QUADERNI

3 czerwca 1944 r.

Pierwsza sobota, godz. 1.30 w nocy

Maryja mówi: "Jestem Matką. Napisz. Czyń w każdą sobotę godzinę Opuszczonej. Że tak spędzasz noc między piątkiem a sobotą, błogosławię cię za to. Pierwszy punkt i trzeci są dla ciebie łatwe. Nie robisz nic innego, jak tylko czytasz na nowo wizje i dyktanda, które otrzymałaś. Ale drugi jest dla ciebie bolesny, ponieważ musisz go wykonać sama. W swoim opisie powiedziałaś[355]: "Maryja z grupą… po niewielkim kawałku drogi wraca do domu". A jeśli to wystarcza w opisie – więcej nie mogłaś dać w swej słabości – to nie wystarcza dla twojej modlitwy teraz. Napisz więc, dla swego pouczenia, co wtedy wycierpiałam. Kiedy kamień przesunął się w swoim łożysku i zamknął Grób, wydało mi się, że przeszedł po moim sercu i zmiażdżył je, wyrywając mi je z piersi. Przywarłam do jego występu paznokciami i ustami, by go odepchnąć, ten kamień, który oddzielał mnie od Jezusa, który czynił Go umarłym po raz drugi, śmiercią głębszą, rozdzieleniem jeszcze większym, w którym nawet członki mego Syna nie były już moje… Lecz, ach! nic nie zdołałam osiągnąć! Paznokcie i zęby ślizgały się bez skutku po tym głazie. Krwawiły palce i wargi, lecz on pozostał zamknięty, zamknięty i nieubłagany jak śmierć. Wtedy na krew popłynął płacz. I krew, i łzy Jego Matki były pierwszymi, które zrosiły to święte miejsce, gdzie Bóg poznał śmierć, by wyzwolić człowieka od śmierci. Oderwano mnie stamtąd, bo pozostałabym tam, gdyby mnie zostawiono. Tam, u stóp tych kamiennych drzwi, jak żebraczka czekająca na jałmużnę. Byłam bowiem najnędzniejszą z kobiet i by żyć, potrzebowałam tej jałmużny: ujrzeć na nowo mego Syna! Byłam jeszcze mniej niż żebraczką. Skuliłabym się tam jak owca, która straciła pasterza, która błąka się, głodna, samotna, i która wraca do zamkniętej owczarni, do owczarni bez pana, i pozwala sobie tam umrzeć z głodu, przy zamkniętym murze, ponieważ nie ma już nikogo, a w świecie pełnym wilków wydaje jej się, że jest jeszcze broniona, jeśli zostaje tam, gdzie niegdyś był ten, kto ją kochał… A czyż nie byłam owieczką pośród dzikich wilków i czyż nie umarł Ten, który mnie kochał? Oderwano mnie stamtąd… Och! Jakże ludzie w swojej litości bywają czasem okrutni! Czym byłyby dla mnie owe dni, w cichym ogrodzie, w oczekiwaniu na zmartwychwstanie mego Jezusa? O wiele, wiele mniej rozdzierające niż te, które musiałam przeżyć gdzie indziej. Tam nie było śladu zbrodni. Rośliny, dobre i niewinne, wciąż kwitły, by wysławiać Boga. Ptaki, dobre i niewinne, gnieździły się i śpiewały, by być posłuszne Panu. One nie nienawidziły, one nie znienawidziły, nie przeklęły, nie zabiły. Słyszały wrzaski nienawiści i bluźnierstw i skryły się przerażone w gęstwinie, podczas gdy rośliny drżały w wietrze gniewu. Widziały, jak przechodzi ich Pan, ścigany, bity, raniony, umierający, jak jedno z nich ścigane przez jastrzębia albo przez gromadę przewrotnych dzieci, i ogarnęła je litość i lęk na myśl, że to koniec wszelkiego stworzenia, skoro na śmierć prowadzony jest Stwórca, który, tak dobry, zawsze miał dla nich słowa miłości, błogosławieństwa i okruchy chleba. W tym pokoju mogłabym poczuć, jak usypia moja udręka, i płakałabym, bez wstrząsów bólu, pod gwiazdami i w złotym słońcu, aż do chwili, gdy niedzielny świt otworzyłby mi bramy i oddał mi mego Syna. Straże? Och, wcale się ich nie bałam! W kącie skuliłabym się jak niewolnica czekająca na pana i wydałabym się im tak nikczemna, że by o mnie zapomnieli. A choćby mnie wyśmiali, cóż by mi to uczyniło? Ileż szyderstw rzucono na mnie na szczycie Golgoty! Słów bardziej okrutnych nie mogłabym już usłyszeć. Wypiłam do dna wszystek osad ludzkiej sprośności i od tamtej pory żadne straszliwe bluźnierstwo mnie, mnie, już nie zdumiewa. Znam je wszystkie… Mogłam więc usłyszeć także drwiny kilku sennych strażników. Lecz oderwano mnie stamtąd… I musiałam wrócić między ludzi. Ludzie!… Ludzie!… Bestie, które zabiły mi Syna. I była to druga Kalwaria Matki… Oto droga!… Wciąż jest wzburzona rzeką ludu, który przeszedł nią rano za Skazańcem, a po południu uciekając z góry. By wrócić do domu, musiałam przejść ścieżką, którą przeszli okrutnicy. Oto ślady ich kroków. Odciski stóp we wszystkich kierunkach, strzępy tkanin i zgubione przedmioty, jak zawsze tam, gdzie tłum się przelewa i w ścisku uciska się nawzajem. Każdy z tych śladów, każdy z tych odcisków, mówił mi: "Jestem śladem oprawcy twego Syna". A potem oto prawdziwa droga na Kalwarię, tam przy mostku za Bramą… Tu ślady stają się gęstsze, a mój ból okrutniejszy… Tu widzę na ziemi kamienie i kije… i wiem, do czego posłużyły. Na nich z pewnością jest krew mego Stworzenia, bo bito Go po członkach już tak udręczonych!… Och! Chciałabym szukać na tych niewinnych rzeczach, które człowiek uczynił winnymi, Krwi mego Syna. Lecz nie pozwalają mi tego uczynić. Zapada noc. Jest piątek, dzień Przygotowania. Trzeba się spieszyć. Zanim odwrócę się plecami do Kalwarii, by wejść na drogę prowadzącą do miasta, odwracam się i w wieczornym zmierzchu widzę trzy ciemne cienie na już nocnym niebie: trzy krzyże. Na jednym był mój Syn! Mój Syn! On był łożem Jego konania! Jego Matka, która przygotowała Mu tak miękką kołyskę, gdy Go oczekiwała, i nigdy nie zaznała spokoju na myśl, że pierwszy sen jej Dziecka musiał poznać kłującą twardość posłania ze słomy, musiała patrzeć, jak umiera na twardym drewnie… Och! Matki, które płaczecie, myśląc o konaniu waszych zmarłych dzieci, pomyślcie o moim bólu! Pomyślcie o tym wy wszystkie, kobiety o szlachetnym sercu, nawet jeśli matkami nie jesteście; pomyślcie o tym wy, ludzie uczciwi i dobrzy, i także wy, źli, jeśli całkiem bestiami nie jesteście ani przeklętymi demonami, i zlitujcie się nad moim bólem! Wleką mnie za Bramę, która ma być zaraz zamknięta. Oto Jeruzalem… Macocha, która zabiła Syna swego Oblubieńca! Morderczyni, która rzuciła się na bezbronnego, by poderżnąć mu gardło! Rozbójniczka, która czatowała na Niego, by Go pojmać i obedrzeć z Jego jedynego skarbu: życia. Tylko to miał mój Jezus, jako człowiek. Był ubogi, bez pieniędzy, bez klejnotów, bez majątku. Nie miał już, odkąd stał się sługą człowieka, by prowadzić ślepego człowieka do Boga, nawet swego domku rodzinnego, łóżka zrobionego przez tego, kto był Mu ojcem, chleba upieczonego przez swoją Matkę. Spał tam, gdzie przyjął go ktoś miłosierny, a jadł tam, gdzie ktoś dobry dawał Mu chleb. Inaczej przyjmowały Jego zmęczone ciało trawy pól, a nad Jego snem czuwały gwiazdy, i głód Jego zaspokajały kłosy dojrzałego zboża oraz dzikie jeżyny, które są pokarmem dla ptaków. Nie miał więcej, niż ma wróbel, który szuka na polu swego pokarmu, a w stodole swego odpoczynku. Lecz był młody i zdrowy. Miał życie… a odebrali Mu je! Jeruzalem obdarło Go z tego życia. Jak wampir wyssało całą Jego krew, jak sęp zraniło Go dziobem swej zawiści, jak sadystyczna buntowniczka torturowało Go i przybiło do krzyża, rozkoszując się Jego spazmami, Jego drżeniem, Jego łkaniem, Jego konwulsjami. Och! Wciąż widzę je wszystkie!… Niewiele ludzi na ulicach. Po zbrodni przestępcy się ukrywają. Lecz ci nieliczni, umykający ukradkiem wąskimi uliczkami, znikający za drzwiczkami natychmiast ryglowanymi, jakby obawiali się najazdu wrogów, sprawiają, że drżę z przerażenia. Może ten starzec jest jednym z Jego oskarżycieli… ten młodzieniec może Go zbluźnił, a ów mężczyzna, krzepki i przysadzisty, znieważał Go i bił… A teraz uciekają, kryją się, zamykają się w sobie. Boją się. Czego? Umarłego. Dla nich to tylko umarły, ponieważ zaprzeczyli, że jest Bogiem. Czego więc się boją? Przed kim zamykają drzwi? Przed wyrzutem sumienia. Przed karą. Nic to nie pomaga. Wyrzut sumienia jest w was i będzie wam towarzyszył wiecznie. A kara nie jest ludzka. I przeciw niej nie pomogą zamki ani zasuwy. Zstępuje z Nieba, od Boga, mściciela swej Ofiary, i przenika poprzez mury i bramy, i swoim niebiańskim płomieniem naznacza was na nadprzyrodzoną karę, która was czeka. Świat przyjdzie do Chrystusa, do Syna Bożego i mojego, przyjdzie do Tego, którego przebiliście, lecz wy będziecie na wieki naznaczeni, Kainami Boga, hańbą rodzaju ludzkiego. A ja, która się z was narodziłam, ja, która jestem Matką wszystkich, muszę powiedzieć, że dla mnie, waszej córki, byliście gorsi niż ojczymowie, i że wśród niezliczonej rzeszy moich dzieci wy jesteście tymi, którzy najbardziej utrudniacie mi przyjęcie was, ponieważ jesteście splugawieni zbrodnią wobec mego Stworzenia, i nie żałujecie tego, mówiąc: "Byłeś Mesjaszem. Uznajemy Cię i wielbimy Cię". Przechodzi rzymski patrol. Władcy boją się rozszalałego tłumu. Och! Nie bójcie się! To są podłe hieny. Rzucają się na bezbronnego baranka, lecz boją się lwa uzbrojonego we włócznie i władzę. Nie bójcie się tych pełzających szakali. Wasz żelazny krok zmusza je do ucieczki, a błysk waszych włóczni czyni je łagodniejszymi od królików. Lecz te włócznie!… Jedna otworzyła serce mego Syna! Która z nich? Widzieć je to dla mnie strzała w sercu. A jednak chciałabym mieć je wszystkie w tych moich drżących dłoniach, by zobaczyć, która z nich wciąż nosi ślady krwi, i powiedzieć: "To ta! Daj mi ją, żołnierzu! Daj ją Matce na pamiątkę twojej dalekiej matki. A ja będę się modlić za nią i za ciebie". I żaden żołnierz by mi jej nie odmówił, ponieważ oni, ludzie wojny, byli najlepsi wobec konania Syna i Matki… Oto dom… Ile godzin czy ile wieków minęło, odkąd weszłam do niego wczoraj wieczorem? Odkąd wyszłam z niego dziś rano? Czy to naprawdę ja, pięćdziesięcioletnia Matka, czy sędziwa starucha, kobieta z dawnych czasów, obarczona wiekami na pochylonych ramionach i siwej głowie? Wydaje mi się, że przeżyłam cały ból świata i że cały spoczywa na moich ramionach, które uginają się pod jego ciężarem. Krzyż bezcielesny, lecz jakże ciężki! Z kamienia. Cięższy może niż ten mego Jezusa. Bo ja niosę Jego krzyż i mój, z pamięcią Jego udręki i rzeczywistością mojej udręki. Wejdźmy. Bo trzeba wejść. Lecz to nie jest pociecha. To wzrost bólu. Przez te drzwi wszedł mój Syn na swój ostatni posiłek. Przez te drzwi wyszedł, by iść na spotkanie śmierci. I musiał postawić stopę tam, gdzie postawił ją jego zdrajca, wychodząc, by wezwać oprawców Niewinnego. Przy tych drzwiach widziałam Judasza… Judasza widziałam!… I nie przeklęłam go, lecz przemówiłam do niego jak matka rozdarta, rozdarta z powodu dobrego Syna i złego syna… Widziałam Judasza!… Widziałam w nim demona! Ja, która zawsze trzymałam Lucyfera pod swą piętą i patrząc jedynie na Boga, nigdy nie spuściłam wzroku na Szatana, poznałam jego oblicze, patrząc na Zdrajcę… Przemówiłam do Demona… i on uciekł, bo Demon nie znosi mego głosu… Och! Pozwólcie mi wejść do tej izby, gdzie mój Jezus spożył swój ostatni posiłek! Gdzie głos mego Dziecięcia wypowiedział w pokoju swoje ostatnie słowa! Otwórzcie! Otwórzcie te drzwi! Nie możecie zamknąć ich przed matką! Przed matką, która pragnie odetchnąć w powietrzu wonią tchnienia, ciała swego Dziecięcia. Czyż nie wiecie, że to tchnienie, że to ciało dałam Mu ja? Ja, ja, która nosiłam Go dziewięć miesięcy, która Go urodziłam, karmiłam piersią, wychowałam, pielęgnowałam? To tchnienie jest moje! Ta woń ciała jest moja! Jest moja, uczyniona piękniejszą w moim Jezusie. Pozwólcie mi poczuć ją jeszcze raz! Mam w oczach widok Jego Krwi, a w nozdrzach woń Jego zranionego Ciała. Niechże ujrzę stół, przy którym wspierał się żywy i zdrowy, niechże poczuję zapach Jego młodzieńczego Ciała. Otwórzcie! Nie grzebcie Go po raz trzeci! Już ukryliście Go przede mną pod wonnościami i bandażami. Potem zamknęliście Go przede mną za kamieniem. Teraz dlaczego, dlaczego odmawiać matce odnalezienia ostatniego śladu Jego obecności w tchnieniu, które On pozostawił za tymi drzwiami? Pozwólcie mi wejść. Będę szukać na ziemi, na stole, na siedzeniu śladów Jego stóp, Jego rąk, i będę je całować, całować, aż zetrę sobie wargi… Będę szukać… będę szukać… Może znajdę włos z Jego jasnej głowy. Włos, który nie jest zbryzgany krwią. Lecz czy wiecie, czym jest dla matki włos jej zmarłego syna? Ty, Mario Kleofasowa, i ty, Salome, jesteście matkami, a nie rozumiecie? Janie? Janie? Posłuchaj mnie. Jestem ci Matką. On mnie taką uczynił[356]. On! Ty jesteś mi winien posłuszeństwo. Otwórz. Kocham cię, Janie. Zawsze cię kochałam, ponieważ Go kochałeś. Będę cię kochać jeszcze bardziej, lecz otwórz. Otwórz, mówię. Nie chcesz? Nie chcesz? Ach! Czy więc nie mam już dzieci? Jezus nigdy mi niczego nie odmawiał, bo był mi Synem. Ty odmawiasz. Nie jesteś taki. Nie rozumiesz mego bólu!… Janie, przebacz!… Otwórz… Nie płacz… Otwórz… Jezu, Jezu! Wysłuchaj mnie! Niech Twój duch dokona cudu! Otwórz swojej biednej Matce te drzwi, których nikt nie chce jej otworzyć! Jezu, Jezu!… Słabnę… Umieram… Idę z Tobą, Jezu… Idę…" …a Maryja, uderzywszy w drzwi swoimi małymi pięściami, próbując je otworzyć, poleciwszy się, wsparta na kobietach, Janowi, chyli się, bledsza niż lilia, i osunęłaby się na ziemię, gdyby jej nie podniesiono i nie zaniesiono do izby naprzeciwko. Bo wizja, która towarzyszyła mi podczas dyktowania, kończy się w ten sposób. "Wiesz" - mówi potem Maryja - "dlaczego dopiero dziś dałam ci te słowa? Ponieważ nie masz już zeszytu, w którym opisana jest rozpacz Judasza[357]. Tutaj o niej mówię. I to również jest dowodem, że są to rzeczy prawdziwe, bo ten, kto sam je zmyśla, gubi się, nie mając sposobu, by pamiętać, i wpada w kłamstwo. A ty, zmęczona i słaba, jaka jesteś, nie pamiętasz z godziny na godzinę. Zwróć na to uwagę Ojcu, który cię prowadzi, memu słudze." Istotnie, to ona zabrała ze sobą ów zeszyt[358] dwudziestego siódmego maja. Jezus ukazuje mi zgromadzenie chrześcijan w pierwszych czasach po Pięćdziesiątnicy. Mówię "pierwszych", ponieważ Dwunastu – jest ich znowu dwunastu, a zatem Maciej został już wybrany[359] – jeszcze się nie rozdzielili, by iść ewangelizować ziemię. Dlatego sądzę, że Pięćdziesiątnica dopiero co się dokonała. Lecz wraz z Dwunastoma jest teraz wielu uczniów. Wszyscy są w Wieczerniku, który przeszedł zmianę konieczną dla jego nowej funkcji, narzuconą przez liczbę wiernych. Wielki stół nie stoi już przy ścianie schodków, lecz przy ścianie naprzeciwko, tak że nawet ci, którzy nie mogą wejść do Wieczernika, pierwowzoru kościołów całego świata – Jezus każe mi to zauważyć – mogą widzieć to, co się w nim dzieje, tłocząc się w korytarzu wejściowym przy całkowicie otwartych drzwiczkach. Są tam mężczyźni i kobiety w każdym wieku. W grupie kobiet, blisko wielkiego stołu, lecz w kącie, jest Maryja otoczona Magdaleną, Martą, Weroniką, Marią Kleofasową, Salome, panią domu. Wymieniam je tak, jak przychodzą mi na myśl, nie po to, by nadać im jakiś szczególny porządek. Jest tam jeszcze jedna, która była też na Kalwarii. Lecz nie wiem, jak się nazywa. Wśród mężczyzn rozpoznaję Nikodema, Łazarza, Józefa z Arymatei, i wydaje mi się, że także Longinusa, lecz jest on… na przepustce, powiem tak, ponieważ nie jest ubrany jak żołnierz, ale ma długą, szarawą szatę, jakby był zwykłym mieszkańcem. Może włożył ją, by nie rzucać się w oczy. Nie wiem. Innych nie znam. Piotr przemawia, pouczając zgromadzonych. Znów opowiada o ostatniej Wieczerzy. Mówię "znów", bo on sam mówi: "Mówię wam raz jeszcze o tej Wieczerzy, podczas której, zanim został ofiarowany przez ludzi, Jezus Nazarejczyk, jak było powiedziane, Jezus Chrystus, Syn Boży i nasz Zbawiciel – jak trzeba mówić i wierzyć całym sercem i całym umysłem, bo w tej wierze jest nasze zbawienie – ofiarował się z własnej i dobrowolnej woli, z nadmiaru miłości, dając się ludziom jako Pokarm i Napój, mówiąc: "To czyńcie na moją pamiątkę". I to czynimy. Lecz, o ludzie, jak my, Jego świadkowie, wierzymy, że w chlebie i winie, ofiarowanych i błogosławionych tak, jak On uczynił, na Jego pamiątkę i w posłuszeństwie Jego nakazowi, jest Jego Przenajświętsze Ciało i Jego Przenajświętsza Krew – to Ciało i ta Krew, które są Boga, Syna Boga Najwyższego, i które zostały ukrzyżowane i przelane za nas – tak i wy musicie w to wierzyć. Wierzcie i błogosławcie Pana, który nam, swoim krzyżownikom, zostawia ten wieczny znak przebaczenia. Wierzcie i błogosławcie Pana, który tym, którzy Go nie poznali, gdy był Nazarejczykiem, pozwala poznać Go teraz, gdy jest Słowem wcielonym zjednoczonym z Ojcem. Przyjdźcie i weźcie. Usłyszcie słowa, które On wam mówi. Przyjdźcie i weźcie. On to powiedział: "Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, będzie miał życie wieczne". A my wtedy nie zrozumieliśmy… (Piotr płacze). Nie zrozumieliśmy, bo byliśmy nierozumni. Lecz teraz Duch rozpalił nasz rozum, umocnił wiarę, wlał miłość, i my rozumiemy. I w Imię Najwyższego Boga, Boga Abrahama, Jakuba, Mojżesza, w Imię Najwyższego Boga, który przemówił do Izajasza, Jeremiasza, Ezechiela, przysięgamy wam, że to jest prawda, i błagamy was, byście uwierzyli, aby mieć życie wieczne." Piotr jest pełen majestatu, gdy przemawia. Nie ma już nic z nieco prostego rybaka sprzed niedawna. Stanął na stołku, bo niski, jaki jest, nie byłby widziany przez najdalej stojących, gdyby stał stopami na ziemi, a chce panować nad tłumem. Mówi z umiarem, właściwym głosem i gestami prawdziwego mówcy. Jego oczy, zawsze wyraziste, są teraz mówiące bardziej niż kiedykolwiek: miłość, wiara, władczość, skrucha, wszystko przeziera przez spojrzenie i wyprzedza, i wzmacnia słowa. Teraz schodzi ze stołka i przechodzi za wielki stół, między murem a stołem, i czeka. Jakub i Juda (Jakub, brat Judy) rozkładają na stole śnieżnobiały obrus. Podnoszą w tym celu szeroką i niską skrzynkę, która stoi na środku stołu, i na jej wieku również rozkładają najcieńsze płótno. Jan podchodzi do Maryi i o coś ją prosi. Ona zdejmuje z szyi coś w rodzaju kluczyka i daje go Janowi. Jan podchodzi do skrzynki i ją otwiera. Otwiera się, odchylając przednią część, którą opiera się na obrusie i przykrywa trzecim płótnem. Wewnątrz jest pozioma przegroda, która dzieli skrzynkę na dwa poziomy. Na dole jest kielich i metalowy talerz. Na górze, pośrodku, kielich, którego używał Jezus, chleb łamany przez Niego, na cennym talerzyku, tak jak kielich. Po bokach, z jednej strony korona cierniowa, gwoździe, gąbka. Z drugiej całun, welon Maryi, którym owinięto biodra Jezusa, i chusta Weroniki. Na dnie są jeszcze inne rzeczy, lecz nie rozumiem, czym są, ani nikt o nich nie mówi, ani ich nie pokazuje. Natomiast te, o których mówiłam, oprócz kielicha i chleba, które pozostają na swoim miejscu, są brane i pokazywane tłumowi, który klęka, przez Jana i Judę. Potem apostołowie intonują modlitwy, hymny, powiedziałabym, bo są śpiewane recytatywnie. Tłum odpowiada. Wreszcie przynoszone są chleby i kładzione na metalowej tacy (nie tej Jezusa) oraz małe naczynia. Piotr otrzymuje od Jana, klęczącego z tej strony stołu – podczas gdy Piotr wciąż stoi między stołem a murem, twarzą do tłumu – tacę z chlebami, i Piotr unosi ją, i ofiaruje. Potem błogosławi ją i kładzie na skrzynce. Juda podaje, klęcząc również, kielich (nie ten Jezusa) i dwa naczynia, z których Piotr nalewa do kielicha i ofiaruje. Potem błogosławi i kładzie na skrzynce. Modlą się jeszcze, potem Piotr łamie chleby na wiele kawałków, podczas gdy tłum jeszcze bardziej się pochyla, i mówi: "To jest Ciało moje. To czyńcie na moją pamiątkę". A potem wychodzi zza stołu, niosąc ze sobą tacę pełną kawałków chleba, i najpierw podchodzi do Maryi, i daje jej kawałek. Potem przechodzi przed stół i rozdaje chleb. Pozostaje kilka kawałków, które, wciąż na swojej tacy, zostają złożone na skrzynce. Potem bierze kielich i obnosi go, zaczynając od Maryi, wśród zgromadzonych. Jan i Juda podążają za nim z naczyńkami i nalewają, gdy kielich jest pusty. Gdy wszystko zostało rozdane, apostołowie spożywają pozostałe kawałki i wino. Następnie śpiewają jeszcze jeden hymn, po czym Piotr błogosławi, a tłum stopniowo się rozchodzi. Maryja wstaje – wciąż trwała na kolanach – i podchodzi do skrzynki. Pochyla się nad wielkim stołem i dotyka czołem wieka skrzynki, składając pocałunek na brzegu kielicha Jezusa. Pocałunek, który jest dla wszystkich zgromadzonych tam relikwii. Potem Jan zamyka i oddaje klucz Maryi. Wierzę, że widziałam dokładnie, jak wyglądała na początku, Msza Święta. I tego jestem pewna: w czasie pięćdziesiątnicowym Jezus, zgodnie ze swoją obietnicą, spełnia moje pragnienie co do drugiej rzeczy, którą chciałam poznać (29-5). Dlaczego widziałam dusze w różnych kolorach, wyjaśnia mi w dyktandzie z 31 maja. A co było w skrzynce tak drogiej Maryi, wiem już teraz. Była ona zarazem relikwiarzem i pierwszym tabernakulum. I bardzo lubię myśleć, że to Maryja była tą, która ją posiadała i miała do niej klucz. Maryja: Skarbniczka wszystkiego, co jest Jezusem, Kapłanka najprawdziwszego Kościoła. [Następują, z datami 4, 5 i 6 czerwca, rozdziały 27, 28 i 29 dzieła EWANGELIA]

PRZYPISY

[355] powiedziałaś w "wizji" opisanej 19 lutego.

[356] uczynił mnie takim, jak czytamy w Ewangelii Jana 19:26-27.

[357] Rozpacz Judasza, epizod napisany 31 marca, stanowi rozdział 605 głównego dzieła.

[358] Jest to, jak zawsze, ojciec Migliorini (notatki z 1 stycznia, 4 i 22 lutego, 4 i 16 marca). Na pustej linii, która następuje, w notatniku z autografem, pisarka odnotowuje ołówkiem: Specjalna pokuta dla Paoli (notatka o Paoli Belfanti z 2 stycznia). Przed następną "wizją" pisarka powtarza datę 3-6-1944. Ta sama "wizja", skopiowana przez pisarkę do innego notatnika z tą samą datą i dodaniem kilku szczegółów, będzie stanowić rozdział 641 głównego dzieła.

[359] Matthias jest już wybrany. Wybór Macieja, opisany w Dziejach Apostolskich 1: 15-26, został napisany 26 kwietnia 1947 r. I jest rozdziałem 639 głównego dzieła. O Pięćdziesiątnicy, czyli zstąpieniu Ducha Świętego, pisaliśmy w notatce do 28 maja.