QUADERNI

1 czerwca 1944 r.

Nie miałam wczoraj żadnego szczególnego dyktanda. Cierpiałam tylko do tego stopnia, że wierzyłam, iż jestem w agonii. Cierpienie fizyczne zaczęło się – tak gwałtowne, bo trwało już od dwudziestu czterech godzin, ale dla mnie, która potrafi wiele znieść, było jeszcze znośne – w środę wieczorem. I narastało nieprzerwanym rytmem, aż stało się nie do zniesienia. Pomyślałam o przedziurawieniu otrzewnej, tak bardzo była ona bolesna i dawała mi wszystkie dolegliwości ostrego zapalenia otrzewnej. Cierpiałam aż do otępienia. Nie umiałam już nic powiedzieć poza: "Panie, to za moich biednych, zrozpaczonych braci". Była jeszcze środa.[347] Wczoraj, cierpiąc nadal, ofiarowałam cały ten ból za bałwochwalców. Nie miałam nic innego do ofiarowania, bo naprawdę nie miałam siły na nic więcej, i musiałam podjąć prawdziwy wysiłek, by wypełnić moje zwykłe pokuty. Potem pozostałam oszołomiona, czując już tylko spazm ciała. Ale to nieważne. Dusza była w pokoju, w rękach Jezusa... a wtedy nic już nie boli!... Późnym popołudniem przyszedł miejscowy ksiądz[348] i zastał mnie z twarzą jakby w agonii. Chciał mnie pocieszyć, bo w gruncie rzeczy jest dobry. Lecz taki "dobry", który służy tylko Marii-stworzeniu, a nie Marii-duszy. Odczuwam bolesny brak tego, kto mną kieruje[349], który mówi, że [on] "nic nie robi". Ja natomiast mówię, że [on] jest powietrzem mojej duszy. Brakuje mi go dla duszy, tak jak moim płucom brakuje morskiego powietrza. I mimo nieskończonej dobroci Jezusa brakuje mi tej pomocy i cierpię z tego powodu. Wczoraj wieczorem chciałam odprawić Godzinę Adoracji nocnej. Ale było to dla mnie niemożliwe. Nie mogłam ani czytać, ani myśleć. Wtedy Jezus sprawił, że... adorowałam, dając mi stosowną wizję. Próbuję opisać otoczenie, co jest trudne dla mnie, która w sprawach architektury jestem warta mniej niż zero i która nigdy nie postawiła stopy w klasztorze klauzurowym. Sądzę więc, że jestem w wewnętrznym kościele klasztoru ścisłej klauzury. Widzę bardzo wysoki i przestronny łuk, który daje światło do kościoła zewnętrznego. Daje światło, że tak powiem, bo gęsta krata, która go cały wypełnia, jest jeszcze bardziej nieprzenikniona przez zasłonę z ciemnoczerwonej tkaniny, opadającą z góry aż do jakiegoś półtora metra nad ziemią, to znaczy do miejsca, gdzie mur wznosi się, by podtrzymywać kratę. Pośrodku niej znajduje się coś w rodzaju okienka, czyli ruchomy fragment kraty, obracający się jak drzwi na zawiasach. To okienko nie ma czerwonej zasłony i pozwala dostrzec przez oczka kraty tabernakulum znajdujące się w kościele zewnętrznym. Tak więc siostry mogą adorować i, jak sądzę, przyjmować Komunię Świętą, klęcząc w ławie pełniącej funkcję balustrady przed okienkiem, podniesionej na podeście trzech stopni, by dostosować ją do wysokości okienka. Z kościoła zewnętrznego nie widać nic poza tabernakulum. Może tak właśnie zbudowane są chóry w klasztorach. Jest mało światła. Z wysokich, wąskich okien sączy się mroczna poświata; sądzę, że musi być wieczór albo świt, bo jasności jest bardzo mało. Chór – tak go nazywam, choć nie wiem, czy dobrze mówię – jest pusty. Są w nim tylko stalle sióstr i ława przed kratą. Lampka oliwna stawia małą żółtą gwiazdkę przy kracie. Wchodzi wysoka zakonnica, z pewnością szczupła, bo mimo obszernego habitu jej ciało jest bardzo smukłe. Idzie uklęknąć w ławie. Unosi welon, który miała opuszczony na twarz, i widzę twarz młodą, niezbyt piękną, lecz pełną wdzięku, bardzo bladą, łagodną. Dwoje jasnych oczu – wydają mi się kasztanowo-zielonkawe – lśni łagodnie, gdy podnosi je, by spojrzeć na tabernakulum, a wąskie usta rozchylają się w słodkim uśmiechu. Twarz ma wydłużony owal między białymi bandażami, niewiele od niej bielszymi. Czarny welon opada aż na czarną suknię, tak że w klęczącej postaci jasnego koloru nie ma nic poza łagodną twarzą, długimi, kształtnymi dłońmi złożonymi do modlitwy oraz srebrnym krzyżem, który lśni na jej piersi ponad szerokim kołnierzem. Modli się żarliwie, z oczami utkwionymi w tabernakulum. I oto piękno tej wizji. Krata, cała krata lśni, jakby za zasłoną rozpalił się żywy ogień. Lampka, która przedtem wydawała się gwiazdką blasku, teraz zanika w świetle, które rośnie i staje się coraz bardziej srebrzysto-białe, żywe. Tak żywe, że oczy nie widzą już nic poza nim. Krata znika w tym najżywszym blasku. A w tym blasku pojawia się Jezus. Jezus stoi wyprostowany w białej szacie i czerwonym płaszczu, uśmiechnięty, najpiękniejszy. Woła: "Małgorzato!", by poruszyć zakonnicę, która trwa w zachwyceniu, patrząc na Niego. Woła ją trzy razy, coraz łagodniej i uśmiechając się z coraz większą intensywnością. Postępuje naprzód, stąpając wysoko nad ziemią po dywanie światła rozciągniętym pod Nim. "To Ja, Jezus, którego kochasz. Nie bój się". Małgorzata Maria[350] patrzy na Niego uszczęśliwiona i pośród łez mówi: "Czego chcesz ode mnie, Panie? Dlaczego mi się ukazujesz?". "Jestem Jezusem, który cię kocha, Małgorzato, i chcę, byś sprawiła, że będę kochany". "Jak mogę tego dokonać, Panie?". "Patrz. A wszystko będziesz mogła, bo to, co zobaczysz, da ci siłę i głos, by wstrząsnąć światem i przyprowadzić go do Mnie. Oto moje Serce. Patrz. To ono tak bardzo umiłowało ludzi, pragnąc być przez nich kochane. Lecz nie jest kochane. A w tej miłości byłoby zbawienie rodzaju ludzkiego. Małgorzato, powiedz światu, że chcę, aby moje Serce było kochane. Jestem spragniony! Daj Mi pić. Jestem głodny! Daj Mi jeść. Cierpię! Pociesz Mnie. Ta misja będzie twoją radością i twoim bólem. Ale proszę cię, byś jej nie odrzuciła. Przyjdź. Przyjdź do Mnie. Zbliż się do Mnie. Ucałuj moje Serce. Nie będziesz się już niczego bała...". Małgorzata Maria wstaje i idzie ku Jezusowi w zachwyceniu. Wielka jasność czyni jej twarz jeszcze bielszą. Pada do stóp Jezusa. Lecz On ją podnosi i, podtrzymując lewą ręką, rozchyla szatę na piersi, i wydaje się, że wraz z szatą otwiera się ciało, i Boskie Serce ukazuje się żywe, tętniące pośród strumieni światła, które rozświetlają ubogi chór, które sprawiają, że ludzkie ciało umiłowanej uczennicy jaśnieje jak ciało już uduchowione. Jezus przygarnia ku sobie swą umiłowaną i z miłosną gwałtownością przybliża jej twarz na wysokość swego Serca, i przyciska ją do siebie, i podtrzymuje zachwyconą, która z radości by upadła, a gdy ją odsuwa, wciąż ją podtrzymuje, z łagodną troskliwością, i sprowadza ją z powrotem na ziemię – bo Małgorzata szła po smudze światła, by dotrzeć do Jezusa – i nie opuszcza jej, dopóki nie widzi, że jest bezpiecznie na swoim miejscu. Wtedy mówi: "Wrócę, by powiedzieć ci moje pragnienia. Kochaj Mnie coraz bardziej. Idź w pokoju". Światło wchłania Go jak obłok, a potem coraz bardziej słabnie i w końcu znika, i w chórze, teraz już ciemnym, świeci tylko mała żółta gwiazdka lampki. Oto, co widziałam. A do mnie Jezus mówi: "Odprawiłaś adorację czwartkową, wigilię pierwszego piątku. Czegóż chcesz więcej ponad to?". Uśmiecha się i zostawia mnie. Teraz chcę powiedzieć Ojcu, bo sądzę, że to Ojca zainteresuje, o pewnej małej wiadomości, jaką otrzymałam od Jezusa 29 maja. Wpadł mi w oczy stary wycinek gazety z ogłoszeniem o książce świętej Katarzyny ze Sieny. Mam ją od lat[351]. I nigdy nie wzięłam tej książki do ręki, bo wydawało mi się to po części bezużyteczne, gdyż zdawało mi się, że nie zdołam zrozumieć mistyki świętej Katarzyny. Zbyt wzniosła dla mnie. A po części także bezużyteczne, gdyż była to książka nie do zdobycia. Kazałam jej wcześniej poszukać i powiedziano mi: "Nie można jej dostać". Pogodziłam się bez trudu z tym, że jej nie będę miała, i więcej o niej nie myślałam. 29 maja ten skrawek gazety znów wpadł mi w ręce. Patrzę na niego i rozdzieram go obojętnie. Słyszę, jak Jezus mówi: "Nie. Weź tę książkę. Teraz znajdziesz ją od razu, w pierwszym sklepie, w którym jej poszukasz. Pomoże ci przekonać się, że jeden jest Głos, który przemawia. Ten, który mówi do ciebie i który mówił do Katarzyny. Weź ją, bo nadszedł czas, by ją wziąć". Trzydziestego maja, gdy Marta miała jechać do Lukki, powiedziałam jej, by tej książki poszukała. Nie mówiąc jej nic więcej. I rzeczywiście znalazła ją w pierwszej księgarni, do której weszła. Niewiele z niej przeczytałam, ale to, co zobaczyłam, powtarza mi, w stylu średniowiecznym, te same myśli, które słyszę w stylu dzisiejszym. Zaznaczam stopniowo, w miarę jak je znajduję, miejsca, które już słyszałam powiedziane do mnie. To daje mi pokój, bo zawsze boję się oszustwa. Jezus jest dla mnie bardzo, bardzo, zbyt dobry! Nie tylko poucza mnie i pociesza słowami i wizjami, ale dostosowuje je do mojej fizycznej słabości i zaradza mej niemożności modlitwy, jak to uczynił wczoraj wieczorem, sprawiając, bym adorowała Jego Serce razem z Małgorzatą Marią, i wskazuje mi, co mam wziąć, by upewnić mnie pośród moich obaw. Wracam do pisania później, aby powiedzieć Ojcu to, co teraz słyszę. Mówi Jezus: "Trud, jaki się podejmuje, by wyrwać tę duszę z jej idei, bierze się stąd, że jest nimi nasycona. Aby wlać do naczynia płyn, trzeba, by naczynie było przygotowane. Jeśli jest puste, można je napełnić w całości tym płynem, jaki chcemy; jeśli jest w połowie pełne, wlejemy połowę; jeśli brakuje mu na szerokość palca, by było pełne, będziemy mogli wlać przynajmniej tyle, ile mieści się na szerokość palca. Niewiele to będzie, lecz posłuży, by coś wymieszać. Lecz jeśli jest pełne po brzegi, nie możemy wlać nic. Nic. Trzeba je najpierw opróżnić. Jest to łatwe, gdy naczyniem można poruszać. Ale jeśli jest nieruchome i przez to nie da się go przesunąć, jak można je opróżnić? Trzeba je osuszyć albo ciepłem słońca, albo cierpliwą pracą polegającą na zanurzaniu gąbki, która wchłania płyn, aż osiągnie się pustkę. Niektóre serca są naczyniami wypełnionymi po brzegi i nieruchomymi. Czyni je takimi ich wola. Zatrzymują więc w sobie wodę, którą same do siebie wlały, a która nie jest tą, jaką Ja i ty chcielibyśmy, aby miały. I wtedy trzeba wyrywać z żarem miłości i cierpliwą wytrwałością ich zawartość. O wiele łatwiejsze byłoby to zadanie, gdyby dały się wywrócić porywem miłości. Lecz większą jest zasługą, byś ty płonęła miłością, aby je opróżnić ze zła i osuszyć z wszelkiego zła przez ofiarę, ofiarę, ofiarę. A potem umieścić w nich Boga. Umieścić w nich twojego Boga. O, Mario!..." Nic więcej nie mówi. To krótkie dyktando zaczyna się, gdy wypełniam moje modlitwy i pokuty, i polecając to i owo, myślę o pewnym sercu, które nie porusza się ze swych postanowień. Bardziej w nich zakotwiczonym niż okręt na skalistym dnie. Najbardziej opornym ze wszystkich na moją modlitwę. Wieczorem tego pierwszego piątku ukazuje mi się na nowo, jeszcze pełniej i piękniej, wizja Jezusa o promiennym Sercu, otoczonego przez wielu, wielu świętych. Jest wielu mężczyzn, ale na pierwszej linii, promienniejsze od wszystkich innych postaci, jakby światłem przywileju, są trzy święte. W tej wizji jednak ciała, choć rozumiem, że są już ciałami uduchowionymi, ukazują mi się mimo to w swych ziemskich szatach, tak jak dzieje się to w wizjach z życia Pana naszego. Rozpoznaję wśród mężczyzn świętego Jana Apostoła, który stoi niemal za plecami Jezusa, patrzy na Niego i się uśmiecha. A potem widzę franciszkanina, który nie jest świętym Franciszkiem, lecz nie wiem, kim jest. Ale to, co przyciąga moją uwagę, to trzy święte stojące w pierwszym rzędzie. Jedna to Małgorzata Maria. Dobrze ją rozpoznaję. Druga to mała, piękna zakonniczka cała ubrana na biało. Tylko welon ma czarny. Ma twarz bardzo inteligentną, promienną nadprzyrodzoną radością. Trzecia to szczupła i surowa kapucynka o poważnym i dobrym spojrzeniu kogoś, kto wiele wycierpiał i wypłakał: jest najstarsza ze wszystkich. Teraz już nie płacze. Ale patrzy na mnie z wielką litością. Jezus wskazuje mi je i mówi: "To moje Heroldki. To one nie zachowały dla siebie żarliwej miłości do mojego Boskiego Serca. Lecz rozniosły ją po świecie za cenę wszelkiego trudu i bólu. Ta jest pierwsza w porządku czasu. To pierwszy głos, który mówi o ufności w moje Serce. Świat był całym gąszczem ludzkich okrucieństw i religijnych ograniczeń, gdy Gertruda[352] powiedziała światu: "Miłuj i miej nadzieję. Jezus zapewnia nas, że jesteśmy pojednani z Ojcem. Mówi nam to Jego przebite Serce. Pracujmy dla Jego chwały. Czyńmy Jego wolę, by sprawić Mu radość, a On uczyni dla nas cuda swego miłosierdzia". Ona zrozumiała słowa, które wychodzą z tej mojej Rany. Drugą znasz. Widziałaś ją wczoraj wieczorem. Trzecia to Weronika[353], klaryska kapucynka. "Głos", który mówił we Włoszech to, co Małgorzata mówiła we Francji. Te dwie, które zwyciężyły filozofizm, wroga Prawdy, bardziej jeszcze niż uczynił to Kościół swoimi potępieniami, zwyciężyły go siłą swej miłości, głoszącej prawdę o tym, co usłyszały i zobaczyły. Były za to dręczone przez ślepych ludzi. A ilu wśród ślepych było takich, którzy "powinni byli widzieć"! Iluż wśród nich konsekrowanych! Lecz one, moje posłanniczki, moje "głosy", zostały stworzone właśnie do tego. I to uczyniły, bo pełnienie mojej woli było ich radością. To bardziej święte niewiasty niż święci mężowie są "głosami", które mówią o moim Sercu. Albowiem to kobiecie właściwa jest delikatność miłowania. Jan, anielski, jest wśród świętych, bo miał serce dziewczęce w ciele bohatera. On pierwszy zrozumiał moje Serce. Ale wszyscy święci są owocami mojego Serca, miłości do mojego Serca. Nawet ci, którzy zdają się być stworzeni, by stać się apostołami innych nabożeństw, są w rzeczywistości owocami mojego Serca i miłości do Niego. Kto nie miłuje, nie uświęca się. To serce jest tym, które miłuje. A cóż się miłuje w umiłowanym? Jego serce. Jak u matki najpierw formuje się w łonie serce jej dziecka, tak w tych, którzy są nosicielami Boga na świecie, najpierw w sercu formuje się Serce ich Pana. Kiedy Ono bije w waszym łonie, Jezus już się w was narodził i mówi do was, i pieści was, i przynosi wam Ojca i Ducha, bo gdzie jest Jeden, tam nie brak pozostałych Dwóch. Jesteście więc Niebem, w którym dokonują się cuda Boże i z którego przenikają blaski, i wychodzą słowa, będące światłami i słowami Boga, który w was mieszka. O, błogosławieni jesteście wy, którzy rozumiecie, jak was miłuję! I którzy tę miłość powtarzacie światu, by przekonać go, by Mnie miłował. Pokazałem ci tę rodzinę świętych, których namiętnością było moje Serce, bo ty jesteś małą siostrą. Serce twojego Jezusa i Jego Krzyż: oto twoje cele miłości. Lecz Serce Jezusa zostało otwarte[354] na Krzyżu. W największej hańbie zyskało dla was najwyższe schronienie. By powiedzieć wam, że im bardziej ktoś zgadza się być znieważanym, aby czynić wolę Wiecznego, tym bardziej staje się dla swych winnych braci zbawieniem i błogosławieństwem. Nawet gdyby serce pękało z bólu, jaki ludzie zadają moim heroldom, niech nie drżą i niech się nie cofają ci moi umiłowani. Ja jestem z nimi, i tu, tu, w tej Ranie, jest gniazdo dla moich gołębic miłości, zranionych przez okrutne jastrzębie. I Ja je wzywam, mówiąc: "Przyjdź, przyjdźcie, o moje gołębice, odpocząć u Tego, który was miłuje. Przyjdźcie do gniazda, które wam przygotowałem, gdzie osuszę każdą waszą łzę i uleczę każdą waszą ranę, i nakarmię was owocem drzewa życia, i napoję was u rzeki wody żywej, wypływającej spod mego tronu, i będziecie nosić na czole moje Imię, a na sercu znak mego Serca, i będziecie królować na wieki, bo miłością zdobyłyście Miłość"."

PRZYPISY

[347] w środę, która była dniem poświęconym właśnie zrozpaczonym braciom, podczas gdy dla bałwochwalców było to cierpienie w czwartek, zgodnie z tygodniowym harmonogramem określonym w "dyktacie" z 29 maja.

[348] Księdzem tym był Don Narciso Fava, proboszcz parafii w Sant'Andrea di Còmpito, gdzie pisarka została przesiedlona od 24 kwietnia, jak wyjaśniliśmy w długiej notatce poniżej.

[349] kto mną kieruje, czyli ojciec Migliorini, który pozostał w Viareggio.

[350] Małgorzata Maria to Małgorzata Alacoque (1647-1690), zakonnica Nawiedzenia z Paray-le-Monial (Francja), apostołka nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa, święta.

[351] Mam to, notkę prasową, nie książkę.

[352] Gertruda to Gertruda z Helfty, znana jako "wielka" (ok. 1256-1301), prekursorka nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego, święta.

[353] Weronika to Weronika Giuliani (1660-1727), klaryska kapucynka, święta.

[354] został otwarty, jak czytamy w Ewangelii Jana 19:33-34.