QUADERNI
O Apokalipsie św. Jana Apostoła. Wrzesień-październik 1950. Notatnik (część II)
Apokalipsa
Rozdział II
Apokalipsa jest księgą objawienia, tak. Co więcej, ona wieńczy wielkie Objawienie. Ale jest także księgą proroczą.
Objawienie i proroctwo pochodzą oba od Boga. Bo tylko Bóg je natchnął. Tylko Bóg może je natchnąć, ponieważ jedynie On zna Prawdę, będąc Prawdą, i zna przyszłe wydarzenia, bo jest Wieczny, Wszechwiedzący, Wszechmogący.
Proroctwo jest jakby projekcją przyszłych faktów, widzianych jedynie przez Boga i ukazanych tym, którzy żyją w mgłach swojej doczesnej teraźniejszości. Aby dać zrozumienie wielkim analfabetom religii — a jest ich wielu, wielu także wśród tych, którzy sprowadzają bycie katolikiem do przyjmowania sakramentów, do zachowywania świątecznego przykazania, do udziału w procesjach, do chodzenia, owszem, i to także, na kazania, lecz którzy zapytani nie umieją odpowiedzieć na tak wiele rzeczy, na znaczenie pewnych słów, a jednym z nich jest słowo "proroctwo i prorocy", a drugim słowo "apostoł", i jeszcze inne, i mylą to, co jest rzeczą dobrą, rzeczą światła, z tym, co dobre nie jest, co nie jest utkane ze światła, bo nie wiedzą — aby dać zrozumieć tym analfabetom religii, czym jest objawienie, a czym proroctwo, tak jak gdzie indziej, dla wyjaśnienia Jedności i Trójcy Boga, posłużono się porównaniem trzech ścian wielościanu, tak samo niech teraz posłuży porównanie, a może zrozumieją, do projekcji faktów rzeczywistych, lecz zaszłych w innym miejscu i w czasie wcześniejszym, albo do projekcji faktów, które z pewnością nadejdą, ale jeszcze ich nie ma, i jeden tylko Umysł je zna, jedna tylko Źrenica je widzi, jedno tylko Słowo może je ukazać.
Człowiek w ciągu wieków dokonał wielu wynalazków i odkryć: jedne dobre, inne złe, jeszcze inne takie, które mogłyby być dobre, bo mogły być środkiem formacji, nauczania, a nawet wzniesienia ducha, a które stały się niedobre, ponieważ posłużyły do rozbudzania niskich żądz części niższej, do psucia rozumu, a w następstwie do ranienia duszy. Jedną z tych rzeczy, które mogłyby być dobre, a stały się niedobre, gdyż posłużyły do ukazywania nałogu, zbrodni, grzechu, jest kinematografia; inną — druk. Ale dla oddania naszej myśli służy ta pierwsza. Kinematografia, ze swoimi filmami, może ukazywać wydarzenia i osoby z przeszłości. Mniej lub bardziej wiernie historycznie, bo człowiek rzadko robi dobrze to, co robi, a jeszcze rzadziej czyni to zgodnie z prawdą rzeczy. W każdym razie jednak, za pośrednictwem tego wynalazku, można pokazać żyjącym osoby, wydarzenia, obyczaje i zwyczaje minionych wieków, a nawet tysiącleci. Film się przesuwa, a człowiek widzi.
Bóg bierze człowieka – proroka albo natchnionego przez Niego, z pewnością przez Niego wybranego do tego celu – i jego duchowym oczom lub uszom ukazuje albo mówi wydarzenia minione, których prawda została zniekształcona: czy to przez upływ wieków, czy przez mimowolne przeinaczenie, łatwo powstające w przekazie ustnym, czy przez przeinaczenie dobrowolne, spowodowane przez schizmy religijne, przez herezje, przez dociekanie naukowe oderwane od mądrości religijnej. Albo też ukazuje i objawia fakty przyszłe, które w swojej wiecznej Teraźniejszości jedynie On zna. I oni widzą, i oni słyszą, jak gdyby dla nich kręcono film dźwiękowy. A Bóg poleca im ujawnić to, co im objawia, stać się Jego ręką i Jego ustami, aby zapisać lub wypowiedzieć to, co Bogu spodobało się objawić.
To porównanie — także Jezus posługiwał się porównaniami, aby swoi uczniowie zrozumieli Jego nauki — pozwoli wielu pojąć, czym jest proroctwo i kim są prorocy, kim jest natchniony albo widzący, i jak — gdy nie mówią oni rzeczy nie do pogodzenia z Wiarą i z Wielkim Objawieniem — trzeba im wierzyć, gdyż ujawniają to, co dobrze jest wiedzieć, by iść bezpiecznymi ścieżkami.
Niektórym proroctwa wydają się nie tylko rzeczami niezrozumiałymi, bo zbyt ciemnymi, ale rzeczami przebrzmiałymi, mówiącymi o wydarzeniach, które zaszły już przed wiekami. Tak. Wiele rzeczy w nich powiedzianych już się dokonało i nie powtórzy się. Ale wiele się powtórzy, tak jak już się powtarzało za każdym razem, gdy ludzkość wraca do stanu, dla którego proroctwo zostało dane. I tak, choć nie powtórzy się wcielenie Słowa ani założenie Kościoła — jako że Kościół, założony przez Jezusa, swego Najwyższego Kapłana i wiecznej Głowy, nie może zginąć na mocy Jego Boskiej obietnicy, a zatem nie może być potrzeby zakładania nowego — tak samo prawdą jest, że powtórzą się, jak już się powtarzały, kary dopuszczone przez Boga wskutek ohydy, która weszła w miejsce święte, i wskutek ludzkich niesprawiedliwości. I tak samo będzie z wieloma innymi rzeczami.
Ludzkość, mając przemienne cykle sprawiedliwości i niesprawiedliwości, wiary rzeczywistej i wiary jedynie zewnętrznej — "litera, a nie duch wiary" — albo wręcz niewiary u pięciu dziesiątych ludności świata, ma również przemienne cykle kar i przebaczeń, już wycierpianych i już otrzymanych, choć jej to nie czyni lepszą. A proroctwa, ponieważ dane są przez Tego, który widział "Czas" bez granic w czasie, w wielu miejscach służą jako światło i przewodnik, głos prawdy, rada miłosierdzia dla każdego czasu.
Apokalipsa, proroctwo Apostoła Światłości i Miłości, oświeca — i czyni to przez Miłość — czasy, każdy czas, aż do czasu ostatniego. Dziewiętnaście wieków minęło od chwili, gdy Jan otrzymał objawienie zwane "Apokalipsą", której czas wypełnienia tylko wtedy, gdy mierzy się go w odniesieniu do wieczności, mógł być nazwany "bliskim". Ale choć czas oczekiwania, mierzony czasem ziemskim, był i jest długi, to w tym, co odnosi się do stanu siedmiu Kościołów, jest on dziś tak samo aktualny, jak był wówczas.
Jan, widząc siedem ówczesnych Kościołów, siedem mniej lub bardziej jaśniejących ówczesnych świateł, nie tylko je zobaczył, ale i inne Kościoły, które miały się uformować w ciągu wieków, tak jak przewidział to, co się stało i co ma się stać — i na ziemi, i w Niebie, i w otchłaniach.
Widział. Światła świętości. Cienie niesprawiedliwości. Wzrost duchowości. Wzrost ludzkości, a raczej materialności. Płomień miłości i mądrości nią karmionej, płomień wznoszący się ku Niebu. I mgliste dymienie wiedzy pozbawionej mądrości, pełzającej po ziemi, gdy człowiek próbuje wytłumaczyć samego siebie i tyle innych rzeczy stworzenia samą tylko swoją wiedzą. Odrażające dymienie rozpust własnego "ja", wszystkich rozpustów. Winne dymienie egoizmów i okrucieństw. Dym, dym, nic więcej jak tylko dym — i dym szkodliwy, który pełza po ziemi, który się wciska, który brudzi, który zatruwa, który zabija. Zabija rzeczy najbardziej "dobre" w tym znaczeniu, jakie Bóg nadaje temu słowu, a które my nazwalibyśmy: rzeczami najbardziej "pięknymi". Trzy i cztery cnoty, więzi społeczne, sumienia, umysły, pokój rodzinny… Wszystko to dym — który jest tam, gdzie nie ma płomienia miłości — zabija, zatruwa, brudzi i przenika. Formowanie się nowego świata: świata Jezusa, Jego Królestwa. I formowanie się nowego świata w nowym: świata antychrysta, jego królestwa.
Triumfy chrześcijaństwa. Klęski chrześcijaństwa. Przedziwna jedność Owczarni Chrystusa. Buntownicze oddzielenie się części Trzody. Wszystko to Jan zobaczył. I wydawało mu się, że wypełnienie tego wszystkiego jest natychmiastowe, tak żywe było jego widzenie. Ale nie! Wieki i wieki musiały minąć, zanim wypełniło się wszystko, co ujrzał widzący z Patmos. Ale wszystko się wypełni, jak zostało powiedziane, jak w części, i w różnych czasach, już się wypełniło, choć nie osiągając jeszcze pełni rzeczy niedobrych, przewidzianych przez Jana.
Rzecz ludzka, rzecz z trudem doskonała, a jeszcze trudniej niepowtarzalna. Przynależność do Ludu Bożego nie przeszkodziła Żydom popadać wielokrotnie w te same grzechy. Przykład Adama, kar Bożych, których narzędziami były potop, rozproszenie ludów po pysze Babel, zniszczenie Sodomy i Gomory, ucisk egipski — nie przeszkodziły ludowi grzeszyć. Miłosierdzie Boga, które wyzwoliło ich z ucisku faraona i zechciało dać im wybraną ojczyznę i wybrane prawo, nie skłoniło ludzi do tego, by nie grzeszyli z wdzięczności dla Boga. I grzeszyli podczas samej drogi ku Ziemi Obiecanej, podczas gdy Bóg okrywał ich, jak prawdziwy Ojciec, swoimi darami.
Człowiek zawsze pozostaje człowiekiem. W dawnej i w nowej religii, obu Boskich. Czy należy do dawnego, czy do nowego Kościoła. "Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli, iż czynię cuda, ale dlatego, żeście jedli owe chleby i nasyciliście się". Zawsze taka jest ludzkość. Bardziej pociągają ją rzeczy zewnętrzne i cudowne, to, co stanowi nowość albo rozkosz choćby materialną, ludzkie nadzieje i obietnice, o których myśli, że można je osiągnąć — bardziej niż rzeczy wewnętrzne, nadprzyrodzone, pewne, nie mniej, owszem, o wiele bardziej cudowne, o wiele bardziej radosne, o wiele bardziej niezawodne, a nade wszystko o wiele trwalsze, bo wieczne.
Judasz jest doskonałym pierwowzorem tych wszystkich, których uwodzą cuda materialne i nadzieje ludzkich zaszczytów, zdolne nasycić pożądliwość umysłu albo oczu. Pierwowzór doskonały i nienawracalny.
Jednak także pozostali apostołowie i uczniowie nie byli wolni od tej ludzkiej słabości, w nich niezupełnej, z której coraz bardziej się obnażali, aż stali się od niej tak oderwani, że umieli znieść wszystko, co jest upokorzeniem i prześladowaniem, aż po umiejętność ogołocenia się z samego życia, by otrzymać Życie wieczne. A utwierdzeni w Wierze, Nadziei i Miłości, utwierdzeni w Łasce i Mądrości, i w Pobożności, Męstwie, świętej Bojaźni Bożej, we wszystkich darach Pocieszyciela, stali się tyluż "nauczycielami" i "założycielami" — nie nowej nauki i nowych Kościołów, bo jedna jest nauka i jeden Kościół doskonały, ale "tej nauki i tego Kościoła" pośród nowych ludów i w nowych krainach.
Minęło 20 wieków, nowi apostołowie następowali po pierwszych apostołach, nowe Kościoły po innych Kościołach, w coraz to nowych krainach ziemi. Praca apostolska nie zna przerw ani postojów, nawet jeśli — z winy ludzi — posuwając się naprzód, cofa się w rozległości panowania, i nie tylko w tym. Ciągłość pracy, rozszerzanie Ewangelii, rozrastanie się Ciała Mistycznego: prawdy niezaprzeczalne, wnioski logiczne, skoro Jezus karmi swój Kościół, prowadzi go, pobudza, a Jezus jest wieczny, jest potężny, jest święty. Jego Świętość zstępuje i krąży w całym Ciele, Jego Moc daje tajemnicze siły Jego sługom, Jego Wieczność sprawia, że Kościół nie może umrzeć.
Ale z winy i złej woli ludzi, podczas gdy od 20 wieków posuwa się naprzód i rozszerza na nowe ziemie, zatrzymuje się, cofa, owszem, umiera w innych. Czy to grzech jedynie tych czasów? Nie. Wszystkich czasów. Mniej lub bardziej całkowicie i głęboko, gdy pojawiały się odchylenia, zatrzymania, odłączenia, a nawet "śmierć" w latoroślach, które tworzą całą mistyczną Winorośl. Były one rozmaitej natury, a im więcej wieków mijało, tym cięższe stawało się odchylenie i odstępstwo latorośli Winorośli. Teraz jest czas Negacji.
Ale Jan widział wszystkie te rzeczy. Przewidział je. Widział je w siedmiu ówczesnych Kościołach. Przewidział je w Kościołach dzisiejszych, których siedem ówczesnych Kościołów było nie tylko prawdą, ale i figurą. I przewidział także obecną zgrozę: zgrozę Negacji w zbyt wielu miejscach i w zbyt wielu duchach. I przewidział zgrozę ostateczną: czas Antychrysta.
Wszystko zobaczył poprzez pierwsze widzenie. Ostatni skutek jest owocem pierwszego skutku. Powtarza się to w cyklach wieków, wzrastając tym bardziej, im bardziej wzrósł Kościół. Także i to jest boleśnie logiczne, że tak się dzieje. Bo Chrystus jest tym bardziej znienawidzony i zwalczany przez Antychrysta, im bardziej wzrasta Jego utwierdzanie się i tryumfowanie w świętych. Ciało Mistyczne wygrywa swoje bitwy? A Antychryst wzmaga swoją potęgę i rozpętuje bitwy jeszcze okrutniejsze. Bo jeśli Chrystus chce tryumfować, jak to jest słuszne, Antychryst także chce tryumfować, a jego przemoc rośnie tym bardziej, im bardziej Chrystus tryumfuje, aby Go zwyciężyć i obalić. Och! Nie zdoła! Chrystus jest Zwycięzcą. Ale on ma taką nadzieję i próbuje. A nie mogąc odnieść zwycięstwa zbiorowego nad całym Ludem Bożym, zdobywa sobie zwycięstwa jednostkowe albo narodowe, sprowadzając na manowce umysły i opanowując duchy, wyrywając Kościołowi całe Narody.
Siedem Kościołów. Niedawno były założone, i to założone przez tych, którzy zostali posłani, aby je założyć, bezpośrednio przez Boga: "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody"; po tym, jak — zgodnie z Boską obietnicą — otrzymali Ducha Świętego, który "miał im przypomnieć wszystko i nauczyć wszelkiej prawdy" w sposób dla nich zrozumiały, to znaczy czyniąc ich zdolnymi do pojmowania rzeczy najwyższych, aby — "przyoblekłszy się w moc z wysoka" — mogli być założycielami rzeczy tak wzniosłej jak Królestwo Boże pośród ludzi. A mimo to już wtedy niedoskonałość, a nawet coś więcej niż niedoskonałość, zrodziła się w wielu z nich, gdyż Przeciwnik, czyli Antychryst, był już duchowo w działaniu i już pracował, aby zepsuć i zniszczyć duchowe twierdze Królestwa Bożego. Siać niezgodę pomiędzy członkami, wsączać subtelne herezje, wzbudzać głupią pychę, doradzać nikczemne układy pomiędzy sumieniem a prawem ciała, oraz zastrzeżenia myślne, wstrętne Bogu, którego mowa brzmi: "tak, tak; nie, nie" — i chce On, aby taka była mowa Jego dzieci i wiernych; oziębiać miłość, wzmagać przywiązanie do ziemskiego istnienia oraz do bogactw i materialnych zaszczytów.
Oto dzieła Przeciwnika, niestrudzonego w pracy nad tym, by próbować zwyciężyć Boga i zniszczyć wszystko, co On stworzył, korzystającego ze wszystkiego, co może mu w tym pomóc, a co dostarczają sami ludzie — czy to przez własną niedoskonałość, czy przez reakcję wywołaną niesprawiedliwym działaniem członków silniejszych wobec członków słabszych.
To, co słuszne jest powiedzieć, powiedziane być musi. Uchybienie sprawiedliwości i miłości, które niby niebieski miód przyciągają dusze do mistycznego ula i zachowują je w nim wiernymi, wywołuje reakcje dotkniętych członków: ból, zgorszenie, a także nieufność i odłączenie.
Kościół został założony przez Miłość i zawsze powinien był być miłością doskonałą. Kościół jest karmiony przez Miłość i powinien dawać miłość doskonałą wszystkim swoim członkom, także — a nade wszystko — najmniejszym i słabym, aby ich karmić i zachować przy życiu. Kościół otrzymał nakaz nauczania miłości. Ale biada, jeśli nauczanie ogranicza się do litery, zamiast być praktykowane w swoim duchu!
Żyć w miłości, aby baranki żyły w niej. To jest obowiązek pasterzy. Bo jeśli baranki widzą, że miłości domagają się pasterze — i biada barankowi, który nie okazuje im czci pełnej miłości, posuniętej aż do wyrzeczenia się wolnego sądu i wolnego działania w rzeczach dobrych, które sam Bóg pozostawia człowiekowi (owszem, On pozostawia wszelką wolność, ograniczając się do wskazania, co jest dobre, a co niedobre) — podczas gdy tejże miłości pasterze barankom odmawiają, cóż się dzieje? Oto z powodu serca, które nie otwiera się na nieskończone potrzeby dusz — mówię o sercach pasterskich — dusze zwracają się gdzie indziej, idą pukać do innych drzwi, a czasem są to drzwi, które otwierają się na potrzeby materialne i dają chleb, odzież, lekarstwa, rady, pomoc w znalezieniu pracy, w uniknięciu wyrzucenia z domu przez bogacza o twardym sercu, ale które zarazem wyrywają z serc religię i sprawiedliwość. Bo tak właśnie się dzieje. I za chleb, za odzież, za dach nad głową, za pomoc w przywróceniu sprawiedliwości wobec prześladowanego, dusza albo wiele dusz opuszcza owczarnię, pastwisko, drogę Bożą i idzie na inne pastwiska i na inne drogi: pierwsze materialne, drugie antychrześcijańskie.
W wiekowym rozwoju mistycznej Winorośli doszło do odłączenia się nawet głównych latorośli. Wiele było tego przyczyn i nie wszystkie pochodziły ze samorzutnego buntu członków, lecz także z buntu wywołanego rygoryzmem bez miłości i rygoryzmem bez sprawiedliwości, który nakłada na innych ciężary, jakich sami nie noszą. Z tego powodu Izrael zaznał wojen wewnętrznych i schizm. Z tego powodu prosty lud poszedł za Chrystusem. Z tego powodu i dziś jeszcze niektóre członki odłączają się albo przynajmniej pozostają zakłopotane, albo popadają w zgorszenie.
Przyjrzyjmy się siedmiu ówczesnym Kościołom, takim, jakimi ujrzał je Jan i jakimi usłyszał je osądzone przez Sędziego wiecznego. Zobaczymy w nich już działające to, co potem — i to w formie coraz szerszej — działało i działa w kościołach czy religiach z nazwy "chrześcijańskich", lecz nie chrześcijańskich katolickich. W kościołach odłączonych.
Nadały sobie ustrój ludzki, zachowując z prawdziwego Kościoła tylko to, co im się podobało zachować, aby móc się nazywać "chrześcijańskimi". Ale być chrześcijaninem nie znaczy jedynie modlić się do Chrystusa; głosić Go, w jakikolwiek sposób, nie znaczy być w pewnych rzeczach jeszcze bardziej rygorystycznym niż prawdziwi katolicy. Modlić się do Boga, głosić Boga, być sztywnym w formalistycznej służbie Bogu — czynili to również kapłani, uczeni w Piśmie i faryzeusze z czasów, gdy Jezus żył wśród ludzi. A jednak to nie uczyniło ich, poza nielicznymi wyjątkami, "chrześcijanami", ale przeciwnie — uczyniło ich "antychrześcijanami".
Być chrześcijaninem znaczy należeć do Ciała Mistycznego przez przynależność do Kościoła Rzymskiego jako katolik i przez przynależność do Chrystusa przez życie prawdziwie takie, jakiego On nauczał i jakie żyć nakazał. Inaczej nie jest się chrześcijaninem w rzeczywistości, nawet jeśli jest się katolikiem przez przyjęcie Chrztu według obrządku Kościoła Rzymskiego i innych sakramentów. Nawet jeśli się nie upadło i nie trwa w ciężkiej winie, nawet jeśli się nie doszło do zaparcia się Wiary, do przynależności do sekt potępionych przez Kościół albo do partii politycznych, również potępionych, bo słusznie potępienia godnych — nie jest się prawdziwym katolikiem, chrześcijaninem w rzeczywistości, gdy nie żyje się życiem chrześcijańskim, gdy nie czci się Boga kultem wewnętrznym żywym, zawsze, także w zaciszu domu, obecnym zawsze także w pracy umysłowej czy fizycznej, którą trzeba wykonywać, czynnym zawsze także w stosunkach społecznych, jakie stale trzeba utrzymywać z całym naszym bliźnim, mniej lub bardziej złączonym z nami więzami krwi albo relacjami społecznymi.
Nie jest się prawdziwym katolikiem ani chrześcijaninem w rzeczywistości, gdy praktykuje się jedynie kult zewnętrzny i formalny, aby być chwalonym, albo jedynie kult wewnętrzny, aby nie być wyśmianym jako dewot czy nie ponieść z tego powodu szkody materialnej. Nie jest się prawdziwym katolikiem, chrześcijaninem w rzeczywistości, gdy nie stara się praktykować cnót możliwie najdoskonalej, aż do heroizmu, jeśli trzeba; gdy nie wypełnia się tego, co nazwane jest "dopełnieniem Prawa: miłością", której gałęziami są uczynki miłosierdzia; gdy nie stara się zrzucić nałogu, który jest przyczyną grzechu; gdy grzeszy się przeciw Duchowi Świętemu, wątpiąc w Miłosierdzie Boże, które przebacza temu, kto żałuje, zuchwale ufając, że można zbawić się samemu, wyszydzając albo negując świetlane prawdy Wiary — nie tylko te pierwsze i główne, ale wszystko, co zawarte jest w Credo i określone przez dogmaty dawne i niedawne — żywiąc zazdrość wobec sprawiedliwych, trwając uporczywie w grzechu i bez pokuty; gdy krzywdzi się bliźniego na życiu albo choćby tylko na zdrowiu ciała czy na czci; gdy depcze się porządek natury, dopuszczając się czynów obrzydliwych, jakich nawet zwierzęta nie popełniają z pełną winą, bo nie mają rozumu ani sumienia; gdy uciska się ubogich, uprawia lichwę niegodziwego zysku, wyzyskuje się ponad miarę tego, kto pracuje, i odmawia mu się sprawiedliwej zapłaty.
Kiedy się tak żyje, zasługuje się na surowe sądy Jezusa wypowiedziane wobec uczonych w Piśmie, faryzeuszów i przekupniów w Świątyni. Jakże byłoby wskazane, aby bardzo często w Ewangelii — która powinna być księgą czytaną codziennie przez każdego chrześcijanina, zdanie po zdaniu, z rozważaniem tych prawd, które dają Życie — czytano, odczytywano na nowo i rozważano te miejsca, w których Jezus mówi, gdzie jest prawda życia religijnego, a gdzie jego pozór albo kłamstwo! I aby badano samych siebie. Aby porównywano się z faryzeuszem i celnikiem, z faryzeuszem i grzesznicą, z lewitą i dobrym Samarytaninem, z bogaczami, którzy wrzucali do skarbony to, co im zbywało z ich bogactw, i z wdową, która wrzuciła tam "wszystko, co miała na utrzymanie", i aby zobaczono, do której kategorii się należy. A jeśli się widzi, że należy się do kategorii tych, którzy mają jedynie kult zewnętrzny — opamiętać się, stać się prawdziwymi uczniami Mistrza, prawdziwymi dziećmi Bożymi i braćmi Chrystusa, to znaczy chrześcijanami z imienia, a bardziej jeszcze w rzeczywistości.
Bo inaczej będzie się miało imię chrześcijan, ale nie będzie się latoroślami, które On karmi. Będzie się latoroślami odciętymi, które — nawet jeśli nie uschły całkiem, bo naturalna skłonność do Dobra każe im postępować sprawiedliwie — są jednak gałęziami, które same siebie przesadziły, w pysze; które utworzyły osobny krzew, wydający dzikie grona, a nie dobre winne owoce. Aby znowu stać się takimi, muszą być na nowo wszczepione w prawdziwy Krzew Winny, w jedyny prawdziwy Krzew Winny, który pozwala latoroślom przynosić owoce obfite i święte.
Odnosi się to zarówno do poszczególnych latorośli, jak i do tych, które tworzą osobny krzew: do kościołów odłączonych. One bowiem, będąc odłączone i nadawszy sobie własny ustrój, wymyślony przez ich założyciela — człowieka, a nie Człowieka-Boga — nie mogą mieć tej pełni życia duchowego, którą zachowuje jedynie przynależność do Ciała Mistycznego i która chroni przed oddaleniami coraz większymi, nie tylko od samego Ciała, ale i od Prawdy i Światła, które czynią bezpieczną drogę wiodącą od Kościoła ziemskiego do niebieskiego.
A że nieprzynależenie do Ciała Mistycznego powoduje upadek również ze sprawiedliwości, widać to dziś jaśniej niż kiedykolwiek. Odłączenie się pogłębia. Bo niektóre kościoły odłączone nie tylko poprzestają na odmowie czci i posłuszeństwa Najwyższemu Pasterzowi; nie tylko pozwalają sobie na podnoszenie protestów, gdy Papież mówi z Bożego światła, określając nowe prawdy; nie tylko — choć mówią, że chcą służyć Chrystusowi — wyrywają Mu albo próbują wyrwać stworzenia, które do Niego należą, które są z Jego Owczarni, a które oni, odłączeni, próbują przyprowadzić do swojej, na inne pastwiska, gdzie nie wszystko, a zwłaszcza to, co najważniejsze, jest dobre; ale — i to jest potworne — zaczynają wysławiać Bestię, Antychrysta, i pochwalać jego ideologie.
Ale i to jest powiedziane: "I cała ziemia szła w podziwie za bestią". Choć widać, jak ona, przez posłuszeństwo smokowi, który daje jej wszelką władzę, "toczy wojnę ze świętymi i zwycięża ich (materialnie)". Wojnę ze świętymi, to znaczy z tymi wszystkimi, którzy czczą prawdziwego Boga i pozostają Mu wierni, miłując całymi sobą Syna Człowieczego i Niewiasty, i miłując Niewiastę, która była Przybytkiem Boga i Jego wieczystą Chwałą, doskonałym Obrazem i Podobieństwem Boga. Nie takim, jakim my jesteśmy, odkąd zgubne dziedzictwo Adama zniekształciło i osłabiło w nas Boże podobieństwo. Nie takim, jakimi byli Adam i Ewa nawet przed grzechem — dwoje niewinnych, dwoje dzieci Bożych, z którymi Stwórca prowadził rozmowy, o których prawdziwej formie nie wiemy, bo jest tajemnicą, ale których nie należy przez to podawać w wątpliwość — dwoje przeznaczonych, by żyć z widzenia Boga i w jego szczęśliwości na wieki. Nie. Maryja, ukształtowana ręką Bożą, aby była "formą dla Boga wcielonego", który był najdoskonalszym Obrazem Ojca: "Kto Mnie widzi, widzi także Ojca mojego"; Maryja, z którą Bóg Jeden i Trójjedyny prowadził zawsze takie rozmowy, jakie prowadzi się z prawdziwą Córką, Oblubienicą i Matką; Maryja, która stale, wszystkimi swoimi władzami, była wpatrzona w swojego Pana; była i jest najczystszym Zwierciadłem, w którym ukazuje się Obraz Boga, najwyższe Piękno i Doskonałość, tak że kto kontempluje Maryję, widzi to, co stanowi nieopisane Piękno, zanurzające w otchłaniach szczęśliwości wiecznych mieszkańców Nieba.
Maryja: stworzenie, siostra nasza przez ludzkie narodzenie. Maryja: stworzenie przebóstwione, którego możemy być duchowymi młodszymi siostrami, byle tylko chcieć nimi być. Maryja: arcydzieło Boga, Stwórcy ludzi. Maryja: znak, miara, dotykalna forma tego, co od zawsze zostało przez Boga przeznaczone ludziom, którzy żyją jak dzieci Boże.
Człowiek, niedoskonały w wierze w zmartwychwstanie ciała i we współudział ciała zmartwychwstałego w radości ducha uszczęśliwionego; człowiek, który — będąc niezdolny uwierzyć w tę prawdę albo przynajmniej powątpiewając o niej — nie daje się jeszcze przekonać przez Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, bo mówi: "On był Bogiem, a więc…"; ten człowiek wobec ustanowionej prawdy o Wniebowzięciu Maryi z ciałem i duszą do Nieba nie może już wątpić. Jego umysł ma środek, który potężnie prowadzi go do wiary w zmartwychwstanie ciała i we współudział ciała w wiecznej radości ducha.
Jezus jest Tym, który objawia nam Boga Ojca. Maryja jest Tą, która objawia nam błogosławiony los dzieci Bożych. Jezus jest Tym, który nauczył nas jako Nauczyciel, jak żyć jak dzieci Boże. Maryja jest Tą, która praktycznie pokazała nam, jak się żyje, aby być dziećmi Bożymi. A ludzie, którym trudno iść za Ewangelią i którzy mówią: "On mógł tak czynić, bo był Bogiem, a któryś z Jego wybranych może to czynić, bo Bóg-Jezus daje mu szczególne dary" — widząc życie, sposób życia Maryi od chwili, gdy otworzyła oczy na światło (bo w Niej, pełnej łaski, nigdy nie było tego stanu niewiedzy, wspólnego wszystkim narodzonym, których dlatego nazywa się nieodpowiedzialnymi za swoje czyny przed używaniem rozumu) — mogą przekonać się, że życie jak dzieci Boże jest możliwe dla wszystkich zrodzonych z niewiasty, owszem, dla wszystkich stworzonych przez Boga, byle tylko zechcieli żyć jak stworzenia przebóstwione.
I niech nie przeciwstawia się temu twierdzeniu zarzut: "Maryja była wolna od grzechu pierworodnego i od jego zarzewi". Ewa również była. Owszem, była Niewinna w niewinnym świecie, królowa w świecie sobie poddanym, jedyne — wraz ze swoim mężem — wyższe stworzenie, obdarzone rozumem, łaską, wiedzą, władczyni świata zmysłowego, prowadzona przez Głos Boga. A jednak przy pierwszej pokusie uległa, podczas gdy niezliczone dusze, choć skażone grzechem pierworodnym, i wiele stworzeń, choć noszących w sobie zarzewia — owo straszliwe "prawo ciała", nad którym wzdychali Paweł, Augustyn i wielu innych, którzy teraz są świętymi i świętymi w Niebie — nie uległy.
Maryja, tak jak Jezus, nigdy nie zgrzeszyła, w żaden sposób, w żadnej rzeczy, nawet logiczną, naturalną, słuszną reakcją matki, która widzi, jak torturują i zabijają jej Syna — ani przeciw miłości, ani przeciw żadnej innej cnocie. Nie chciała grzeszyć. I nie zgrzeszyła. Bóg z pewnością działał w Niej w sposób tajemniczy, tak by nawet najmniejsza niedoskonałość — co mówię: cień, zalążek niedoskonałości — nie naruszyła czystości i doskonałej świętości Całej Pięknej. Ale jest również pewne, że Maryja wszystkimi swoimi władzami i wolą przyzwoliła Woli, jaką Bóg miał względem Niej.
Bóg nie uczynił z Maryi niewolnicy, która może jedynie słuchać pana, który jej rozkazuje, ale Królową, swoją Królową, do której posyła jako ambasadora archanioła, aby jej powiedział zamysł Boży. Zamysł, który spełnia się dopiero wtedy, gdy Maryja dobrowolnie mówi: "Niech mi się stanie według twego słowa".
Ten sam archanioł oznajmił inne cudowne macierzyństwo — cudowne, bo poza prawami natury, zważywszy wiek małżonków i bezpłodność przyszłej matki — kapłanowi Zachariaszowi. Lecz ten, choć był kapłanem i w pełni sprawowania swych kapłańskich czynności przed Świętym Świętych, zwątpił w moc i miłosierdzie Boga oraz w prawdziwość słów anielskich, i został za to ukarany.
Oto różnica między sprawiedliwością a doskonałością sprawiedliwości. W Maryi jest wiara i posłuszeństwo absolutne, choć cud był bez miary większy. W Zachariaszu nie. Dlaczego tak? Ponieważ Maryja była wprawdzie Niewiastą, bo Niewiasty potrzebowało Słowo Ojca, aby przyjąć ludzkie Ciało, ale była Niewiastą, która stała się tak ogołocona z naturalnego człowieczeństwa i tak bogata w naturę nadprzyrodzoną, że nie miała już żadnych z tych więzów i przeszkód, przez które władze stworzenia bywają powstrzymywane lub obciążane w pójściu za wolą Boga, który na takiej glebie, w takim "ja" ogołoconym z tego, co jest zawadą dla Bożych działań, może dokonać największych dzieł swojej Wszechmocy.
"Ziemia pójdzie za bestią i pozabija świętych, którzy nie oddają pokłonu bestii z Ziemi". Pierwsze z objawień Antychrysta. Jest on "z ziemi", ponieważ neguje Boga, neguje wszystko, co jest od Boga, ponieważ popada w bałwochwalstwo wobec tego, co nie jest Bogiem, ale owszem jest przeciw Bogu, i znosi prawo Boże, i zastępuje je swoim, które nie jest już nawet naturalnym prawem moralnym, i próbuje nawet zatrzeć jego pamięć w stworzeniach, i depcze oraz zabija tego, kto nie chce stać się zły, niewierzący, przeciwny Bogu.
Bestia, która pożera baranki, aby wyrwać Bogu jak najwięcej Jego dzieci. A jednak oto czasy te oglądają okropność: słudzy kościołów odłączonych, które przecież chcą się nazywać "chrześcijańskimi", składają hołd przylgnięcia do słów i pragnień bestii z Ziemi, do tej potworności, która walczy z Chrystusem; oddają cześć temu bożkowi ideologicznemu, deprawującemu i bezlitosnemu — a nie są do tego zmuszeni jak ci, którzy są poddanymi tam, gdzie on panuje, i nie zastanawiają się, że gdyby zapanował wszędzie, również oni prędzej czy później zostaliby pożarci, torturowani, pozbawieni najświętszych wolności wolnego człowieka, aż po wolność myślenia. Lecz oto od dwudziestu wieków Chrystus wskazał te wypaczenia i ich przyczyny.
Tutaj jest gorliwość i cierpliwość, ale "porzucono pierwotną miłość" i dlatego stało się słabsze albo całkiem umarło życie w Bogu, bo gdzie nie ma miłości, tam nie ma Boga ani życia Bożego w osobie, ani życia osoby w Bogu. Tam natomiast jest umiłowanie bogactw życia, to jest zdrowia i życia, podczas gdy ci, którzy chcą służyć Jezusowi Chrystusowi, nie powinni kochać życia materialnego, nie powinni lękać się ani uciekać przed prześladowaniami, lecz wypełniać je do końca, gdy trzeba, aż do śmierci, bo tak uczynił Chrystus i bo ten, kto traci życie, aby Mu służyć, posiądzie Go w sposób szczególny w Niebie.
W innych miejscach są tacy, którzy okazują słabość wobec winnych herezji albo niedoskonałej nauki i niedoskonałego życia. A to po to, by nie robić sobie wrogów. Nie. Gdy w ogrodzie Kościoła wojującego widzi się wyrastające rośliny złe albo chore, albo dające zły przykład innym, trzeba oczyścić je z chorych części, zaszczepić je, a jeśli odrzucają szczep, który uczyniłby je dobrymi, umieć je także wyciąć u samego korzenia. Lepiej o jedną roślinę mniej niż trucizna dla wszystkich! Lepiej być prześladowanym, lepiej pozostać bez przyjaciół, niż pozwolić, by wrogowie albo słudzy nieużyteczni psuli inne dusze i by Bóg się oddalił, widząc, że Jego pasterz woli przyjaźń z koźlętami od Jego najświętszej przyjaźni.
Gdzie indziej są tacy, którzy bardziej wierzą fałszywym prorokom — głosom nieczystym, które szatan pobudza do mówienia, a które prawo Kościoła potępia; i jest to potępienie dla wszystkich tych, którzy będąc katolikami, słuchają ich, tych szatańskich głosów przemawiających za pośrednictwem mówiących stolików albo spirytystów, głosów mówiących po to, by oszukać, uwieść, sprowadzić na manowce, oderwać od Kościoła.
Tylko duchy światłości są prawdomówne i są dobrymi przewodnikami. Ale one nigdy, powtarzam: nigdy, nie przychodzą na ludzkie wezwanie ani nie potrzebują szczególnych przyrządów, aby się objawić. Bóg posyła je, kiedy chce i do kogo chce. I one jedyne mówią prawdę. Inne, we wszystkich swoich objawieniach, są kłamstwem. Bo są objawieniami satanizmu, a szatan jest samym Kłamstwem. To, co pochodzi od tych głosów, nawet jeśli pozornie zdaje się, że mówią dobre słowa, zawsze jest subtelnie skażone błędem. Mówią, aby oderwać od Kościoła, twierdząc, że nie jest on konieczny do obcowania z Bogiem. Mówią, aby wsączyć fałszywe teorie o reinkarnacji, o systemie ewolucji dusz przez kolejne życia, co jest absolutnie fałszywe. Mówią, podsuwając naukowe wyjaśnienia najświetlistszych objawień Bożej Wszechmocy, która wszystko stworzyła z niczego.
Biedna nauka, która chce być tylko "nauką" i odrzuca Mądrość! Nauka może potwierdzać Mądrość, ale nie może jej znieść. Gdy ją znosi, gasi ocean światła niosącego pociechę duszom i ludzkim umysłom.
Biada temu, kto gasi to światło! Podobny do czynu szalonego tyrana, który z nienawiści albo w obłędzie podminowuje i obraca w proch miasto lub świątynię, jest czyn tych, którzy z nadmiernej miłości do nauki, niemal z jej kultu — podczas gdy to Mądrość należy miłować, słuchać jej i jej wierzyć, bo pochodzi od "Ojca światłości, u którego nie ma przemiany ani cienia zmienności", który jest Duchem Prawdy i Miłości i chce, abyśmy byli karmieni prawdą, by coraz doskonalej miłować, i chce, abyśmy widzieli, by lepiej poznawać, lepiej służyć, lepiej miłować — obracają w proch gmach prostej i czystej Wiary albo przynajmniej wiele jego części. Te najważniejsze.
Lecz gdy wyważy się fundamenty i mury nośne, czy budowla może się jeszcze utrzymać? Nie. A kiedy z ludzkiego pragnienia, by uchodzić za uczonych i nowoczesnych, idących z postępem czasów, wyjmuje się z podstaw gmachu wiary kamienie węgielne, ogłaszając je jako już nieprzystające do obecnej chwili, dziecinne, nie do przyjęcia, jako baśnie, których nie można już przyjmować — co się dzieje? Wiele się wali, czyniąc ofiary, wiele zostaje zrujnowane i oszpecone, wiele z tego, co było świetliście piękne, staje się mrocznie i dymnie przystrojone ubogimi światłami ludzkimi, które swoimi dymami przyćmiewają światła niebieskie i rodzą pytania w oszołomionych duszach — pytania, których nauka nie zaspokaja, a Mądrość nie zdoła już obalić — i tworzą pustki, których nic nie potrafi wypełnić. Wali się świat czystej wiary. A rumowiska ich sylogizmów, wniosków i badań nie wypełniają powstałej pustki.
Występowanie przeciw poznanej prawdzie jest grzechem przeciwko Duchowi Świętemu. A powiedziano, że "Duch Święty, wychowawca, ucieka przed obłudą, trzyma się z dala od nierozumnych myśli i wycofuje się, gdy nadchodzi nieprawość". A jakaż nieprawość jest większa niż wnioskowanie, że Bóg, Wszechmogący, musiał czekać na samorzutne przemiany, aby stworzyć swoje arcydzieło, którym jest człowiek? Jakaż myśl jest bardziej nierozumna niż myśl tego, kto sądzi, że Bóg był bezsilny, by stworzyć wprost najpiękniejsze dzieło swego stworzenia?
Prawda o wszystkim jest w Księdze. Bo jest to słowo napisane pod natchnieniem Mądrości, czyli Boga. Wszystko inne jest zmyśleniem, wyobrażeniem, ludzkim wnioskiem. Jeden tylko nigdy się nie myli: Bóg. Człowiek, nawet najświętszy albo najbardziej uczony w ludzkiej wiedzy, zawsze może zbłądzić, kiedy mówi lub działa jako "człowiek", to znaczy kiedy nie jest poruszany przez Ducha Świętego, kiedy nie jest oświecany przez Światłość-Jezusa, kiedy odrywa wzrok od Ojca-Boga, nie widząc Go już we wszystkich Jego dziełach.
Także nauka może być dobra i pożyteczna. Bóg dał człowiekowi rozum w dobrym celu i po to, by go używał. Ale dziewięćdziesiąt procent ludzi nie zawsze używa go w dobrym celu. A uczeni, w liczbie nawet większej niż dziewięćdziesiąt procent, nie używają go w dobrym celu.
Dlaczego tak jest? Ponieważ idąc za ludzkimi drogami i chimerami, i goniąc je, tracą z oczu Boga i Jego Prawo. Tak, nawet jeśli pozornie Mu służą i oddają Mu cześć zewnętrzną, a także, owszem, względną cześć wewnętrzną, i są przekonani, że Go czczą — w rzeczywistości nie widzą Go już świetliście ani nie widzą świetliście odwiecznych przykazań miłości. Nie żyją już życiem Boga, które jest życiem miłości. Gdyby żyli tym życiem, gdyby widzieli świetliście Boga i Jego Prawo, jakże mogliby używać swego rozumu, by niszczyć swoimi naukowymi wnioskami prostą wiarę "maluczkich", a swoimi naukowymi odkryciami — istnienie tylu ludzkich żywotów, całych miast, a nawet podminowywać cały ziemski glob przez zakłócanie równowagi, ładu żywiołów i praw kosmicznych, ustanowionego przez Boga, który od tysiącleci sprawia, że Ziemia żyje i wydaje życie roślin i zwierząt, nie wychodząc ze swojej orbity, nie przesuwając się ze swojej osi i unikając w ten sposób apokaliptycznych kataklizmów?
Ale większą zbrodnią jest niszczyć prostą wiarę "maluczkich", niszczyć w rzeszach przekonanie, że Bóg jest tym kochającym Ojcem, który troszczy się nawet o ptaki i o kwiaty polne, i słucha, i wysłuchuje próśb, jakie zanoszą do Niego Jego dzieci w modlitwie pełnej wiary.
Jakże człowiek może jeszcze wierzyć po prostu, jeśli w imię nauki i przy poparciu niepewnych dowodów naukowych wy wyważacie fundamenty Objawienia zawartego w Księdze? Jakże człowiek może jeszcze wierzyć, że Bóg jest potężny, że jest kochający, że jest Ojcem, który troszczy się o swoje dzieci, jeśli za sprawą waszych odkryć człowiek jest dotykany karami — nie, nie karami, bo wszystkie ludzkie prawa karzą złoczyńcę, podczas gdy wasze środki zniszczenia dosięgają niezmierzoną liczbę tych, którzy nie są złoczyńcami — jeśli człowiek jest dręczony aż do obłędu albo do śmierci z przerażenia lub z ran, doprowadzony do tego, że nie ma już nawet nory, którą Bóg daje zwierzętom, nawet drapieżnym, ani pokarmu i szat danych ptakom i kwiatom polnym?
Największa zbrodnia! Zniszczyć wiarę i ufność. Wiarę w prawdy Objawienia. Ufność w dobroć i wszechmoc Bożą. Pierwsze zniszczenie obala cały świat rzeczy, w które wierzono i które były potężną zachętą do życia jak dzieci Boże, przekreśla cały świetlisty poemat, który opiewa nieskończoną dobroć Pana. Drugie sprawia, że człowiek, zniechęcony doświadczeniami życia, mówi: "Na co się zda modlić, poświęcać się, żyć sprawiedliwie, jeśli i tak zostaje się tak samo dotkniętym?". Oto rodzi się wątpliwość! Oto następujące po niej rozluźnienie wiary i obyczajów! Oto porzucona modlitwa! Oto niekiedy rozpacz! Oto owoce nauki oderwanej od Mądrości.
Owoce przeklętego drzewa wiedzy, nieuszlachetnionego szczepem Mądrości. Chcecie wszystko poznać, wszystko zbadać, wszystko wyjaśnić. Ale rozum człowieka, a zwłaszcza człowieka upadłego, rozum zraniony przez grzech pierworodny, rozum zraniony przez pożądliwość umysłu, nie może wszystkiego poznać. Także Adam, choć został uczyniony "królem" całego stworzenia, otrzymał zakaz: "Nie jedz owocu z drzewa poznania dobra i zła, bo tego dnia, kiedy z niego zjesz, umrzesz". Nie usłuchał, chciał wszystko poznać i umarł najpierw dla Łaski, potem w ciele. Także teraz zbyt wielu, mając przed sobą dwa drzewa — to, które daje Życie, czyli Jezusa-Odkupiciela-Zbawiciela-Słowo, które daje Życie wieczne, oraz drzewo wiedzy, wydające owoce na ogół śmiertelne — wyciąga rękę po to drugie, a nie po pierwsze, kosztuje tego, a nie tamtego, i zadaje śmierć sobie, i zadaje śmierć innym.
Czy nauka jest cała winna? Nie. Jak żaden człowiek nie jest całkowicie zły i nieustannie zły, tak i nauka nie zawsze i nie cała jest zła i winna. Są uczeni, którzy używają swej wiedzy do dzieł dobrych. Inni, doszedłszy do odkrycia środków zabójczych, niszczą je, wolą wyrzec się ludzkiej chwały, która przypadłaby im za takie odkrycie, byle tylko oszczędzić ludzkości nowych plag. Jeszcze inni, ponieważ są prawdziwie chrześcijanami, przez studium naukowe pomnażają swoją religijność, pomnażają cnoty nadprzyrodzone i moralne.
Ci są błogosławieni przez Boga i są dobroczyńcami ludzkości. I powinni być naśladowani przez wszystkich innych. Ale tak nie jest. Słuchani, przyjmowani jako poparcie dla swoich wniosków, są inni uczeni, ci, którzy wszystko badają i wyjaśniają po ludzku, patrząc na wszystko swoim ludzkim, materialnym okiem, które patrzy w dół, patrzy na ziemię i jej tajemnice, jak czynią zwierzęta, a nawet gorzej niż one. Bo zaprawdę można by powiedzieć, że zwierzęta, wiele z nich, umieją chwalić rzeczy, przynajmniej piękne rzeczy stworzenia, rzeczy dobre, wdzięczne słońcu, które je ogrzewa, wodzie, która gasi ich pragnienie, owocom ziemi, które je karmią, człowiekowi, który je kocha — o wiele lepiej niż ludzie.
Człowiek, stworzenie rozumne, obdarzone duchem i życiem nadprzyrodzonym, powinien umieć patrzeć w górę, ku Niebu, ku Bogu. Oczyszczać swoją źrenicę i swoją wiedzę przez kontemplację dzieł Bożych, przez wiarę, że to On je uczynił, dostrzegać niezatarty znak, który wszystkie one noszą wyciśnięty i który świadczy, że zostały uczynione przez Boga.
Religia i wiara, religia i miłość czynią ludzkie badanie czynnie dobrym. Pozbawione tych sił duchowych albo posiadające te siły w mierze niedoskonałej, ludzkie badanie popada w błąd i pociąga innych w błąd, i ku osłabieniu lub śmierci wiary.
Aby wydawać się aktualnymi, zgodnymi z czasami, które zaprawdę nie są bynajmniej czasami godnymi pochwały, nie odrzucajcie świateł, wszystkich świateł, które przychodzą do was wprost z Objawienia, z Mądrości, a pośrednio z mądrego badania chrześcijańskich uczonych, którzy wznieśli się do Boga, aby móc przeniknąć także tajemnice świata, ale przeniknąć je w duchu dobrym, aby poznać ich prawdę — prawdę, która potwierdza dzieło Boże i oddaje Mu za nie chwałę. Nie sięgajcie natomiast, aby wydawać się aktualnymi i zgodnymi z czasami, po te "głębiny szatana", jak nazywa je Apokalipsa, rozdz. II, w. 24, albo przynajmniej po "głębiny świata", które nie są zgodne z Objawieniem, aby wyjaśniać to, co istnieje, a co istnieje jedynie dzięki wszechmocy i działaniu Bożemu.
Gdzie indziej znowu panuje letniość w służbie Bożej i pycha z siebie samego. Potrójna pożądliwość triumfuje tam, gdzie królowe powinny być cnoty, i czyni ubogimi i pozbawionymi światła tych, którzy są letni i pyszni. Ubogimi w to, co konieczne, aby być sprawiedliwymi, i w to, co trzeba posiadać, aby ze swoich poddanych uczynić sprawiedliwych. Kto jest letni, nie może ogrzać tego, kto jest zimny. A kto jest bez światła, nie może go przekazać. A kto skąpi wielkich darów, które Bóg mu dał, nie może ubogacić swoich owieczek. Zatrzymuje pastwisko dla siebie, pozwala swojej trzodzie paść się tylko tym, co niezbędne, aby całkiem nie zginęła, nie myśląc o tym, że w trzodzie są słabi, którzy potrzebują być karmieni w mierze większej, czasem bardzo wielkiej, aby nie umrzeć.
Nie wystarczy być świętym indywidualnie, nie grzeszyć samemu, aby być dobrym pasterzem. Trzeba uświęcać, trzeba czuwać, aby inni nie grzeszyli, a jeśli się wie, że jakaś owieczka zgrzeszyła i śmiertelnie zraniła się na duchu, nie czekać, aż przyjdzie prosić o uzdrowienie, ale pójść do niej, opatrzyć ją, uzdrowić. Nawet jeśli odtrąca, wracać raz, dwa, dziesięć, sto razy, nie tylko w szacie kaznodziei, który przywołuje do obowiązku słowami wyrzutu, ale innymi sposobami: jak przyjaciel, jak lekarz, jak ojciec. A jeśli się wie, że ktoś schodzi na manowce, nie zostawiać rzeczy własnemu biegowi, lecz wkroczyć, z cierpliwością i łagodnością, aby sprowadzić go z powrotem na dobrą drogę.
Apostolstwo kapłana nie ogranicza się do codziennej Mszy Świętej, do spowiedzi, do wyjaśniania Ewangelii i nauki w kościele. Jest o wiele więcej do zrobienia poza kościołem. Zbliżać się do swoich poddanych, nieść słowo Boże i słowo moralności tam, gdzie do kościoła się nie chodzi albo chodzi się rzadko i źle, tam, gdzie jeden członek rodziny, choćby jeden jedyny, do kościoła nie chodzi, tam, gdzie jeden członek rodziny, choćby jeden jedyny, zaniedbuje swoje obowiązki ojca, matki, małżonka, syna, obywatela, człowieka moralnego.
W ilu rodzinach są cierpienia, bolesne sytuacje, grzechy! Jakże wielkie pole apostolstwa w tych pierwszych komórkach ludzkiej społeczności, w tych małych kościołach, w których dwoje ludzi — kapłani bez święceń, ale z bardzo określonym zadaniem, a raczej z dwoma bardzo określonymi zadaniami: kontynuować stworzenie przez rodzenie, współpracując w ten sposób z Bogiem, który stwarza duszę dla każdej istoty zrodzonej przez mężczyznę i kobietę, oraz rodzić Bogu nowe dzieci przybrane — miłuje się i żyje w jedności. A przynajmniej powinni tak czynić. Lecz czasem tego nie czynią. Wzajemnie uchybiają swoim obowiązkom męża i żony, uchybiają też swoim obowiązkom wobec dzieci, zaniedbując uczynienie z nich prawdziwych chrześcijan, pozwalając im chodzić tam, gdzie nie mogą stać się lepsi, dając im niedobre przykłady, nie troszcząc się o ich formację religijną, dopuszczając, by źli towarzysze i członkowie partii przeciwnych Bogu zbliżali się do nich i sprowadzali ich na manowce.
Ziemie misyjne nie znajdują się jedynie w Afryce, w obu Amerykach, w Azji i na różnych archipelagach. Także Europa, także Włochy są ziemią misyjną dla tego, kto ma ducha misyjnego i nadprzyrodzone spojrzenie. Każda miejscowość, od najmniejszych po wielkie miasta, każdy obszar parafialny, każdy dom może być terenem misyjnym, miejscem, gdzie trzeba wyplenić kąkol, aby zasiać tam dobre ziarno, miejscem duchowej odnowy, miejscem odbudowy w Chrystusie. Odbudowy Królestwa Bożego w rodzinie i w każdym z jej członków.
"Wy jesteście solą ziemi i światłością świata". Nauczyciel, nieskończona Mądrość, napełnił swoją solą swoich wybranych i dał im władzę przekazywania tej soli, która ma solić, ich następcom. Nauczyciel, prawdziwa Światłość świata, napełnił swoją Światłością swoich wybranych i dał im nakaz oświecania każdego człowieka oraz przekazywania tej władzy ich następcom. On zaś, jako wieczny Kapłan, nieustannie wlewa sól i światło w Ciało mistyczne, aby nigdy w nim ich nie zabrakło, choćby letniość członków mogła sprowadzić niedostatek soli i światła.
Kościół jest "Matką". Jaka to matka, która w czasie brzemienności nie odżywia się i nie żyje tak, by dać życie zdrowym stworzeniom? Także Kościół, w poszczególnych pasterzach, wyższego czy niższego stopnia, powinien dostarczać swoim dzieciom soli, które zachowują życie duchowe nienaruszone i mocne.
Kościół jest "Oblubienicą Chrystusa", a Chrystus jest Słońcem, jest Wschodem, jest Gwiazdą zaranną, jest nieskończoną Światłością. Oblubieniec daje Oblubienicy swoje bogactwa i przymioty, udziela Jej ich, aby Ona udzielała ich wszystkim swoim członkom, a zwłaszcza tym przeznaczonym do oświecania; dlatego jego pasterze, wyższego czy niższego stopnia, powinni być "światłem", aby oświecać owieczki.
Lecz światło zakłada płomień. Płomień zaś — żar. Pożar płonie, gdy się pali i trawi. Także apostoł płonie, a więc oświeca i ogrzewa, a nawet zapala, jeśli się pali i wyniszcza. Lecz jeśli z obawy przed wyniszczeniem, z obawy, że stanie się celem ataków nieprzyjaciół Światłości, z obawy przed nadmiernym trudem, pozostaje letni, staje się bez smaku — a rzeczy bez smaku się odrzuca — staje się gnuśny, nie daje już światła, gaśnie jak gwiazda, która przestała świecić na niebie, i nie świeci już na swoim niebie, na tym duchowym.
A jeśli do utraty światła, które pochodzi z pożaru miłości, jeśli do tej utraty, spowodowanej pychą z siebie samego, dołącza się egoizm — a egoizm jest przeciwieństwem altruizmu, który jest sokiem chrześcijanina: "to jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich"; "Jeżeli mówimy, że mamy z Bogiem współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy w prawdzie. Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak Bóg trwa w światłości, mamy wzajemne współuczestnictwo… Kto zachowuje słowo Boże, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała…"; "Jeśliby ktoś mówił: 'Miłuję Boga', a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, jakże może miłować Boga, którego nie widzi?" — jeśli to się dzieje, wówczas pasterz jest umarłym.
Chrześcijaństwo jest miłością. Miłością możnych ku maluczkim, maluczkich ku możnym, miłością przełożonych ku podwładnym, zawsze miłością. Jeśli nie ma miłości, chrześcijaństwo gaśnie, a na jego miejsce wchodzą egoizm i letniość, sól staje się bez smaku, lampa nie świeci, lecz dymi, albo zostaje postawiona pod korcem, aby jej nie niepokojono. A dusze, biedne dusze owieczek, pozostają opuszczone, nie znajdują ciepła, światła, smaku, słabną, gubią się. Biedne dusze, które tym bardziej potrzebują pomocy, im są słabsze!
Te braki, żywe i silne w Kościołach nie zasilanych już żywymi Wodami, które tryskają spod boków ołtarza prawdziwej Świątyni, nie są nieobecne także w prawdziwym Kościele. Święte jest jego Ciało, najświętsza jego Głowa i jego Dusza. Nie wszystkie jednak jego członki są święte, ponieważ mniej lub bardziej wewnętrzna przynależność do Ciała nie zmienia ludzkiej natury człowieka. To człowiek musi nieustannie pracować nad tym, aby się odradzać, odtwarzać, przetwarzać ponad siebie, by osiągnąć doskonałość i mieć jak najdoskonalsze podobieństwo do Chrystusa, Głowy Kościoła, i do Ducha Świętego, Duszy Kościoła. Podobieństwo do Chrystusa przez życie "alter Christus". Podobieństwo do Ducha Świętego przez miłość, świętość, czystość, męstwo, pobożność i każdy inny przymiot właściwy Uświęcicielowi.
Im bardziej członki starają się być święte, tym bardziej Kościół tryumfuje. Świętość bowiem członków — mówię o najbardziej wybranych — przelewa się na członki niższe, podnosi je, zapala, czyni je narzędziem uświęcenia i nawrócenia wobec członków już prawie martwych albo całkiem martwych.
Apostolstwo kapłańskie, jeśli jest takie, jakiego Jezus chciał i jakiego chce, wzbudza wielką siłę apostolstwa świeckich. Wielką siłę, ponieważ z większą łatwością przenika ono wszędzie. W rodzinach, w fabrykach, w różnych grupach zawodowych może ono zbliżyć się do tych, których zdeprawowali przywódcy partyjni albo zboczenia psychofizyczne; może rozwalić zamki kłamstw; zniszczyć fałszywe miraże wzbudzane przez sługi antychrysta, działające teraz jak nigdy dotąd w dziejach świata; zneutralizować — miłością czynów, a nie słów, prawdą działań, a nie fałszywymi słowami najfałszywszych ideologii — truciznę rozsiewaną skrycie przez przebiegłego węża dzisiejszych czasów, który na razie ogranicza się jeszcze do bycia "wężem", czekając, aż przybierze swoją ostatnią postać Antychrysta tryumfującego przez swój krótki i straszliwy tryumf.
Lecz jeśli duch rozluźnia się w członkach wyższych, jeśli apostolstwo świeckich nie jest w pełnej mierze wspomagane przez apostolstwo kapłańskie, to nieuchronnie stanie się to, co stało się w Izraelu, gdy — po odejściu Świątyni i Synagogi od sprawiedliwości — również warstwy wybrane, po ludzku, mogły stać się przyczyną zgorszenia, ucisku i ruiny dla ludu.
Było napisane, że Chrystus miał umrzeć za sprawą kapłanów, uczonych w Piśmie i faryzeuszów. Lecz Bóg, dając dusze tym kapłanom, uczonym w Piśmie i faryzeuszom, którzy mieli sprzeciwiać się Jego Słowu aż do zadania Mu śmierci na krzyżu, nie stworzył dusz specjalnie bogobójczych, okrutnych, niesprawiedliwych, żądnych władzy, kłamliwych. Nie. Stworzył dla nich dusze pod każdym względem równe duszom wszystkich ludzi. Równe przez stworzenie, a potem równe przez ranę grzechu pierworodnego; tak jak jedno i to samo było Prawo i Objawienie dla całego Izraela; tak jak jedna i ta sama była wolność woli, którą mieli najwięksi i najmniejsi.
Lecz zbyt bardzo osłabła sprawiedliwość w zbyt wielu ludziach Świątyni i Synagog, a święta Świątynia stała się "jaskinią zbójców" (Mateusz-Marek-Łukasz), obłudnikami zaś stali się potomkowie Chasydów. Wyrodni potomkowie Chasydów. Byli bowiem oni ludźmi wysokiej i prawdziwej moralności, całkowitej wierności Prawu i nauce Mojżesza, szlachetnych uczuć miłości ojczyzny, dzięki czemu umieli walczyć i umierać, aby ocalić naród od ciemięzców i deprawatorów. Natomiast rygorystami jedynie na zewnątrz — podczas gdy wewnątrz, w ukryciu, byli "grobami pobielanymi, pełnymi zgnilizny", i choć nazywali siebie "oddzielonymi" od reszty, nie byli oddzieleni od grzechu — byli faryzeusze. A wraz z nimi uczeni w Piśmie, którzy zniekształcili Prawo i uczynili je niemożliwym do zachowania w praktyce, tak bardzo obciążyli je tradycjami przez siebie ustanowionymi. A ponieważ to wszystko się stało, ich dusze mogły stać się bogobójcze, a swojej wolności, tej wolności, którą dał im Bóg, użyli, by zabić Syna Bożego.
Zabić Syna Bożego! Oczernić Go! Przedstawić Go jako to, czym nie był!
Czy jest to jednak tylko grzech tamtych czasów? Nie. Także teraz istnieje ten grzech. I jeśli nie podnosi się ręki wprost, by policzkować, torturować, zabijać Chrystusa, to jednak wciąż podnosi się ją na Niego, obecnego w Jego sługach. Bo to wciąż Jezus cierpi w tych, którzy są prześladowani. Jakiekolwiek byłoby prześladowanie, jakie ich spotyka.
Szaweł z Tarsu osobiście nie zabijał chrześcijan, ale "zgadzał się na ich zabicie" i "niszczył Kościół, wchodząc do domów i porywając mężczyzn oraz kobiety, których wtrącał do więzienia". Sam był antychrystem w działaniu — on, który potem stanie się Apostołem i Naczyniem wybranym, on, który potem będzie tak dobrze walczył przeciw antychrystowi, powstającemu natychmiast w rozmaitych krainach, gdzie powstały Kościoły Jezusa.
Ale gdy "dysząc groźbą i mordem przeciw uczniom Pańskim", zaopatrzony w listy do synagog w Damaszku, aby móc uprowadzić do Jerozolimy jako więźniów tych wszystkich, których znajdzie wyznających tę wiarę", szedł do Damaszku, co go spotkało? Spotkanie z Chrystusem pod Damaszkiem. I co powiedział mu Chrystus? Czy zapytał go może: "Dlaczego prześladujesz moje sługi?" Nie. Powiedział mu: "Dlaczego Mnie prześladujesz?".
To Jezus był prześladowany. To Jezus cierpi prześladowanie w swoich sługach. Bo Jezus jest w nich. Kontynuuje w nich swoją Mękę. A kto prześladuje sługę Bożego, przybranego syna Bożego i brata Jezusa, ten wciąż godzi w Słowo Ojca, w Jednorodzonego Syna Ojca, w Jezusa, który jest, jako Bóg, w Ojcu i w prawdziwych chrześcijanach.
Czy to grzech tylko obecnych czasów? Nie. Wszystkich czasów. I nie zawsze ci, którzy prześladują sługi Boże i najbardziej umiłowanych braci Chrystusa, są antychrześcijanami o wielu imionach. Nie. Wiele razy prześladowanie przychodzi od tych, którzy powinni im nieść pomoc. Przychodzi od tego, kto przez pychę nie chce, by inni, "najmniejsi", wznieśli się tam, gdzie oni sami nie zostali wzniesieni. Przychodzi od tego, kto będąc letnim, nie może zrozumieć, jak inni mogą być płomieniem stopionym z Płomieniem: duchem człowieka, który stał się płomieniem przez miłość Chrystusa i ku Chrystusowi, stał się jedno z Duchem Chrystusa, jednym ogniem. Przychodzi od tego, kto źle pamięta, a jeszcze gorzej rozumie jeden z najpiękniejszych hymnów, jakie zawiera Ewangelia: "Chwała Tobie, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je maluczkim". Przychodzi od tego, kto "przez wzgląd na osoby lub z żądzy darów" czyni się ślepym i uchybia sprawiedliwości.
Błędy złączone ze słabością człowieka, który pozostaje "człowiekiem", nawet jeśli przywdział święte szaty. Błędy, które posyłały sługi Boże na stosy i do więzień i które nadal nakładają kajdany — a nawet jeśli nie są materialne, to z pewnością zawsze są kajdanami — na podwójną wolność człowieka wybranego na sługę przez swego Pana: na wolność człowieka, która jest święta, o ile nie czyni on rzeczy karalnych w świetle prawa przeciw Państwu i przeciw bliźnim, oraz na szczególną wolność sługi Bożego, by służyć Bogu tak, jak Bóg tego od swego sługi żąda.
Przedtem, na długo przed Jezusem, głos Proroków przepowiedział, że ludy, które nie znały Pana, staną się "Jego ludem" na miejsce tego, który nie chciał Go uznać. Jezus, wiele wieków później, upomina swoich, że "poganie przewyższą sprawiedliwością wielu z nich". I dał przykład, jak należy postępować z poganami i grzesznikami, aby doprowadzić ich do Drogi, Prawdy i Życia.
A jednak sami Apostołowie, wprost pouczeni słowem i przykładem Mistrza, z powodu wciąż odradzającej się pychy bycia "Żydami", mają opory, by obcować z poganami. Niech przykład Piotra z setnikiem Korneliuszem ukaże wszystkim, jak pycha może opóźnić zdobywanie dusz albo dopuścić, by dusze nie doszły do Życia. Musiał wkroczyć sam Bóg z cudem, aby przekonać Apostoła, że "Bóg nie ma względu na osoby, ale w każdym narodzie miły Mu jest ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie".
Jezus, a przed Nim Prorocy, jasno pouczyli o losie Chrystusa. A jednak, gdy nadszedł wieczór Czwartku, choć byli umocnieni oczyszczeniem i Eucharystią, danymi im przez wiecznego Kapłana, oto słabość człowieka, której nie unicestwia konsekracja, sprawia, że uciekają zalęknieni i zawstydzeni, sprawia, że się zapierają; i to właśnie Piotr, następca Jezusa w rządzeniu Kościołem, jest tym, który się Go zapiera. A później, choć raz i drugi napełniony Duchem Świętym, nie był wolny od niezrozumienia wobec braci w sprawowaniu kapłaństwa i był słaby do tego stopnia, że miał dwa sposoby postępowania z obawy przed naganą lub wrogością.
Człowiek jest człowiekiem. "Jak niedawno narodzone niemowlęta", które pragną czystego duchowego mleka, aby wzrastać i stać się "wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem Bożym", tak Piotr z człowieka stał się świętym, bohatersko świętym, coraz bardziej świętym, stając się prawdziwie "drugim Chrystusem" przez wytrwałą pracę. Ale najpierw był "człowiekiem". Tak jak Paweł był "człowiekiem", w którym prawo ciała walczyło z prawem ducha. Człowiekiem, który po tym, jak został porwany do trzeciego nieba, poznał jeszcze policzek anioła szatana, oścień ciała. Jako "człowiek" żyło też tylu innych sług Bożych, męczenników własnego "ja", błogosławionych za to, że zwyciężyli swoje "ja" i odrodzili się w Chrystusie.
"Ile razy mam przebaczać?" zapytał pewnego dnia Piotr Jezusa. A Jezus odpowiedział: "Siedemdziesiąt siedem razy", to znaczy nieograniczoną liczbę razy. Bo Jezus wiedział, że człowiek, nawet odrodzony przez Łaskę, nawet karmiony Eucharystią, nawet utwierdzony w Łasce przez Bierzmowanie, nawet wyniesiony przez Kapłaństwo, zawsze pozostanie "człowiekiem" — człowiekiem potrzebującym wyrozumiałości i przebaczenia, bo łatwo popada w błąd.
I wkrótce, w łonie Kościoła, z pychy lub z letniości, powstały podziały i herezje. Oto gnostycy, nikolaici, symonianie, balaamici. A później antypapieże, smutna epoka Dworu papieskiego w Awinionie i jeszcze smutniejsza epoka nepotyzmu oraz tego wszystkiego, co się z nim wiązało. Jako gwiazda nieprzemijająca, jak każda gwiazda, także Kościół ma swoje fazy. Jako płomień, który nie gaśnie, jak każdy płomień, ma na przemian chwile rozżarzenia i przygasania.
Ale ponieważ jego Głowa, Jezus, i jego Dusza, Duch Święty, są wieczni i najdoskonalsi, a wieczna i nieskończona jest ich moc i wola, dlatego może on przeżywać chwilowe fazy zniżenia i osłabienia. Ale nie może upaść całkowicie ani całkowicie zgasnąć. Przeciwnie, po jednej z takich faz, jak ktoś otrząśnięty z odrętwienia albo ktoś wzmocniony potężnym lekarstwem, powraca on czujny i pełen sił w swojej służbie i w swoim przedziwnym powszechnym posłannictwie. I trzeba powiedzieć, że właśnie w tym, co bolesne jest widzieć w nim — chwilowe rozluźnienia lub prześladowanie ze strony nieprzyjaciół — leży przyczyna jego nowej fazy wznoszenia się.
Ci, którzy łatwo popadają w pychę albo łatwo krytykują i osądzają wszystkich prócz siebie samych, powiedzą po tych słowach: "Ależ on jest rzeczywistością nadprzyrodzoną! Nie może więc doznać uszczerbku w swojej doskonałości". Tak powiedzą pierwsi. A drudzy powiedzą: "Gdyby był taki, jak chcą go przedstawiać, byłby doskonały we wszystkich swoich członkach. Tymczasem…" i przytoczą przypadek za przypadkiem, mniej lub bardziej naprawdę naganne — mówię: naprawdę, bo czasem jakaś rzecz może mieć wygląd niedobry, a w istocie nie być zła.
I jedni, i drudzy się pomylą. Kościół jest bowiem, owszem, społecznością czy zgromadzeniem członków wybranych, odrodzonych do Łaski przez Chrzest, utwierdzonych i udoskonalonych w cnotach i darach przez Bierzmowanie, karmionych Eucharystią, oczyszczonych rozgrzeszeniem następującym po Pokucie, wspomożonych w ich nowym posłannictwie małżonków i rodzicieli przez Małżeństwo albo w innym — pasterzy dusz — przez Święcenia. A nadto Kościół, jako Ciało mistyczne, jest święty w swojej Głowie, w swojej Duszy, w swoim Prawie, w swojej nauce i w wielu swoich członkach. To tak. I nie należy gardzić członkami niższymi, bo wiele razy "członki, które wydają się słabsze, są tymi najbardziej potrzebnymi", ponieważ swoim życiem pokornym, świętym, ukrytym, przeżywanym i ofiarowanym za całą społeczność chrześcijan, przyczyniają się do pomnożenia skarbów duchowych całego mistycznego Ciała, a także dlatego, że "Bóg tak ukształtował Ciało, by oddać większą cześć tym członkom, którym jej brakowało". To znaczy, że często wyprowadza On uświęcicieli — tych, którzy działaniem i przykładem pociągają do Boga niezliczone dusze — spośród tych, którzy są "najmniejsi" w mistycznym Ciele, bez stopni ani święceń, ale bogaci w sprawiedliwość, bo utożsamili się z Chrystusem w każdym swoim czynie. Tak, Kościół, jako społeczność wiernych, prawdziwie takich, poczynając od Najświętszej swojej Głowy, jest święty i nigdy świętość, która z Głowy zstępuje i krąży we wszystkich jego członkach, nie zaniknie całkowicie. Ale nie wszystkie członki są święte, bo człowiek jest człowiekiem, nawet jeśli jest katolikiem, i człowiekiem pozostaje, nawet jeśli należy do Kościoła w jakiejkolwiek jego części.
Kiedy wiele członków staje się bardziej "człowiekiem rozumnym" niż "człowiekiem przebóstwionym", wtedy Kościół przeżywa okres zniżenia, z którego potem się podnosi, bo sam rozumie, że trzeba powstać, aby móc stawić czoło nieprzyjaciołom zewnętrznym i wewnętrznym. Nieprzyjaciołom jawnym, będącym już w służbie Przeciwnika i Antychrysta, oraz nieprzyjaciołom podstępnym, którzy kruszą gmach wiary, a w następstwie oziębiają miłość, chcąc dać nową wersję tajemnic i cudów Bożych za pośrednictwem owych "głębin szatana i ducha świata", o których już była mowa.
Niech nie mówią ci, którzy łatwo popadają w pychę: "Kościół nie może tego doświadczyć, bo zawsze będzie święty".
Powiedziano — i to przez słowo Boże mówiące do Proroków, i przez Boskie wcielone Słowo Ojca mówiące do swoich wybranych — że "wielkie obrzydliwości, jak zazdrość, i straszliwe obrzydliwości, jak oddawanie czci ludzkim bożkom (a wiedza pozbawiona mądrości jest jednym z nich), i przewrotność w oddawaniu czci temu, czego czcić nie należy" przyjdą do Świątyni, oraz że "gdy Chrystus zostanie zabity i nie będzie już Jego ludem ten, który się Go zaprze, miasto i świątynia zostaną zniszczone przez lud, który nadejdzie, a jego celem będzie spustoszenie, i gdy się ono dokona, przyjdzie postanowione zniszczenie… i ustaną ofiary i żertwy, a w świątyni będzie obrzydliwość spustoszenia, która potrwa aż do końca"; i jeszcze, jako bezpośrednie potwierdzenie ze strony Słowa dla słów Jego zwiastunów, proroków: "Gdy ujrzycie obrzydliwość spustoszenia na miejscu świętym… wtedy będzie wielkie utrapienie, jakiego nie było od początku wieków… a po utrapieniu… ujrzą Syna Człowieczego". A miłość, która oziębnie w zbyt wielu sercach, będzie jednym ze znaków poprzedzających koniec.
Powiedziano. I nadejdzie. Otwórzcie oczy duchowe, aby odczytać przepowiednie Nieba! Jeśli je otworzycie, odczytacie prawdę i zobaczycie, jakie są prawdziwe znaki końca i jak on już się dokonuje.
Dla Tego, który jest wieczny, wiek jest czymś mniejszym niż minuta. Nie znaczy to więc, że stanie się to jutro. Ale choćby jeszcze długa była droga, nim wszystko się wypełni, to, co już się dzieje, mówi wam, że proces ostateczny już się rozpoczął.
Wielkie obrzydliwości: zazdrość tam, gdzie powinna być tylko braterska miłość; nadmiar umiłowania ludzkiej wiedzy tam, gdzie powinna być tylko wierna miłość do Mądrości, źródła Objawienia; kompromisy między tym, co daje korzyść ziemską, a tym, co daje korzyść nadprzyrodzoną — dla osiągnięcia korzyści natychmiastowej; Chrystus zabity w zbyt wielu duszach, zbyt wielu z Jego ludu wyrzekających się swego Zbawiciela. Oto rzeczy przygotowawcze.
Potem "lud, który nadejdzie", w celu spustoszenia. Inny prorok powiedział: "Gdy lud z północy… Wielki zgiełk z ziem północnych… Oto nadchodzą z północy…".
Jedna i druga przepowiednia są tak jasne, że wystarczy podnieść oczy i umieć widzieć, i chcieć widzieć, aby zrozumieć.
A co zniszczy? Och! Nie tylko budowle i kraje. Ale przede wszystkim wiarę, moralność, dusze. I nie wszystkie spustoszone dusze będą duszami zwyczajnymi. A ofiary i żertwy ustaną, gdyż nie będzie już można mieć wolności kultu, a wielu będzie się lękać, że zostaną z tego powodu pojmani. Już teraz, choć spustoszenie i prześladowanie jeszcze się nie dokonuje, wielu wyrzeka się obranej już drogi, bo obrzydliwość rozprzestrzenia się jak zdradliwy perz, a miłość oziębia się, podczas gdy powstają fałszywi prorocy, o których mówi Chrystus w rozdziale 24 Mateusza i Paweł w rozdziale II Drugiego Listu do Tesaloniczan.
Na razie tylko oni. Ale potem przyjdzie ten, którego oni poprzedzają: Antychryst, któremu przygotują drogę, osłabiając miłość, tak jak Chrzciciel przygotował drogi Chrystusowi, nauczając miłości, której był pełen, będąc "napełniony Duchem Świętym już w łonie swej matki" — jako niezbędnego środka, aby móc zjednoczyć się z Chrystusem i żyć życiem Bożym. (O naukach Chrzciciela o miłości zobacz Łukasza r. III, w. 10-14).
Zaprawdę, miłość jest więzią, która utrzymuje wspólnotę katolicką w jedności z Bogiem i z braćmi. W miłości i z miłości jest zjednoczenie i pokarm dusz oraz ich uświęcenie i uświęcenie coraz to nowych dusz. Jeśli zabraknie miłości, wchodzi na jej miejsce miłość własna. A różnica między tymi dwiema miłościami jest taka.
Miłość prawdziwa i święta, nakazana i zalecana przez Boga, jest szukaniem Boga, jest uznaniem Jego wszechmocy widocznej we wszystkich rzeczach, jest wzniesieniem się do Boga. I wszystko służy temu wzniesieniu dla tego, kto ma w sobie miłość, która jest czynnym współczuciem wobec wszystkich potrzeb bliźniego, bo w każdym bliźnim miłość każe nam widzieć brata i czujemy w nim Jezusa — Jezusa, który cierpi z powodu cierpień ubogiego, chorego, prześladowanego, albo który cierpi, bo dziecko Ojca staje się synem marnotrawnym, opuszczającym dom Ojca w poszukiwaniu fałszywej pomyślności; cierpi, bo ktoś wątpi, czy ma Ojca, i trzeba go przekonać, że jest Ojciec najlepszy, aby nie popadł w rozpacz i w grzech.
Miłość własna natomiast jest szukaniem samego siebie, jest w następstwie miłowaniem samego siebie, jest działaniem podejmowanym po to, by uwielbić samego siebie w oczach świata. Jest więc pożądliwością ciała, pożądliwością oczu i pychą żywota, a z tego drzewa o trzech gałęziach wyrastają potem próżna chwała, twardość serca, pycha, żądza ludzkich pochwał, obłuda, duch panowania, przekonanie, że umie się prowadzić samego siebie, odrzucając od siebie wszelki nakaz czy radę Miłości i tego, kto mówi w imieniu Miłości.
Uważają się za wolnych i za królów, bo według nich nikt nie jest lepszy od nich; bo — również według nich — są już umocnieni na szczytach wiedzy i władzy. Tymczasem są niewolnikami, jak nikt inny. I to samych siebie, i nieprzyjaciela Boga, i sług nieprzyjaciela Boga. Niewolnicy, słudzy, nadzy, ślepi. Niewolnicy samych siebie i słudzy lub niewolnicy nieprzyjaciela oraz nieprzyjaciół Boga. Nadzy, bo bez szat ozdobnych, bez szat godowych zaślubin z Mądrością, bez szat białych na ucztę w Niebiosach i na to, by z okrzykami hosanna iść za Barankiem. Ślepi albo przynajmniej krótkowzroczni, bo zepsuli sobie wzrok duchowy bezużytecznymi ludzkimi dociekaniami.
Tym się stają, ponieważ wyrzekli się pierworodztwa, to znaczy najwyższego synostwa, tego pochodzącego od Boga, za nędzną miskę soczewicy — za ziemski pokarm. Miską soczewicy jest zastąpienie dzieł mądrościowych, nadprzyrodzonych, a przede wszystkim wielkiego Objawienia, które należy przyjąć i w które trzeba uwierzyć bez półśrodków. Miską soczewicy jest zastępowanie tego książkami naukowymi, które — choćby były najdoskonalsze — zawsze pozostają książkami napisanymi przez człowieka. Mogą się więc wydawać jaśniejsze i z pewnością bardziej zrozumiałe dla tego, kto umie czytać jedynie literę i pozostawać na powierzchni rzeczy, dla tego, kto z powodu własnej ociężałości nie potrafi przeniknąć głębiej. Ale one nie przemieniają człowieka. Nie wznoszą go w górę. Natomiast księgi natchnione, te księgi, których Autorem jest Bóg, są dla tego, kto umie je czytać, środkiem przemiany i zjednoczenia w Bogu i z Bogiem, oraz wzniesienia się.
Wszystko, co pochodzi od Boga, jest środkiem wzniesienia się, przemiany i głębszego zjednoczenia z Bogiem. Także same cuda, rozmaitego rodzaju — cuda uzdrowień ciał i cuda uzdrowień duchów, zwłaszcza te ostatnie — są środkiem przemiany i zjednoczenia z Bogiem. Iluż niedowiarków czy grzeszników mogło stać się wierzącymi i odkupionymi dzięki niezwykłości cudu!
Nie należy zaprzeczać cudowi przez uległość wobec racjonalizmu. Ani cudowi stworzenia, ani cudowi uzdrowienia duszy czy ciała. Materia została wyprowadzona z nicości i przez Boga skierowana ku właściwemu jej celowi. Dusza martwa albo dotknięta nieuleczalną chorobą duchową została uzdrowiona przez Boga — tym czy innym sposobem, ale zawsze przez Boga. Ciało skazane na śmierć może zostać uzdrowione przez Boga. Zawsze przez Boga, nawet jeśli posługuje się On zjawieniem albo człowiekiem sprawiedliwym, aby nawrócić i uzdrowić ducha, lub szczególną ufnością w świętego, aby uzdrowić ciało.
Niech racjonaliści nauczą się patrzeć. Wielką rzeczą jest rozum. Wielką rzeczą jest być stworzeniem rozumnym. Ale większą rzeczą jest duch. I większą rzeczą jest być stworzeniem duchowym, to znaczy takim, które wie, że ma ducha, i stawia go na pierwszym miejscu jako króla swego "ja" i jako rzecz wybraną ponad wszystkie inne. Bo jeśli rozum pomaga człowiekowi być człowiekiem, a nie zwierzęciem, to duch, gdy króluje w "ja", czyni z człowieka przybranego syna Bożego, daje mu podobieństwo do Niego, pozwala mu uczestniczyć w Jego Boskości i w Jego wiecznych dobrach. Niech więc duch panuje nad rozumem i nad ciałem, czyli nad tym, co ludzkie. I niech nie króluje racjonalizm, który zaprzecza albo chce wyjaśnić to, w co należy wierzyć wiarą, a co — gdy się to wyjaśnia, a nawet już w samej próbie wyjaśnienia — zostaje naruszone; i naruszona, jeśli nie umarła, zostaje wiara.
Niech racjonaliści nauczą się patrzeć. Niech zdejmą mętne szkła racjonalizmu. Nie posłużą im one. Owszem, sprawią, że będą widzieć prawdy zniekształcone. Zupełnie tak, jak szkła niedostosowane do osłabionego oka służą tylko temu, by widzieć jeszcze gorzej. Kto skłania się ku racjonalizmowi, ten już jest osłabiony we wzroku duchowym. A gdy potem go wybiera, nakłada szkła nieodpowiednie dla swego osłabionego wzroku i widzi już całkiem źle. Niech nauczą się patrzeć. Patrzeć dobrze i patrzeć na Dobro. Widzieć Boga w Jego nieustannym, doskonałym działaniu: w podtrzymywaniu stworzenia, które otrzymało życie dzięki Jego woli, i w przywracaniu zdrowia i życia tam, gdzie śmierć jest już pewna.
Jak mogą ci, którzy chcą wyjaśnić stworzenie i życie jako samorództwo i wielorództwo, zaprzeczać, że Wszechmogący może mniej niż to, co zdołał stworzyć na początku, kiedy nie było jeszcze nawet materii, lecz jedynie chaos, a potem były tylko rzeczy ograniczone i niedoskonałe? Czy to jest logiczne, czysto logiczne i rozumne, by dopuszczać cud chaosu, który sam z siebie się porządkuje i sam z siebie rodzi komórkę, a komórka przeobraża się w gatunek, a ten gatunek w inne, coraz doskonalsze i liczniejsze — podczas gdy stwierdza się, że Bóg nie mógł sam dokonać całego stworzenia? Czy jest logiczne i rozumne podtrzymywać ewolucję gatunku, a nawet pewnego określonego gatunku aż do najdoskonalszej formy zwierzęcej, bo obdarzonej mową i rozumem, choćby tylko tym — kiedy od tysiącleci widzi się, że żadne stworzenie zwierzęce nie nabyło rozumu ani mowy, mimo iż żyje razem z człowiekiem?
Każde zwierzę od tysiącleci jest takie, jakim zostało uczynione. Mogło nastąpić zmniejszenie budowy, mogły zdarzyć się krzyżówki, przez które z ras stworzonych na początku powstały inne rasy mieszane. Ale przez całe epoki i tysiąclecia nigdy nie widziano, by byk przestał być bykiem, a lew lwem, a pies psem — choć przecież żyje z człowiekiem od wieków i wieków. I nigdy też nie widziano, by małpy, z upływem tysiącleci i przez kontakt z człowiekiem, którego gesty potrafią wprawdzie naśladować, ale którego mowy nauczyć się nie mogą, stały się ludźmi albo choćby zwierzętami ludzkimi. To właśnie stworzenia niższe zadają kłam, oczywistością faktów, dociekaniom wyznawców nauki wyłącznie rozumowej. Jakimi były, takimi są. Świadczą o wszechmocy Boga rozmaitością gatunków. Ale nie ewoluowały. Jakimi były, takimi pozostały, ze swoimi instynktami, swoimi prawami naturalnymi, swoim szczególnym posłannictwem, które nigdy nie jest bezużyteczne, nawet jeśli z pozoru może się takie wydawać. Bóg nie czyni dzieł bezużytecznych ani całkowicie szkodliwych. Nawet jad węża jest użyteczny i ma swoją rację bytu.
Niech racjonaliści nauczą się patrzeć. Niech zdejmą szkła racjonalizmu naukowego i niech patrzą w świetle Boga, za pośrednictwem Słowa Bożego, które przemawiało ustami patriarchów i proroków Czasu dawnego oraz świętych, mistyków czy kontemplatyków Czasu nowego, którym zawsze jeden i ten sam Duch objawiał albo przypominał rzeczy ukryte i rzeczy minione, zniekształcone w swej prawdzie przez przechodzenie z ust do ust. Niech patrzą przede wszystkim za pośrednictwem Słowa Wcielonego i Światłości świata: Jezusa, Nauczyciela nauczycieli, który nie zmienił ani jednej zgłoski Objawienia zawartego w Księdze, lecz — On, który będąc Wszechwiedzą i Prawdą, wiedział wszystko w pełni Prawdy — owszem, potwierdził je i przywrócił, tam gdzie sens bywał umyślnie wypaczany przez rabinów Izraela, do pierwotnej postaci, która jedynie jest prawdziwa.
Chcieć dodać coś do tego, co Mądrość objawiła, co Tradycja przekazała, co Słowo potwierdziło i wyjaśniło, to dodawać blichtr do złota. Nie żetony wiedzy otwierają bramy Królestwa Niebieskiego. Otwierają je złote monety Wiary w prawdy objawione, złote monety Nadziei w obietnice wieczne, złote monety Miłości praktykowanej dlatego, że się uwierzyło i ufało — to one dają duchom sprawiedliwych, a potem ciałom i duchom sprawiedliwych, ich miejsce w wiecznym Mieście Bożym.
Nigdy dość powtarzania, że wiedza jest słomą, która wypełnia, ale nie karmi; jest dymem, który zaciemnia, ale nie oświeca; że tam, gdzie bierze górę nad wiarą i mądrością, jest trucizną duchową, która zabija, jest kąkolem wydającym owoc w postaci fałszywych proroków nowego słowa i nowych teorii, które nie są ani słowem Bożym, ani Boską nauką.
Gdzie indziej, gdzie nie ma tego, o czym powiedziano wyżej, jest ktoś, kto wydaje się żywy, a jest umarły. To znaczy ktoś, kto ma jedynie pozór tego, czym powinien być, we wszystkim podobny do pięknego i bogato ozdobionego posągu, który jednak jest nieczuły i nie może udzielić innym życia, którego sam nie posiada. Usta, które mówią, bo nie mogą milczeć. Ale które nie przekonują, bo w ich słowie brakuje tej mocy, która przekonuje. Sami nie są przekonani i przekonać nie mogą. Mechaniczne narzędzia, które mówią nawet dobrze, gdy chodzi o wymowę, ale bez duszy.
Tacy byli zawsze. To ci o pomylonym powołaniu. Pełni zapału na początku. Potem ich zapał powoli gaśnie. A nie mają odwagi się wycofać. Lepszy o jednego pasterza mniej niż pasterz, który wydaje się żywy, a jest umarły na duchu albo bardzo bliski śmierci. Na jego miejsce mógłby pójść ktoś żywy, by dawać życie. Ale fałszywy, najfałszywszy ze względów ludzkich powstrzymuje ich od otwartego wyznania: "Nie jestem już zdolny i wycofuję się".
Tacy byli zawsze. Judasz z Kariotu jest ich pierwowzorem. Lepiej było dla niego wycofać się, niż trwać i dojść do zbrodni najwyższej. "Ten, kto przyłożywszy rękę do pługa, ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego" — powiedział Boski Nauczyciel. A kto się nie nadaje, lepiej niech się wycofa, niż ma gubić wielu, jeszcze więcej doprowadzać do szemrania i szkodzić Kapłaństwu przez zgorszenie, które daje.
Tłum uogólnia i łatwiej dostrzega zło niż dobro. Kiedy się rozumie, że umarło się dla posłannictwa, trzeba się wycofać, a nie pozwalać, by tłum sądził, uogólniając i szkodząc całemu stanowi. Gałęzie przeznaczone do tego, by dawać soki owocom, jeśli stają się bezpłodne, trzeba odciąć, bo nie tylko są bezużyteczne, ale odbierają siłę roślinie tylko po to, by stroić się w okazałe i bezużyteczne liście.
Zawsze też w rzeczach stworzonych przez Boga jako doskonałe była jakaś część, która nie umiała taką pozostać. Pierwsze odstępstwo dokonało się w zastępach anielskich i jest nieprzeniknioną tajemnicą, jak mogło się ono dokonać w duchach stworzonych w łasce, które widziały Boga, znały Jego Istotę i Przymioty, Jego dzieła i przyszłe zamiary. A jednak zbuntowały się, nie umiały wytrwać w swoim stanie łaski i z duchów światłości, żyjących w radości i w poznaniu nadprzyrodzonym, stały się duchami ciemności, żyjącymi w grozie.
Drugim odstępstwem było odstępstwo Prarodziców i ono także jest rzeczą niewytłumaczalną. Jak mogło się zdarzyć, że dwoje Niewinnych, którzy cieszyli się niezliczonymi dobrodziejstwami Boga i którzy — dzięki swemu szczęśliwemu stanowi łaski i innym darom — zdolni byli poznawać i miłować Boga jak nikt inny z ludzi, z wyjątkiem Syna Człowieczego i Jego Matki, bo pełni byli Niewinności i Łaski, mogli słuchać kusiciela, być mu posłuszni i przedkładać go nad słuchanie głosu Boga, który pouczał ich z miłością i żądał od nich jednego tylko posłuszeństwa? Posłuszeństwa łatwego. Nie mieli bowiem żadnej potrzeby zrywania tego owocu, aby nasycić wszelkie pragnienie. Mieli wszystko. Bóg uczynił ich bogatymi we wszystko, co było im konieczne do szczęścia, zdrowymi na ciele i na duchu. A jednak zbuntowali się, okazali nieposłuszeństwo, nie umieli wytrwać w swoim stanie łaski i ze stworzeń żyjących w radości i w poznaniu nadprzyrodzonym stali się nieszczęśliwi na duchu, w sercu, w umyśle, w członkach. Członki zostały umęczone pracą, umysł przestraszony trudnościami najbliższego jutra oraz jutra przyszłego i wiecznego, serce złamane zabójstwem jednego syna i przewrotnością drugiego, duch przygnębiony, spowity już w mroki winy, które nie pozwalały mu pojmować pełnych miłości wskazań Ojca Stwórcy.
Trzecim wielkim, tajemniczym, niewytłumaczalnym odstępstwem jest odstępstwo Judasza z Kariotu, który dobrowolnie zapragnął należeć do Chrystusa, który przez trzy lata cieszył się Jego miłością, karmił się Jego Słowem, a który — zawiedziony w swoich pożądliwych marzeniach — sprzedał Go za trzydzieści denarów, stając się z apostoła, czyli z wybranego do najwyższej godności duchowej, zdrajcą Przyjaciela, bogobójcą i samobójcą.
Takie są odstępstwa największe. Ale zawsze się jakieś zdarzają, choćby mniejsze. Bo człowiek jest człowiekiem. Bo to, co stworzone, nigdy nie jest wiecznie doskonałe tak, jak doskonały jest Stwórca — z wyjątkiem Królestwa niebieskiego, gdzie mieszkają jedynie duchy utwierdzone w łasce i już niepodlegające grzechowi, oraz z wyjątkiem Syna Człowieczego i Jego Matki. Pierwszego dlatego, że był Bogiem-Człowiekiem, a zatem, jak zjednoczył ze swoją osobą Człowieka swoją Osobę Boga, tak zjednoczył swoje doskonałości Boskie ze swoimi doskonałościami ludzkimi. Drugiej dlatego, że na nadzwyczajne dary, którymi Bóg napełnił Ją od Jej poczęcia, odpowiedziała dobrą wolą i wiernością sięgającymi takiej potęgi, jakiej nikt ze świętych nigdy nie osiągnął ani nie osiągnie.
A to, że człowiek bywa niekiedy niedoskonały, nie stanowi winy nieprzebaczalnej. Bóg jest także Miłosierdziem. I jest Cierpliwością. Czeka na opamiętanie się tego, kto błądzi, i przebacza, jeśli to opamiętanie jest szczere. Zatem każdy człowiek, który upada, może się podnieść i na nowo być sprawiedliwym. Owszem, może stać się sprawiedliwszym, ponieważ świadom swojej słabości może być mniej zarozumiały wobec siebie i bardziej miłosierny wobec sobie podobnych w posłudze albo w ludzkim losie. Bóg wyprowadza dobro nawet ze zła, kiedy człowiek nie odrzuca Jego wezwań i rad ani rad innych braci swoich, świętszych od niego. Ale kiedy widzi człowieka upartego w swoich niedoskonałościach, zadowolonego z kwietyzmu, który nie pozwala mu czynić ani dobra, ani zła, z kwietyzmu, który czyni z niego kogoś, kto wydaje się żywy, a jest umarły, i który przez to, jaki jest, sprowadza śmierć i omdlenie wielu — wtedy Bóg przychodzi do niego "jak złodziej, a oni nie będą wiedzieć, o której godzinie przyjdzie".
Powiedział Nauczyciel do swoich: "Niech biodra wasze będą przepasane i zapalone lampy w waszych rękach". Nie powiedział przecież: "Odpoczywajcie, śpijcie, bo już jesteście wybrani i jesteście ustawieni". Sługa Boży jest robotnikiem, a Bóg chce, by pracował o każdej godzinie swego ziemskiego dnia. I tym więcej niech pracuje, im więcej otrzymał od Boga szczególnych, pełnych miłości darów wybrania. "Komu wiele dano, od tego wiele będzie się wymagać". I niech pracuje na wzór dany przez Nauczyciela — na wzór cierpliwości, miłosierdzia i niestrudzonej miłości. Bo taką miarą, jaką chciałoby się, aby Bóg mierzył własne słabości, taką samą miarą trzeba mierzyć je innym stworzeniom, aby nie narazić się na surowość Boga za to, że się surowo wobec innych odmierzało. "Taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą, i to z nawiązką".
Gdzie indziej znów jest niewiele cnoty praktykowanej w sposób heroiczny, ale jest wierność Słowu — zarówno dla siebie samego, jak i przez pracę nad tym, by inni byli mu wierni albo stali się wierni — oraz stałość w wyznawaniu Imienia Pańskiego nawet wobec szyderców czy wrogów katolicyzmu. Nie prześladowców, ale przeciwników, ale zbłąkanych, ale nieznających tego Imienia i Tego, który je nosi. Jak wielu jest z "synagogi szatana" albo z synagogi świata dlatego tylko, że nie są pouczeni w Prawdzie. Pouczeni z cierpliwością i miłością, według ducha Ewangelii, jej Autora: Jezusa, oraz jej Stróżki i Szafarki: Kościoła Rzymskiego.
Dusze, które są w ciemnościach, ale które instynktownie dążą ku Światłu. Dusze, które są w błędzie kultu bałwochwalczego albo odłączonego, ale które instynktownie dążą ku Prawdzie. Dusze, które ze swej własnej natury dążą ku Dobru i tak, nawet o tym nie wiedząc, należą do duszy Kościoła — a którym wystarczy jedna dłoń, jedno słowo, jedna pomoc, apostolsko braterskie, aby stały się żywymi członkami Ciała mistycznego i czcicielami prawdziwego Boga.
Otóż, skoro jest pewne, że kto zbawia albo daje życie choćby jednej tylko duszy, ten zbawia własną duszę i daje jej nagrodę Życia wiecznego — ponieważ Bóg jest nieskończenie wdzięczny temu, kto Mu daruje syna — to równie pewne jest, że Bóg przebaczy wiele temu, kto stara się wprowadzić na drogi Pańskie — na drogi, które prowadzą do Nieba — wiele dusz, trzymając otwartą bramę miłosierdzia, prawdy, mądrości: Ewangelię; aby wszyscy, którzy zechcą przez nią wejść na zaproszenie sługi Bożego, znaleźli to łatwym.
Z tego przeglądu i porównania między siedmioma ówczesnymi Kościołami a obecnym stanem różnych religii i Kościołów płynie zatem napomnienie i zachęta: aby nie dać umrzeć miłości; aby nie iść za ludzkimi naukami, nazbyt podobnymi do nauki Balaama, które są przyczyną zgorszenia, zatrucia i duchowej rozpusty maluczkich — o ile chodzi o "zgorszenie" — a wielkich, gdy chodzi o dwie pozostałe rzeczy; aby zwalczać wszystkich i każdego, kto ma do czynienia z osobami i czynami ciemności lub je uprawia, cudzołożąc z mocami zła i kłamstwa oraz karmiąc się pokarmami umysłu ofiarowanymi bożkom nieczystej wiedzy i nieczystej ciekawości; aby strząsnąć z siebie kwietyzm i wrócić do życia, by dawać życie; aby naprawić słabą cnotę, pracując wszystkimi siłami, jakie się ma, nad doprowadzeniem innych do poznania Boga i Ewangelii, a w następstwie do cnoty, aby zbawieni sami orędowali u Ojca Niebios i wszystkich ludzi za swoim zbawcą; aby płonąć, by rozpalać, jaśnieć, by oświecać, odrywać się od wszystkiego, co jest pożądliwością — choćby tylko bogactw, władzy, zdrowia i spokojnej ludzkiej wygody — aby przyoblec się w rzeczy nadprzyrodzone i być wolnym, bez przeszkód w pracy apostolskiej.
Wtedy ci, którzy zechcieli stać się świętymi, zwyciężając wszystko, co przeciwne świętości, otrzymają "nowe imię", będą się karmić "drzewem życia", "manną ukrytą", zostaną przyodziani w "białą szatę", uwieńczeni "koroną" niebieskiej chwały, uczynieni "filarem" wiecznej Świątyni i "zasiądą na tronie", który jest przygotowany dla zwycięzców.