QUADERNI

14 lutego 1946 r.

[Z tej samej daty jest rozdział 383 Ewangelii]

Przychodzi lekarz, wezwany, aby stwierdzić stałe pogorszenia, narastające obrzęki, podstawowe powikłania opłucnowe itd. itd. moich licznych dolegliwości. Podczas gdy mnie bada i rozmawia – a właściwie, lepiej: gdy po badaniu rozmawia – uprzejmy i pragnący przynieść trochę ulgi chorej, interesując się to tym, to owym, duchowy głos Azarii mówi do mnie: "To jeden z twoich świadków. Lekarz ma wielką wartość jako świadek dla przyszłych ustaleń dotyczących stworzenia Bożego, a zwłaszcza dla stworzeń będących "rzecznikami", jak ty. Tylko lekarz prowadzący może powiedzieć, czy dana osoba jest chora, czy pseudo-chora, czy zrównoważona, czy dotknięta psychozą symulacyjną, zdolną wyjaśnić pewne zjawiska. Pamiętajcie o wartości świadectw medycznych dla stworzeń umiłowanych przez Boga. Pamiętajcie o Fernandzie Lorenzoni[1], której lekarze znali i szanowali tajemnice Boga w niej. Człowiek, którego masz przed sobą, jest ponadto dobrym duchem. Nie zaniedbujcie go zatem. Ty mów, prosząc o zaświadczenie, i dojdź aż do punktu[2] rezygnacji i wytrzymałości, niewytłumaczalnej po ludzku, twojego chorego ciała. Potem Ojciec niech powie resztę. Jasno, aby mieć użyteczne zaświadczenie. Lekarza obowiązuje tajemnica zawodowa, tak jak księdza. Dlaczego zatem tyle skrupułów wobec niego, skoro fakt jest już publiczny, i to z wersjami nie zawsze uczciwymi i miłosiernymi? Wątpisz w tego człowieka? On sam wkrótce rozwieje twoją wątpliwość. Mów, jak powiedziałem, dla chwały Bożej." Wtedy powiedziałam: "Doktorze, teraz, kiedy odwiedził mnie Pan już kilka razy i widział mnie w różnych fazach i pogorszeniach, niech Pan wystawi to zaświadczenie, którego chce ojciec Migliorini". "A propos! Niech mi Pani wyjaśni trochę, jasno, do czego to służy i co mam napisać, w jakim sensie. Ponieważ jestem człowiekiem rzetelnym i jeśli chodzi o diagnozę kliniczną, chcę móc postawić ją jak najdokładniej, dla wszystkich narządów, z badaniami radiologicznymi itd. itd. Ale jeśli chodzi o ocenę ciężkości cierpień, mogę to zrobić w inny sposób". "Chodzi o to, by dać Ojcu zaświadczenie, które zostanie dołączone do pamiętnika, jaki zostanie napisany o mnie po śmierci, jak to zwykli czynić kapłani wobec istoty dotkniętej długą chorobą, która – ze względu na sposób, w jaki przebiega i jest znoszona – daje podstawę do myślenia o istnieniu sił duchowych chcących tej choroby i jej trwania, oraz sił duchowych istniejących w chorym z ducha żywej religijności. Ojciec chce jedynie wiedzieć, czy ja, mówiąc po ludzku, z tym wszystkim, co mam od lat, mogłabym żyć, czy stwierdza się we mnie jednoznaczne cierpienie, czy należy myśleć o faktach rzeczywistych, czy sugestywnych itd. itd.". "Ale w takim razie zrobię to bardzo chętnie. Oczywiście już teraz mówię, że temu, kto rozważa ten przypadek z wiarą, nie brakuje dostrzeżenia w nim faktów nadprzyrodzonych. O Pani od dawna nie powinno się już mówić, gdyby wszystko potoczyło się po ludzku. A tylko stwierdzając, z jaką cierpliwością i rezygnacją znosi Pani to wszystko, i to od tak dawna, można wyczuć w Pani żywe, pozaziemskie źródło. Albo się wierzy, albo się nie wierzy. Ale jeśli się wierzy, a ja wierzę, dlaczego zaprzeczać nadprzyrodzoności? Kilka dni temu sporządziłem także dwa zaświadczenia poświadczające cud za sprawą Założycielki Sióstr Szpitalnych. Siostra oddziałowa poprosiła mnie o nie, a ja chętnie je sporządziłem. Uzdrowienia, w sumieniu, nie można było przypisać działaniu medycyny; siostra mówiła, że umieściła obraz Założycielki pod poduszką chorego, już umierającego, i uzdrowienie nastąpiło. Dlaczego odmawiać uznania zasług zmarłej siostry w opinii świętości? Chciałbym jednak poznać dokładnie te sprawy, aby dobrze się zorientować". Nie sprecyzowałam "tych spraw", ponieważ robienie tego jest dla mnie uciążliwe, a Azaria mi tego nie powiedział. Ale przypuszczam, że lekarz, tak dobrze żyjący z siostrami szpitalnymi, nie jest całkowicie nieświadomy dyktand itd. itd. Nawet jeśli ma o tym tylko mgliste pojęcie. Dlatego uważam, że dobrze będzie, aby Ojciec jasno wyjaśnił lekarzowi tę sprawę. Zresztą to już drugi raz, kiedy zaskakuje mnie przy pisaniu, i wydaję mu się zbuntowana wobec jego rady, by nie pisać. Nie mogę też sama powiedzieć mu: "Jestem nieposłuszna Panu, ponieważ jestem posłuszna Bogu jako rzeczniczka". Czy nie sądzi Ojciec? Nie ma nic niehonorowego w tym, co należy powiedzieć lekarzowi o moim przypadku. A jeśli Biskup nie zawahał się posłać Dory do lekarzy, aby ją obalić, sądzę, że wolno mi być otwartą wobec mojego lekarza prowadzącego, aby dodać notę naukową, lecz naukę osoby wierzącej, wzmacniającą wszystkie duchowe czy uczuciowe świadectwa dane przez pozostałych moich świadków w mojej sprawie. Niech Ojciec nie czeka, aż umrę, by to zrobić. Niech Ojciec nie czeka w nieskończoność. Czas i wydarzenia są szybkie i zmienne. Później żałowanie i wzdychanie są bezużyteczne…

PRZYPISY

[1] Fernanda Lorenzoni, tercjarka Matki Bożej Bolesnej (1906-1930), wspomniana już w piśmie następującym po dwóch "dyktandach" z 16 marca 1944 roku.

[2] idziesz tak daleko, jak..., tj. tak daleko, aby z nim porozmawiać, uzyskać zaświadczenie o rezygnacji itp.