QUADERNI

11 sierpnia 1944 r.

Pozostaję zamyślona z powodu wypowiedzi pewnej znajomej. Wszyscy widzą sytuację jako długą i czarną… a ja spieszę się, by iść do mojego Dyrektora.[558] Jezus mówi do mnie: "Miej cierpliwość, miejcie cierpliwość. Dla wszystkich to już tylko kwestia dni." Nie mówi nic więcej. Nie piszę nic więcej, ponieważ jestem skupiona na "widzeniu", a Jezus chce, abym widziała.

W przerwie "widzenia", z pewnością danej mi z litości nade mną, myślę o tym, jak praktykować cnoty tego drugiego piątku Matki Bożej Bolesnej. Co do pychy i próżności, mam nadzieję, że po tylu otrzymanych lekcjach pójdzie mi całkiem nieźle. Posłuszeństwo natchnieniom idzie jeszcze lepiej, ponieważ bardzo rzadko zdarza się, bym nie zastosowała się szybko i całkowicie do natchnienia, które czuję, że pochodzi od Boga. Ale jeśli chodzi o oderwanie od wszystkiego, jestem... w tyle. To prawda, że Jezus pomyślał o tym do tego stopnia, że nie wiedziałabym już, co Mu dać, ponieważ zabrał mi wszystko. Ale brakuje mi spokoju z powodu utraty pewnych rzeczy. Nie żałuję zdrowia, nie żałuję mojego życia bez uczuć... ale żałuję mojego domu... Oto myśli, które przeżuwam; a słodki głos Mamy mówi do mnie: "Córko, zanim wraz ze mną wstąpisz na Kalwarię, podczas gdy odpoczywasz w swojej słabości, wysłuchaj lekcji Matki. Chcę cię nauczyć doskonałości oderwania. Musisz dać mojemu Jezusowi rzecz najcenniejszą. Wciąż musisz Mu ją dać. Cenniejszą niż życie, droższą niż uczucia, bardziej umiłowaną niż dom. Nie można zabić wspomnienia... i nie można powstrzymać tęsknoty. Wystarczy jednak, by wspomnienie i tęsknota były przesycone poddaniem się woli Bożej. Wtedy nie są niedoskonałościami. Są zasługami w oczach Boga. Cierniami, które ściskamy w sercu, aby okryły się łzami i krwią, i stały się klejnotami do ofiarowania Bożemu tronowi. Ja też je miałam i wiem. Ale chcę cię nauczyć doskonałości oderwania. Doskonałości, która nie jest wydarzeniem jednorazowym, które raz przezwyciężone, już się nie powtarza. Lecz jest doskonałością, która powraca sto i sto razy w życiu. Co mówię? W ciągu roku, miesiąca życia. Pomyśl, jaka to suma wiecznych łask dla nas płynie. To umiejętność oderwania się od własnego, ludzkiego sposobu myślenia. Z czego składa się ludzkie myślenie? W połowie z uraz, w jednej czwartej z nadmiernej wrażliwości, a w drugiej ćwiartce z egoizmu. Bliźni dotyka cię kwiatem czy piórkiem? Och! Dla nadwrażliwego ludzkiego ja to dotknięcie jest czymś więcej niż uderzenie biczem, jest czymś więcej niż ostrze miecza, które przenika i drąży! Wtedy budzi się egoizm: "Jestem królem i nie chcę żadnych obraz. Panuję i nie chcę oporu wobec mojej woli". I oto pomiędzy nadmierną wrażliwością a bezlitosnym egoizmem rodzą się urazy, które nie mijają, przywiązania do własnych poglądów. Oto: "Si vis perfectu esse va, vende quae habe", powiedział[559] mój Syn. A ja ci mówię: jeśli chcesz być doskonała, przyjdź, złóż w mojej dłoni swój sposób myślenia, przywiązanie do niego, a przede wszystkim urazy. Ja wrzucę je na stos Miłości. Wydają ci się dobrym materiałem? Zobaczysz, że to nie złoto, lecz sieczka, która płonie i zostawia popiół, popiół, popiół. Myśl jak córka Boża. Widzisz mojego Syna? Jest pod krzyżem, z koroną na głowie. Lecz nie myśli o sobie. Mówi: "Córki Jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną, lecz nad waszymi grzechami". Wystarczy. Podążaj za Nim dalej, aż na szczyt." I oto kolejna rzecz, której "biedna Maria nie powinna robić[560]". Teraz mogę napisać to, co widziałam. Albo przynajmniej powiedzieć to, co ponownie zobaczyłam, nie podając szczegółowego opisu, ponieważ został on już sporządzony we właściwym czasie[561]. Wczoraj wieczorem chciałam odprawić Godzinę Agonii w Getsemani, ponieważ był czwartek. Przygotowałam sobie obok zeszyt, w którym znajduje się to, co podyktował mi Jezus 6 lipca[562]. Miałam to przeczytać o północy, przy świetle świecy, ponieważ nie można używać światła elektrycznego. Ale o godzinie 21, gdy zostałam sama, ponieważ pozostali byli na parterze na kolacji, mojemu duchowemu wzrokowi, który na próżno usiłował dostrzec coś z męczennika Wawrzyńca[563] – naprawdę bardzo tego pragnęłam i myślałam o tym od rana 9 dnia – ukazał się Jezus wśród apostołów, znaną mi już drogą, która od Wieczernika prowadzi do Getsemani, przechodząc przez Cedron po mostku. Początek jest pod każdym względem taki sam jak pierwsza wizja, którą miałam w lutym. I tak dalej się toczy. Cierpię jak wtedy, widząc smutek Jezusa, najpierw uroczysty, potem wzburzony, potem przygnębiony, w trzech fazach modlitwy. Obserwuję Go uważnie. Świadoma, jak jestem, dalszego przebiegu widzenia, jestem w stanie dostrzec drobniejsze szczegóły gestów, szat, cierpień. Jezus stoi z otwartymi ramionami, dość spokojny w pierwszej części modlitwy. Ale gdy wraca, zastawszy trzech śpiących, jest już mniej spokojny. Jego twarz już się zmieniła. Zdaje się, że po bokach nosa wyryły się zmarszczki, a usta opadają w smutnym grymasie, podczas gdy spojrzenie jest przygnębione. Modli się, najpierw klęcząc, potem stojąc, bardzo wzburzony w drugiej części, chodząc tam i z powrotem, jak ktoś, kto się miota. Gdy wraca, zastawszy trzech ponownie zaśniętych, jest tak przygnębiony, że idzie wręcz pochylony, pod ciężarem moralnego krzyża, który go miażdży… obojętność. Potem bardzo dokładnie dostrzegam, jak upada twarzą na ziemię i jak, gdy ją unosi, ta twarz jest maską krwi. Zauważam, że anioł jest właściwie tylko blaskiem zawieszonym nad Nim, i rozumiem, dzięki wewnętrznemu pouczeniu, że anioł ukazał Mu się tak, jak Jezus ukazuje się mnie: duchowi. To światło jest po to, bym zrozumiała, kiedy Jezus doznaje anielskiego, niematerialnego pocieszenia. Agonia Jezusa jest zawsze tragiczna. To, że widziałam ją już wielokrotnie, nie zmniejsza jej tragizmu, lecz raczej go zwiększa, ponieważ im lepiej się ją zna, tym łatwiej się ją śledzi. Gdy Jezus, obudziwszy trzech, idzie ku wyjściu z Getsemani, by połączyć się z pozostałymi ośmioma, i spotyka Judasza oraz straże, ponownie widzę spojrzenie Jezusa i słyszę Jego słowa, tak jak w lutym. Ale mogę też zauważyć postawę apostołów. Piotr jest na przedzie całej grupy, znajdującej się po lewej stronie Jezusa. Twarz Piotra jest udręczona, przestraszona i jednocześnie rozdrażniona. Pozostali apostołowie tłoczą się za jego plecami jak stadko przestraszonych owiec. Jest dwadzieścia dwoje szeroko otwartych oczu i jedenaście na wpół otwartych ust na jedenastu twarzach pobladłych od zaskoczenia, bólu i blasku księżyca. Mogę też zauważyć, że Piotr i Mateusz są dwoma najniższymi wzrostem, że uczciwość Piotra jaśnieje wyraźnie z jego surowej, prostej twarzy człowieka z ludu. Widzę też, jak jego prosta, ludowa krew się rozgrzewa i sprawia, że skacze jak pantera i zadaje cios Malchosowi. Widzę też, że dobry gest Jezusa, zbyt łagodny wobec pragnień i wyobrażenia, jakie o Nim mieli Jego naśladowcy, jest tym, co wywołuje ogólną ucieczkę. Musieli pomyśleć, że nie warto walczyć o kogoś słabego, kto mając władzę nad wszystkim, także nad żywiołami, pozwala się schwytać jak owca garstce najemników, prostaków przebranych za żołnierzy. Wielkie rozczarowanie… Potem znów wszystko tak samo, po drodze. W sali Sanhedrynu mam sposobność jeszcze lepiej dostrzec małpią, wściekłą twarz Kajfasza oraz spokój Jezusa. A potem Jego pełne bólu spojrzenie na Piotra, który grzeje się przy ogniu. Twarz Piotra, już czerwona od wysiłku kłamania służącej, która go przesłuchuje, staje się purpurowa, gdy Jezus, przechodząc podwyższonym chodnikiem portyku, patrzy na niego. Płomienie ognia pozwalają mi dobrze widzieć. Potem podążam za Jezusem w Jego wędrówce od pretorium do Heroda i z powrotem, i dostrzegam Jego spojrzenie, gdy spotyka Judasza. To spojrzenie uczy mnie przebaczać… I śledzę przesłuchania Piłata, siedzącego na swoim krześle, ustawionym na podwyższonym podium. I szydercze pytania Heroda, a potem okrutne biczowanie… Dla mnie jest to zawsze jeden z najbardziej dręczących widoków. Widzę, jak upada, osuwając się na ziemię, jak krwawy, żywy worek… Widzę Jego spojrzenie na żołnierzy, gdy szydzą z Niego, przebrawszy Go za króla. Zdaje się mówić: "Kochajcie Mnie! Dlaczego wyrządzacie zło Mnie, który was kocham?". A potem Człowiek przedstawiony na zewnątrz, przed trzema stopniami siedziby Piłata. Jezus spokojny i dostojny wobec pijanego tłumu, wyprostowany, choć Jego członki musiały być połamane od biczowania, pełen majestatu. I wreszcie Piłat, który podnosi się z krzesła i stojąc na podwyższeniu, wyciąga prawą rękę, dłonią do przodu i skierowaną w dół, jak ktoś, kto składa przysięgę, i rozkazuje: "Niech idzie na krzyż", a potem: "Idźcie, żołnierze. Posyłam Go na krzyż". Mówi to po łacinie[564] i wydaje mi się, że rozumiem. I droga Jezusa, poprzedzanego przez żołnierzy konnych i otaczanego z boków przez pozostałych pieszych. Cała centuria, by eskortować niewinnego! Chyba że była to ochrona przed nadmiarem okrucieństwa, nadmiarem, który wydał się przesadny nawet żołnierzom Rzymu!… A potem, a potem to, czego nie można opowiedzieć bez ponownego złamania serca: Matka, przybicie do krzyża i agonia. Śmierć jest wreszcie ulgą. Tym, czego nie można znieść, jest Jego cierpienie… Oto wszystko. Napisałam to na polecenie Jezusa, który chciał, bym doszła do opisania końca w chwili, gdy go widziałam, o jego właściwej godzinie: jest 15.15 czasu słonecznego dzisiejszego piątku. Bardzo wyraźna kontemplacja trwa od wczorajszego wieczoru, z niezamierzonymi przerwami i niewywołanymi powrotami. Zwracam na to Ojcu uwagę. Ponieważ wydaje mi się, że ma to znaczenie. Są to rzeczy tak niezależne od mojej woli, że nie mogę ich ani wywołać, ani oddalić, ani uczynić wyraźniejszymi poprzez skupienie, ani cierpieć z ich powodu mniej, rozpraszając się. Jeśli jest to coś, co uwielbiam oglądać, i zamykam oczy ciała oraz uszy, by być bardziej skupioną, tracę to czasem z oczu albo mi się zamazuje, podczas gdy przeciwnie, jest to wyraźne, jeśli Bóg tak chce, nawet gdy pozornie zajmuję się i patrzę na zwykłe rzeczy. Zmienia mi się tylko twarz i Paola[565] czasem to zauważa. Na przykład 2 dnia bieżącego miesiąca także mój kuzyn Józef powiedział: "Co ci jest? Masz twarz kogoś, kto jest senny, i jesteś bardzo blada". W przerwach otrzymałam dwa krótkie dyktanda, Jezusa i Maryi. Teraz to się skończyło. Przynajmniej na razie. Nie wiem, czy później zobaczę, jak co piątek wieczorem, Mamę płaczącą nad Jezusem w Grobie. Dyktando Maryi zostało wywołane pewną moją myślą z dzisiejszego ranka. Myślałam, że skoro muszę okazywać się pogodna, by nie zasmucać innych, słuszne byłoby, gdyby inni czynili to samo wobec mnie, podczas gdy wszyscy przychodzą, by złożyć swój mały czy wielki tobołek westchnień, a potem odchodzą weselsi, oni zdrowi, podczas gdy ja, chora i tak smutna, zostaję z moim i ich ciężarem bólu, i miałam wielką ochotę powiedzieć: "Prawda, przyjaciele? Zatrzymajmy trochę wszyscy, każdy dla siebie, nasze zmartwienia. Zresztą…" i tu wyskakiwał, choć niemy, diabełek urazy i pamiętania. Drugą pokusą było odpowiedzieć Marcie tym samym, mówiąc: "Robiłam dotąd to, co wygodne dla innych, bez żadnego pożytku i z dużą szkodą. Teraz dość. Będę robić swoje. Zresztą…" i kolejne pojawienie się wspomnianego diabełka. Ale Mama mnie uspokaja i mówi, że "nie powinnam tego robić". To święty refren[566] moich Mistrzów! Skutkiem tego wciąż powtarzanego niedziałania, Maria przestanie w końcu istnieć. Byleby tylko Oni mi pomagali i kochali mnie… [Następnie, z datami 12 i 13 sierpnia, następują fragmenty 11-14 rozdziału 174 oraz całe rozdziały 183, 233 i 234 dzieła Ewangelia]

PRZYPISY

[558] spieszę się, by iść do mojego Dyrektora, który pozostał w Viareggio i za którym pisarka, wysiedlona do Sant'Andrea di Còmpito (notatka z 24 kwietnia), tęskniła. Wizyta ojca Miglioriniego jest wspominana 11 lipca.

[559] powiedział, w Ewangelii Mateusza 19:21; Marka 10:21; Łukasza 18:22. Jak zawsze, łacina Marii Valtorty jest przybliżona. Według starej Wulgaty zdanie to brzmi następująco: Si vis perfectus esse, vade, vende quae habes... Następny cytat, przytoczony w języku włoskim, pochodzi z Łukasza 23:28.

[560] nie może tego zrobić, jak pisze w swoim komentarzu do pierwszego "dyktanda" z 10 sierpnia.

[561] dokonane w dniach 11-12 lutego.

[562] podyktowany... 6 lipca, który jednak nie należy do tych zeszytów, co wyjaśniamy w przypisie do daty 6 lipca.

[563] męczennik Wawrzyniec, wspomniany 10 sierpnia, w dniu jego święta.

[564] Łacina, której Maria Valtorta musiała nie studiować. Jednak mimo to chciała umieścić u dołu strony z autografem dwie łacińskie frazy, które cytujemy tak, jak je napisała. Pierwsze: Ibis ad crucem. Drugie: Expedi crucem lub ad crucem. I dodaje: Tak mówi Piłat.

[565] Paola, jak ponownie pamiętamy, to Paola Belfanti, córka Giuseppe Belfanti, kuzyna matki pisarki, która mówi o nim w swoim piśmie z 14 sierpnia.

[566] refren, ponieważ powiedziane już 10 sierpnia i powtórzone powyżej, tego samego dnia 11