi: "Jestem!" i by nie zabić przerażeniem przez objawienie swej potęgi, łagodzi to potężne "Jestem" słodkim słowem: "Ojciec". "Jestem twoim Ojcem". To już nie przerażenie. Uczuciem, jakie daje to słowo, jest zawierzenie. Ja, Ja, który musiałem umrzeć, który pojmowałem, czym jest umieranie, nauczywszy ludzi żyć, nazywając "Ojcem" Najwyższego Jahwe, oto nauczyłem was umierać bez przerażenia, nazywając "Ojcem" Boga, który pośród spazmów konania powstaje albo staje się bardziej obecny duchowi umierającego. "Ojcze!". Nie bójcie się! Nie bójcie się Go, wy, którzy umieracie, tego Boga, który jest Ojcem! Nie nadchodzi jak kat uzbrojony w rejestry i topór, nie nadchodzi cynicznie, wyrywając was z życia i uczuć. Lecz przychodzi, otwierając wam ramiona, mówiąc: "Wróć do swego mieszkania. Przyjdź na spoczynek. Wynagrodzę ci z nawiązką to, co tu zostawiasz. I przysięgam ci, że w moim łonie będziesz bardziej czynny dla tych, których zostawiasz, niż pozostając tu, w mozolnej i nie zawsze wynagradzanej walce". Lecz śmierć jest zawsze bólem. Bólem cierpienia fizycznego, bólem cierpienia moralnego, bólem cierpienia duchowego. Musi być bólem, by być środkiem ostatecznego zadośćuczynienia w czasie, powtarzam. I w falowaniu mgieł, które na przemian zaciemniają i odsłaniają to, co w życiu było kochane, co czyni nas lękliwymi wobec zaświatów, dusza, umysł, serce, jak okręt porwany przez wielką burzę, przechodzą – ze spokojnych stref, już w pokoju bliskiego, widocznego portu, tak pogodnego, że daje już błogi spokój i poczucie odpoczynku podobne do tego, jakie ma ktoś, kto niemal skończył trud i zasmakowuje już radości bliskiego wytchnienia – do stref, w których burza nimi wstrząsa, uderza je, sprawia, że cierpią, boją się, jęczą. To znów świat, zabiegany świat ze wszystkimi swoimi mackami: rodzina, sprawy; to udręka konania, to lęk przed ostatnim krokiem... A potem? A potem?... Ciemność nastaje, dusi światło, syczy swymi przerażeniami... Gdzie jest już Niebo? Po co umierać? Dlaczego trzeba umierać? A krzyk już bulgocze w gardle: "Nie chcę umierać!". Nie, bracia moi, którzy umieracie, bo słuszne jest umieranie, święte jest umieranie, skoro chce go Bóg. Nie. Nie krzyczcie tak! Ten krzyk nie pochodzi z waszej duszy. To Przeciwnik oddziałuje na waszą słabość, aby skłonić was do wypowiedzenia go. Zamieńcie ten buntowniczy i tchórzliwy krzyk w okrzyk miłości i ufności: "Ojcze, jeśli to możliwe, niech ten kielich mnie ominie". Jak tęcza po burzy, oto ten okrzyk przynosi z powrotem światło, spokój. Widzicie znowu Niebo, święte racje umierania, nagrodę umierania, czyli powrót do Ojca, i wtedy rozumiecie, że także duch, a raczej że duch ma prawa większe niż ciało, ponieważ jest wieczny i ma naturę nadprzyrodzoną, i dlatego ma pierwszeństwo przed ciałem, i wtedy wypowiadacie słowo, które jest rozgrzeszeniem wszystkich waszych grzechów buntu: "Jednak nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie". Oto pokój, oto zwycięstwo. Anioł Boży przytula się do was i pociesza was[3], bo zwyciężyliście bitwę, przygotowującą do uczynienia ze śmierci triumfu.II. "Ojcze, przebacz im[4]". To chwila, by zrzucić z siebie wszystko, co jest ciężarem, aby bezpieczniej wzlecieć do Boga. Nie możecie zabrać ze sobą ani uczuć, ani bogactw, które nie są duchowe i dobre. I nie ma człowieka, który umiera, nie mając nic do przebaczenia jednemu czy wielu bliźnim, w wielu sprawach, z wielu powodów. Który człowiek dochodzi do śmierci, nie zaznawszy goryczy zdrady, oziębłości, kłamstwa, wyzysku, jakiejkolwiek krzywdy ze strony krewnych, małżonków czy przyjaciół? Otóż: to jest godzina przebaczania, aby być przebaczonym. Przebaczyć całkowicie, porzucając nie tylko urazę, nie tylko pamięć, ale także przekonanie, że nasz powód oburzenia był słuszny. To godzina śmierci. Czas, świat, sprawy, uczucia dobiegają końca, stają się "niczym". Istnieje już tylko jedna prawda: Bóg. Po cóż więc nieść poza próg to, co należy do tej strony progu? Przebaczyć. A ponieważ dojście do doskonałości miłości i przebaczenia, które polega na tym, by już nawet nie mówić: "A jednak miałem rację", jest dla człowieka bardzo, zbyt trudne, oto przekazuje się Ojcu zadanie przebaczenia za nas. Dać Mu nasze przebaczenie, Jemu, który nie jest człowiekiem, który jest doskonały, który jest dobry, który jest Ojcem, aby On oczyścił je w swoim Ogniu i dał je, uczynione doskonałym, temu, kto zasługuje na przebaczenie. Przebaczyć, żywym i umarłym. Tak. Także umarłym, którzy byli przyczyną bólu. Ich śmierć stępiła wiele ostrzy gniewu obrażonych, czasem stępiła je wszystkie. Lecz wspomnienie trwa nadal. Sprawili cierpienie i pamięta się, że je sprawili. To wspomnienie zawsze stawia granicę naszemu przebaczeniu. Nie. Teraz już nie. Teraz śmierć ma znieść wszelką granicę duchowi. Wchodzi się w nieskończoność. Usunąć więc także to wspomnienie, które ogranicza przebaczenie. Przebaczyć, przebaczyć, aby dusza nie miała ciężaru ani udręki wspomnień i mogła być w pokoju ze wszystkimi braćmi żyjącymi lub cierpiącymi, zanim spotka się z Tym, który jest Pokojem. "Ojcze, przebacz im". Święta pokora, słodka miłość udzielonego przebaczenia, która zakłada przebaczenie proszone u Boga za długi wobec Boga i wobec bliźniego, jakie ma ten, kto prosi o przebaczenie dla braci. Akt miłości. Umrzeć w akcie miłości to otrzymać odpust miłości. Błogosławieni ci, którzy potrafią przebaczać na zadośćuczynienie za wszystkie zatwardziałości swego serca i winy gniewu.III. "Oto syn twój[5]". Oto syn twój! Oddać to, co drogie, z przewidującą i świętą myślą. Oddać uczucia i oddać się Bogu bez oporu. Nie zazdrościć temu, kto posiada to, co zostawiamy. W tym zdaniu możecie powierzyć Bogu wszystko, co leży wam na sercu i co porzucacie, oraz wszystko, co was trapi, nawet waszego własnego ducha. Przypomnieć Ojcu, że jest Ojcem. Złożyć w Jego ręce ducha, który wraca do Źródła. Powiedzieć: "Oto jestem tu. Weź mnie ze sobą, bo się Tobie oddaję. Nie ulegam pod naciskiem okoliczności. Oddaję się, bo kocham Cię jak syn, który wraca do swego Ojca". I powiedzieć: "Oto moi najbliżsi. Oddaję ich Tobie. Oto moje sprawy, te sprawy, które czasem sprawiały, że byłem niesprawiedliwy, zazdrosny o bliźniego, i które sprawiały, że zapominałem o Tobie, ponieważ wydawały mi się – były nimi, lecz wierzyłem, że są nimi bardziej, niż były – wydawały mi się mieć kapitalne znaczenie dla dobrobytu moich bliskich, dla mojego honoru, dla szacunku, jaki mi przynosiły. Wierzyłem także, że tylko ja jestem zdolny je chronić. Uważałem się za niezbędnego, by je wypełnić. Teraz widzę... Byłem tylko nieskończenie małym trybikiem w doskonałym organizmie Twojej Opatrzności, a wiele razy trybikiem niedoskonałym, który psuł pracę doskonałego organizmu. Teraz, gdy światła i głosy świata ustają i wszystko się oddala, widzę... czuję... Jak moje dzieła były niewystarczające, zużyte, niepełne! Jak bardzo odbiegały od Dobra! Mniemałem, że jestem kimś wielkim. To Ty byłeś – przewidujący, opatrznościowy, święty – który poprawiałeś moje dzieła i czyniłeś je nadal użytecznymi. Mniemałem tak. Czasem nawet mówiłem, że mnie nie kochasz, bo nie udawało mi się to, co chciałem, tak jak udawało się innym, którym zazdrościłem. Teraz widzę. Zmiłuj się nade mną!". Pokorne poddanie się, wdzięczna myśl o Opatrzności na zadośćuczynienie za wasze zarozumiałości, chciwość, zazdrości i zastępowanie Boga biednymi rzeczami ludzkimi, żarłocznością rozmaitych bogactw.IV. "Wspomnij na mnie[6]". Przyjęliście kielich śmierci, przebaczyliście, oddaliście to, co było wasze, nawet samych siebie. Bardzo umartwiliście jaźń człowieka, bardzo uwolniliście duszę od tego, co nie podoba się Bogu: od ducha buntu, od ducha urazy, od ducha chciwości. Oddaliście Panu życie, sprawiedliwość, własność, ubogie życie, jeszcze uboższą sprawiedliwość, trzykroć uboższe ludzkie mienie. Nowi Hiobowie, jesteście wyczerpani i ogołoceni przed Bogiem. Możecie wtedy powiedzieć: "Wspomnij na mnie". Nie jesteście już niczym. Ani zdrowiem, ani dumą, ani bogactwem. Nie posiadacie już nawet samych siebie. Jesteście gąsienicą, która może stać się motylem albo zgnić w więzieniu ciała za sprawą ostatniej, skrajnej rany zadanej duchowi. Jesteście błotem, które wraca w błoto, albo błotem, które przemienia się w gwiazdę, zależnie od tego, czy wolicie zstąpić do kloaki Przeciwnika, czy wznieść się w wir Boga. Ostatnia godzina rozstrzyga o życiu wiecznym. Pamiętajcie o tym. I wołajcie: "Wspomnij na mnie!". Bóg czeka na ten okrzyk biednego Hioba, aby napełnić go dobrami w swoim Królestwie. Słodko jest Ojcu przebaczać, interweniować, pocieszać. Czeka tylko na ten okrzyk, aby powiedzieć wam: "Jestem z tobą, synu. Nie bój się". Wypowiedzcie to słowo, aby zadośćuczynić za wszystkie chwile, w których zapomnieliście o Ojcu albo byliście pyszni.V. "Boże mój,[7] czemuś mnie opuścił?". Czasem wydaje się, że Ojciec opuszcza. On tylko się ukrył, aby powiększyć zadośćuczynienie i dać większe przebaczenie. Czyż może człowiek żalić się na to z gniewem, on, który nieskończenie wiele razy opuścił Boga? I czy musi rozpaczać dlatego, że Bóg go doświadcza? Ileż rzeczy złożyliście w swoim sercu, które nie były Bogiem! Ile razy byliście wobec Niego bezczynni! Iloma rzeczami go odrzuciliście i przepędziliście. Napełniliście serce wszystkim. Potem okuliście je żelazem i dobrze zaryglowaliście, bo baliście się, że Bóg, wchodząc, mógłby zakłócić wasz leniwy spokój, oczyścić swoją świątynię, wypędzając z niej uzurpatorów. Dopóki byliście szczęśliwi, cóż was obchodziło posiadanie Boga? Mówiliście: "Mam już wszystko, bo na to zasłużyłem". A kiedy szczęśliwi nie byliście, czyż nigdy nie uciekaliście od Boga, czyniąc Go przyczyną wszelkiego waszego zła? O, niesprawiedliwe dzieci, które pijecie truciznę, które wchodzicie w labirynty, które spadacie w przepaście i w gniazda węży i innych bestii, a potem mówicie: "To Bóg jest winny" – gdyby Bóg nie był Ojcem, i to Ojcem świętym, kto powinien odpowiadać na wasz lament w godzinach bolesnych, skoro w szczęśliwych o Nim zapominaliście? O, niesprawiedliwe dzieci, które pełne win chciałybyście być traktowane inaczej, niż był traktowany Syn Boży w godzinie ofiary całopalnej, powiedzcie: kto był bardziej opuszczony? Czyż nie Chrystus, Niewinny, Ten, który by zbawiać, przyjął całkowite opuszczenie przez Boga, choć zawsze czynnie Go miłował? A czyż wy nie nosicie imienia "chrześcijan"? Czyż nie macie obowiązku zbawić przynajmniej samych siebie? W mętnym lenistwie, które lubuje się w sobie samym i obawia się niepokoju, jaki niesie przyjęcie Czynnego, nie ma zbawienia. Naśladujcie więc Chrystusa, wydając ten okrzyk w chwili najsilniejszej udręki. Lecz sprawcie, by ton tego okrzyku był tonem łagodności i pokory, a nie tonem bluźnierstwa i wyrzutu. "Czemu Ty mnie opuściłeś, Ty, który wiesz, że bez Ciebie nic nie mogę? Przyjdź, o Ojcze, przyjdź mnie ocalić, dać mi siłę, bym sam siebie ocalił, bo straszne są uściski śmierci, a Przeciwnik przebiegle potęguje ich moc, syczy mi, że Ty już mnie nie kochasz. Daj się odczuć, o Ojcze, nie ze względu na moje zasługi, lecz właśnie dlatego, że jestem niczym bez zasług, który nie umie zwyciężyć, gdy jest sam, i który rozumie teraz, że życie było pracą dla Nieba". Biada samotnym, jak powiedziano[8]. Biada temu, kto jest sam w godzinie śmierci, sam ze sobą przeciw szatanowi i ciału! Lecz nie bójcie się. Jeśli wezwiecie Ojca, On przyjdzie. I to pokorne wzywanie Go odpokutuje wasze zawinione odrętwienia wobec Boga, fałszywe pobożności, nieuporządkowane miłości własnego ja, które czynią leniwymi.VI. "Pragnę[9]". Tak, zaiste, gdy zrozumie się prawdziwą wartość życia wiecznego wobec fałszywego metalu życia ziemskiego, gdy oczyszczenie przez ból i śmierć zostanie przyjęte jako święte posłuszeństwo, gdy wzrośnie się w mądrości i łasce u Boga w ciągu kilku godzin, czasem kilku minut, bardziej niż się wzrastało przez wiele lat życia, przychodzi głębokie pragnienie wód niebiańskich, rzeczy niebiańskich. Wybujałości wszystkich ludzkich pragnień zostają przezwyciężone. Lecz przychodzi nadprzyrodzone pragnienie posiadania Boga. Pragnienie miłości. Dusza pragnie pić miłość i być przez nią wypita. Jak woda, która spadła na ziemię i nie chce stać się błotem, lecz powrócić chmurą, dusza teraz pragnie wznieść się do miejsca, z którego zstąpiła. Niemal rozbiwszy cielesne mury, więźniarka czuje powiewy Miejsca pochodzenia i tęskni do niego całą sobą. Jak ów wyczerpany pielgrzym, który widząc po latach bliskie już miejsce rodzinne, nie zbiera sił i nie idzie dalej, szybki, wytrwały, nie dbając o nic innego, jak tylko o dotarcie tam, skąd pewnego dnia wyruszył i gdzie zostawił całe swoje prawdziwe dobro, i jest teraz pewien, że je odnajdzie i zakosztuje go jeszcze bardziej, stawszy się znawcą ubogiego dobra, które nie nasyca, znalezionego w miejscu wygnania? "Pragnę". Pragnienie Ciebie, Boże mój. Pragnienie, by Cię mieć. Pragnienie, by Cię posiadać. Pragnienie, by Cię dawać. Bo na progu między Ziemią a Niebem umie się już rozumieć miłość bliźniego tak, jak należy ją rozumieć, i rodzi się pragnienie działania, aby dać Boga bliźniemu, którego zostawiamy. Święta pracowitość świętych, którzy, jak obumarłe ziarna stające się kłosem, rozlewają się w miłości, aby dawać miłość i sprawiać, by Boga kochali ci, którzy jeszcze są w walkach Ziemi. "Pragnę". Nie ma już innej wody, która by nasyciła duszę, gdy dotrze ona do progu Życia, jak tylko Woda żywa, sam Bóg. Miłość prawdziwa: sam Bóg. Miłość przeciwstawiona egoizmowi. Egoizm umiera w sprawiedliwych przed ciałem, i króluje miłość. I miłość woła: "Pragnę Ciebie i dusz. Zbawiać. Miłować. Umrzeć, aby być wolnym do miłowania i zbawiania. Umrzeć, aby się narodzić. Zostawić, aby posiadać. Odrzucić wszelką słodycz, wszelką pociechę, bo wszystko tu jest marnością, a dusza chce tylko zanurzyć się w rzece, w oceanie Bóstwa, pić z Niego, być w Nim, już bez pragnienia, bo Źródło Wody Życia ją przyjmie". Mieć to pragnienie, aby zadośćuczynić za oziębłość i pożądliwość.VII. "Wykonało się[10]". Wszystkie wyrzeczenia, wszystkie cierpienia, wszystkie próby, walki, zwycięstwa, ofiary: wszystko. Teraz pozostaje już tylko stanąć przed Bogiem. Czas przyznany stworzeniu, aby stało się bogiem, a szatanowi, aby je kusił, dopełnił się. Ustaje ból, ustaje próba, ustaje walka. Pozostają tylko sąd, miłosne oczyszczenie, albo przychodzi, najbłogosławieńsze, natychmiastowe zamieszkanie w Niebie. Lecz to, co jest Ziemią, co jest wolą ludzką, dobiega końca. Wykonało się! Słowo całkowitego poddania się albo radosnego uznania, że próba się skończyła i ofiara całopalna została dopełniona. Nie mam na myśli tych, którzy umierają w grzechu śmiertelnym, którzy nie mówią sami "wykonało się", lecz z okrzykiem zwycięstwa i płaczem bólu mówi to za nich anioł ciemności, zwycięski, i anioł stróż, pokonany. Ja mówię do grzeszników skruszonych, do dobrych chrześcijan albo do bohaterów cnoty. Oni, coraz bardziej żywi duchem, w miarę jak śmierć zabiera ciało, szepczą albo wołają, zrezygnowani lub radośni: "Wszystko się dopełniło. Ofiara dobiega końca. Przyjmij ją jako moje zadośćuczynienie! Przyjmij ją jako moją ofiarę miłości!". Tak mówią duchy, wypowiadając przedostatnie słowo, zależnie od tego, czy poddają się śmierci na mocy powszechnego prawa, czy też, jako dusze ofiarne, składają ją w dobrowolnej ofierze. Lecz zarówno jedne, jak i drugie, doszedłszy już do wyzwolenia z materii, składają ducha na łonie Boga, mówiąc[11]: "Ojcze, w Twoje ręce oddaję ducha mego". Mario, czy wiesz, co znaczy skonać z tym wzniesieniem ożywionym w sercu? To skonać w pocałunku Boga. Istnieje wiele przygotowań do śmierci. Lecz wierz, że to, oparte na moich słowach, jest w swej prostocie najświętsze." Jezus podyktował mi to o godzinie 12, gdy widzenie, jakie miałam[12] we wczesnych godzinach porannych, już się skończyło, sądziłam, że skończyłam pisać, i zabrałam się do szycia, mozolnie, lecz z konieczności, aby przygotować bieliznę potrzebną w domu. Odrzuciłam naparstek i igłę i chwyciłam znów za pióro. I ja, tak bardzo ciężko chora, przyjęłam to przygotowanie do śmierci jako prawdziwy, najcenniejszy dar.
[Następują, z datami od 21 lipca do 18 sierpnia 1946 roku, rozdziały od 23 do 27 KSIĘGI AZARIASZA. Z datami od 15 lipca do 19 sierpnia 1946 roku są rozdziały od 457 do 476 – z wyłączeniem rozdziałów 468 i 473, napisanych w 1944 roku – dzieła EWANGELIA]
PRZYPISY
[1] Godzina Święta, datowana na 14 czerwca 1944 r. Ora di Agonia (Godzina Agonii), napisana 6 lipca 1944 r., ale nie w zeszytach i pozostała niepublikowana przez długi czas: w końcu znaleziona wśród rękopisów, została opublikowana w małym tomie "Modlitw". Nad obecnym tytułem Jezus uczy nas umierać pisarka dopisała drobnym pismem i innym atramentem: Byłabym bardzo wdzięczna R.P. Miglioriniemu, gdyby przesłał mi kopię tej Godziny Przygotowania na Śmierć. Jeśli nie, będę jej pozbawiona.
[2] "Ojcze mój...", w Ewangelii Mateusza 26:39,42,44; Marka 14:36,39; Łukasza 22:41-42.
[3] pocieszyć, jak w Ewangelii Łukasza 22:43.
[4] "Ojcze, przebacz im" w Ewangelii Łukasza 23:34.
[5] "Oto syn twój", w Jana 19:26.
[6] "Pamiętaj o mnie" w Łukasza 23:42. Późniejsze, ogólne odniesienie do Hioba można znaleźć w Hioba 1: 20-22.
[7] "Boże mój...", w Ewangelii Mateusza 27:46; Marka 15:34.
[8] jest powiedziane w Księdze Koheleta 4:10.
[9] "Pragnę" w Jana 19:28.
[10] "Wszystko się dokonało" w Jana 19:30.
[11] mówiąc, jak Jezus w Ewangelii Łukasza 23:46.
[12] widzenie, jakie miałam... Nic nam nie wiadomo, by napisała "wizję", którą miała tego samego dnia. Musimy jednak zauważyć, że to pismo o przygotowaniu do śmierci nie jest datowane w notatniku autografu, a data, którą umieściliśmy, 14 lipca 1946 r., jest datą pisma bezpośrednio poprzedzającego go w tym samym notatniku.