QUADERNI
O Apokalipsie św. Jana Apostoła. Listopad 1950. Notatnik
Apokalipsa
Rozdz. IV
Wielkość widzenia wzrasta, wzrasta też moc ekstazy, ponieważ widzący nie jest już wezwany do oglądania rzeczy współczesnych jego czasom, będących znakiem i figurą tego, co na różne sposoby i z różnych przyczyn miało się potem powtarzać przez wieki, lecz rzeczy nadprzyrodzonych i rzeczy przyszłych — przyszłych, znanych samemu Bogu, nadprzyrodzonych, znanych mieszkańcom Niebios.
I w nowej teofanii, która jest i nie jest podobna do teofanii Ezechiela, widzi on chwałę Pana zasiadającego na tronie niebieskim pod postacią człowieka, ale człowieka podwójnie uwielbionego, bo jest Bogiem i Człowiekiem-Bogiem, Świętym świętych, Świętym pośród świętych. Nikt bowiem spośród ludzi nie był tak święty jak Syn Człowieczy. Zatem ciało przemienione w światłość, "podobne do elektrum i do ognia", mówi Ezechiel; "podobne do kamienia jaspisu i krwawnika", mówi Jan; a obaj kończą tak samo: "otoczone blaskiem podobnym do tęczy, czyli iryda".
Także inni prorocy widzieli Syna Bożego i Syna człowieczego jaśniejącego, w lnianej szacie, niby spiż albo inny rozżarzony metal, jeszcze wtedy, gdy był On Słowem na łonie Ojca, a wieki miały upłynąć, zanim przyjął ludzkie Ciało, i zanim to Ciało, uwielbione po doskonałej Ofierze, wstąpiło do Nieba, aby tam trwać jako Bóg-Człowiek, Król wieczny, Sędzia powszechny, Kapłan i Baranek, Zwycięzca Zła, Śmierci, Czasu i wszystkiego, co istnieje, ponieważ Jemu dana jest od Ojca wszelka władza i pierwszeństwo.
Lecz jeśli dawni Prorocy — niektórzy z nich — widzieli jedynie Człowieka Boga, inni widzieli Człowieka Boga niesionego na swoim tronie przez swoich głównych wyznawców. Czterej ewangeliści o postaciach wyobrażających ich duchową naturę. Mateusz: człowiek, cały człowiek w swojej przeszłości i człowiek w opisywaniu Syna Człowieczego; Marek: lew, w głoszeniu Chrystusa pośród pogan jeszcze bardziej niż w opisywaniu czasu Chrystusa w swojej Ewangelii, w której jednak, jako lew, zechciał bardziej uwydatnić postać Boskiego Cudotwórcy niż Człowieka-Mesjasza, jak to uczynił Mateusz. A to w tym celu, aby zdumieć i przez zdumienie zdobyć pogan, zawsze urzeczonych tym, co miało pozór cudu.
Łukasz, cierpliwy i mocny jak wół, dopełniając — cierpliwymi poszukiwaniami także co do tego, co poprzedzało właściwe dzieło apostolskie Chrystusa i Jego uczniów — całe dzieło Boga dla zbawienia ludzkości. Albowiem to dzieło nieskończonej miłości miało swój początek w niepokalanym Poczęciu Maryi, w pełni Łaski Jej udzielonej, w nieustannej łączności Maryi z Jej Panem, który — stworzywszy Ją jako Ojciec, z doskonałością jedyną pośród wszystkich ciał zrodzonych z mężczyzny i niewiasty, jako swoją najukochańszą Córkę — napełnił Ją potem swoją Światłością: Słowem, które objawiało się Jej w Boskich i głębokich pouczeniach, przez co była Stolicą Mądrości od najmłodszych lat, podczas gdy Duch Święty, wieczny Miłośnik czystych, wlewał w Nią ognie swojej najdoskonalszej miłości i, czyniąc z Niej ołtarz i arkę świętszą i milszą niż te w Świątyni, w Niej brał swój odpoczynek i promieniował całym blaskiem swojej Chwały.
W dawnym czasie, gdy zbudowano Przybytek, obłok ognisty okrywał go nocą i dniem, czy to gdy stał w miejscu, czy to gdy wędrował ku celowi, a lud Boży zatrzymywał się albo wędrował zależnie od tego, co czynił obłok, który nie był niczym innym jak świadectwem chwały Pana i Jego Obecności.
Na początku nowego czasu, czasu Łaski, ognisty obłok Pana — ogień, który ogarnia i strzeże przed wszelkim natarciem odwiecznego Przeciwnika, bardziej niż kiedykolwiek działającego, bo przeczuwał on bliską swoją klęskę — okrył o wiele świętszy Przybytek, oczekując, by okryć go w sposób jeszcze większy i zakryć największą tajemnicę płodnych zaślubin Boga z Dziewicą, których owocem było Wcielenie Słowa. I zawsze chwała Pana okrywała Dziewicę Nienaruszoną, Matkę Bożą, czy to gdy trwała w miejscu, czy to gdy poruszała się na Boski rozkaz, który z Nazaretu przywiódł Ją do Świątyni, ze Świątyni do Nazaretu jako dziewicę-oblubienicę, a z Nazaretu do Hebronu i do Betlejem jako Dziewicę-Matkę, i z Betlejem do Jerozolimy, aby Ją umocnić w proroctwie Symeona, i z Betlejem do Egiptu, aby ochronić Znienawidzoną, bo Matkę Boga, i z Nazaretu do Jerozolimy, prowadząc Ją tam, gdzie był Chłopiec pośród Doktorów, i z Nazaretu w to czy owo miejsce, gdzie Syn-Nauczyciel był prześladowany i udręczony, i z Nazaretu do Jerozolimy i na Golgotę, aby współuczestniczyła w Odkupieniu, i na Górę Oliwną, skąd Syn wstępował do Ojca, i z Góry Oliwnej do Nieba w ostatecznej ekstazie, w której Ogień miał wchłonąć w siebie swoją Maryję, tak jak słońce wchłania w siebie czystą kroplę rosy.
Łukasz, jedyny i cierpliwy, wypytuje i spisuje także to, co można nazwać prologiem Ewangelii = zwiastowania, mówiąc nam o Zwiastowanej, bez której i bez której bezwzględnego posłuszeństwa odkupienie nie zostałoby dokonane.
Właściwością wołu jest przeżuwanie także tego, co dawno zostało połknięte. Łukasz go naśladuje. Czas od wielu lat połknął już wstępne wydarzenia przyjścia Mesjasza jako takiego, to znaczy jako Nauczyciela, Zbawiciela-Odkupiciela. Łukasz wydobywa je na powierzchnię. Ukazuje nam Dziewicę, konieczne narzędzie, aby mógł zaistnieć Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek. Ukazuje nam Najpokorniejszą Pełną Łaski, Najposłuszniejszą w swoim: "Niech mi się stanie według Słowa", Najbardziej Miłosierną, spieszącą ze świętym pośpiechem do krewnej Elżbiety, aby być jej pociechą i pomocą, a także — choć o tym nie myślała — uświęceniem dla tego, który miał przygotować drogi Panu Jezusowi, jej Synowi; Najczystszą i Nienaruszoną fizycznie, moralnie, duchowo zawsze, od poczęcia aż po ekstatyczne przejście z Ziemi do Nieba.
"Ta brama będzie zamknięta i nie otworzy się, i nikt przez nią nie przejdzie, bo Pan Bóg Izraela wszedł przez nią; będzie zamknięta dla księcia, a sam książę zasiądzie w niej, aby spożywać chleb przed Panem, i wejdzie przez bramę przedsionka, i przez tę samą wyjdzie".
Tajemnicze słowa o niejasnym znaczeniu, dopóki Poczęcie Maryi i Jej Boskie Macierzyństwo nie uczyniły ich jasnymi dla tych, którzy pod promieniem wiecznej Światłości nie umieli odczytać ich we właściwym znaczeniu.
Bramą zamkniętą, bramą zewnętrzną świątyni, bramą zwróconą ku wschodowi, była naprawdę Maryja. Zamkniętą, bo nic ziemskiego nigdy nie weszło w Nią, w której była pełnia Łaski. Bramą zewnętrzną, bo między Niebem, Mieszkaniem Boga Jedynego i w Trójcy, a światem była Ona, tak bliska Bogu, że podobna do bramy, która ze Świętego Świętych otwierała się na Święte. I zaprawdę Maryja była i jest bramą dla ludzi, aby przez Święte przeniknęli do Świętego Świętych i tam uczynili sobie wieczne mieszkanie z Tym, który tam przebywa. Bramą zwróconą ku wschodowi, to znaczy ku samemu tylko Bogu, nazywanemu Wschodem przez natchnionych dawnego Czasu. I zaprawdę Maryja nie trzymała oczu swego ducha utkwionych w nikim innym, jak tylko w Bogu.
Bramą zamkniętą, przez którą nikt oprócz Pana nie miał wejść, aby Ją miłować jak Ojciec, jak Syn, jak Oblubieniec, aby uczynić Ją płodną bez naruszenia, aby karmić się Nią i wziąć Ciało, karmić się przed swoim Boskim Ojcem, spełniając swoje pierwsze posłuszeństwo Syna Człowieczego, który w ciemności łona niewiasty zamyka i ogranicza swoją Niezmierzoność i Wolność Boga, poddając się wszystkim fazom rządzącym brzemiennością, tak jak potem, wciąż karmiąc się Nią, przejdzie wszystkie fazy wzrastania, aby z Niemowlęcia stać się Chłopcem.
Bramą zamkniętą, która nie otworzyła się nawet dla najświętszego z macierzyństw, ponieważ w sposób znany jedynie Bogu, tak jak Bóg, przechodząc przez przedsionek płonący miłością Maryi, wszedł w Nią, tak też przyszedł na świat, On, Światłość i Miłość nieskończone, podczas gdy ekstaza rozpalała Maryję i czyniła z Niej jaśniejący ołtarz, na którym Hostia została złożona i ofiarowana, aby stała się Zbawieniem dla ludzi.
Wiele wieków po Ezechielu Paweł powie do Hebrajczyków: "…Chrystus… przyszedł, przechodząc przez przybytek większy i doskonalszy, nie ręką ludzką uczyniony".
Wiele wykładni dano tym słowom. I to wykładni słusznych. Ale jest jeszcze jedna. A jest ona taka: że Jezus przyszedł do ludzi, między ludzi, przechodząc przez przybytek większy nadprzyrodzonym pięknem i doskonalszy niż ten, który był celem Hebrajczyków z Palestyny i z Diaspory; ów bowiem nie był doskonały architektonicznie, lecz doskonały świętością, i nie był uczyniony ręką ludzką z marmurów, złota i ozdobnych zasłon, ale stworzony — i niemal można by rzec "uczyniony" — przez Boga, tak bardzo czuwał On nad jego ukształtowaniem, aby Jego Słowo, gdy nadejdzie czas Wcielenia, znalazło przybytek zdrowy, święty, wybrany, doskonały w każdej swojej części, godny przyjąć Jego Boską Świętość i być jej czasowym mieszkaniem.
Łukasz, lekarz nie tylko ewangelista, z cierpliwą wnikliwością lekarza, który nie zatrzymuje się na obiektywnym fakcie i na badanym podmiocie, ale bada i rozpatruje środowisko oraz dziedziczność, w których podmiot żył i od których mógł przejąć cechy psychofizyczne — aby przedstawić nam Boga wcielonego, Syna Człowieczego, i lepiej dać nam Go poznać w Jego łagodności, która jest łagodnością nawet wtedy, gdy w razie potrzeby umie być mocna, w Jego miłującej dobroci wobec chorych i grzeszników pragnących uzdrowienia fizycznego lub duchowego, w Jego najdoskonalszym posłuszeństwie aż do śmierci, w Jego pokorze, która nie szukała pochwał, ale przeciwnie, radziła: "Nie mówcie o tym, coście widzieli", w Jego męstwie, które umie przezwyciężyć wszelkie ludzkie uczucie czy lęk, aby wypełnić swoje posłannictwo, w Jego nieskalaności, przez którą nic nie mogło naruszyć Jego zmysłów ani zagościć w Nim, choćby przelotnie, żadna namiętność, która nie byłaby dobra — przedstawia nam Matkę. To znaczy Tę, która sama jedna ukształtowała Syna, przekazując Mu wraz z krwią, mającą przyoblec Go w ciało, podobieństwo do Siebie, a nawet coś więcej. On Mężczyzna, a więc bardziej męski w rysach i w sposobie bycia. Ona Niewiasta, a więc łagodniejsza w wyglądzie i w obejściu.
Ale w Dziecięciu, które umie Jej odpowiedzieć: "Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że mam czynić to, czego Ojciec mój chce, abym czynił?", i w Mężu, który mówi: "Niewiasto, cóż jest jeszcze między Mną a tobą?" i który jeszcze stwierdza: "Któż jest Moją Matką i Moimi krewnymi? Ci, którzy pełnią wolę Ojca Mojego" — jawne jest męstwo udzielone Mu przez Tę, która zawsze umiała mężnie cierpieć i to z tylu powodów: z powodu śmierci rodziców, z powodu ubóstwa, z powodu podejrzenia Józefa, z powodu podróży do Betlejem, proroctwa Symeona, ucieczki i wygnania do Egiptu, zgubienia Jezusa, śmierci małżonka, odejścia Syna podejmującego swoje posłannictwo, nienawiści świata żydowskiego do Niego, męczeństwa Syna na Golgocie.
W łagodności Syna jawna jest łagodność odziedziczona po Matce, i tak samo jest z pokorą, posłuszeństwem i czystością. Wszystkie wzniosłe cnoty Matki są także w Synu. Jezus objawia nam, to prawda, Ojca, ale objawia nam także Matkę. I słusznie można powiedzieć, że kto chce poznać Maryję, zbyt mało objawioną przez Ewangelistów i w Dziejach Apostolskich, musi patrzeć na Jej Syna, który od Niej, i od Niej samej, wziął wszystko oprócz swojej Boskiej Natury Pierworodnego Ojca i Jego Jednorodzonego.
"Niech się stanie Wola Boża" mówi Maryja. "Niech się stanie Twoja Wola" mówi Jezus.
"Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła" mówi Elżbieta do Maryi. A Jezus wielekroć podczas swego nauczania wychwala tych, którzy umieją wierzyć.
"Strąciłeś władców, a wywyższyłeś pokornych" wyznaje Maryja w swoim Magnificat, a Jezus: "Dziękuję Ci, Ojcze, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i wielkimi, a objawiłeś je maluczkim".
Słowo, Mądrość Ojca, uczyniło swoją przyszłą Matkę Mistrzynią w Mądrości. A Matka przelała w swojego Syna, wraz z krwią, mlekiem i macierzyńską troską, myśli wybrane, które zawsze miały swoją siedzibę w Jej nieskażonym umyśle, oraz uczucia najwyborniejsze, które jedynie żyły w Jej niepokalanym Sercu.
Jan, czwarty Ewangelista, jest Orłem. Orła cechuje lot wysoki, potężny i samotny oraz zdolność wpatrywania się w słońce. W Janie ewangeliście jest szlachetność królewskiego ptaka, potężny lot i moc wpatrywania się w Boskie Słońce, w Jezusa: Światłość świata, Światłość Nieba, Światłość Boga, nieskończony Blask; jest w nim możność wznoszenia się na wysokości nadprzyrodzone, na jakie nie wzniósł się żaden inny ewangelista, a wznosząc się tak — możność przeniknięcia tajemnicy, i prawdy, i nauki, i wszystkiego, co dotyczy Człowieka, który był Bogiem.
Szybując jak królewski orzeł wysoko ponad sprawami ziemi i ludzkości, ujrzał on Chrystusa w Jego prawdziwej Naturze Słowa Bożego. Bardziej niż Cudotwórcę i Męczennika, Jan przedstawia nam "Nauczyciela". Jedynego najdoskonalszego Nauczyciela, jakiego miał świat. Nauczyciela-Boga, Mądrość, która stała się ciałem i słowną mistrzynią dla ludzi, Słowo, czyli Wypowiedź Ojca, to znaczy Słowo, które czyni ludziom dostępnymi myśli Ojca swego, Światłość, która przyszła oświecić ciemności i rozproszyć półmrok.
Prawdy najbardziej wzniosłe, najsłodsze, najgłębsze, i prawdy najbardziej gorzkie, wszystkie są szczerze wypowiedziane w ewangelii Jana, który swoim orlim okiem i swoim wznoszeniem się duchem za duchem Nauczyciela ujrzał z wysoka najwyższe wielkości i najniższe podłości, zmierzył ogrom miłości Chrystusa i nienawiści świata judejskiego do Chrystusa; walkę między Światłością a ciemnościami, zbyt licznymi "ciemnościami", to znaczy zbyt licznymi nieprzyjaciółmi swojego Nauczyciela, wśród których był nawet uczeń i apostoł, którego Jan wyraźnie, w tej swojej ewangelii Prawdy i Światłości, nazywa jego prawdziwym imieniem, jednym z jego prawdziwych imion: "złodziej"; widział podziemne spiski, wyrafinowane zasadzki, których używano, aby uczynić Chrystusa znienawidzonym przez władców rzymskich i żydowskich oraz przez "maluczkich", którzy stanowili trzodę wiernych Chrystusowi. I wszystko to zapisuje i podaje do wiadomości, ukazując Jezusa w Jego wzniosłej świętości, nie tylko Boga, ale i Człowieka.
Człowieka, który nie idzie na kompromisy z nieprzyjaciółmi, aby uczynić ich sobie przyjaciółmi; Człowieka, który umie mówić prawdę możnym i demaskować ich winy oraz obłudę; Człowieka, który nie odtrącając nikogo, kto zasługuje na to, by się doń zbliżyć, bo przywiodło go do Niego pragnienie duszy, aby się odkupić, umie rzucić swoje przekleństwo na tych wszystkich, którzy — choćby byli najpotężniejsi — otaczają Go fałszywymi ofertami przyjaźni, aby móc Go przyłapać na winie; Człowieka, który szanuje Prawo, ale depcze to, co nałożono na Prawo: "ciężary" nakładane przez faryzeuszów na maluczkich; Człowieka, który odrzuca królestwo i ziemską koronę i ucieka, aby się od nich uwolnić, ale nie przestaje głosić swojego Królestwa duchowego i przyjmuje koronę Odkupiciela, aby własną ofiarą potwierdzić swoją naukę o ofierze; Człowieka najświętszego, który chciał poznać wszystko, co ludzkie, oprócz grzechu.
Orzeł nie śpiewa, jak czynią to inne ptaki, mniej lub bardziej melodyjnie, lecz wydaje swój potężny krzyk, który sprawia, że drży serce ludzi i zwierząt — tak bardzo jest on stwierdzeniem potęgi. Również Jan nie opiewa słodko historii Chrystusa, lecz rzuca swój potężny krzyk, aby uczcić Bohatera, i jest to krzyk tak przemożny w głoszeniu Boskości, najjaśniejszej Mądrości Chrystusa, że przyprawia duszę i serce o drżenie już od pierwszych słów jego prologu.
Orzeł miłuje samotne szczyty, na które słońce ciska wszystkie swoje ognie, a im bardziej słońce jaśnieje, tym mocniej orzeł wpatruje się w nie, jakby zauroczony jego blaskiem i żarem. Również Jan, samotnik — choć przebywał z towarzyszami zarówno przed Męką i Wniebowstąpieniem Nauczyciela, jak i po nich, bo naprawdę był Apostołem innym, jedynym w swoim rodzaju pod pewnymi względami jako człowiek i jako uczeń, złączonym z pozostałymi jedynie przez miłość, w nim najżywszą — również Jan, jak orzeł, lubił przebywać na szczycie, pod pożarem swojego Słońca, i patrzeć tylko na Niego, słuchać wszystkich Jego słów wypowiedzianych i tych ukrytych, to jest nauk oraz głębokich i miłych rozmów Chrystusa, a także Jego samotnych uniesień, Jego modlitw i obcowania z Ojcem, w ciszy nocy albo w głębi lasów, wszędzie tam, gdzie Chrystus — wielki Samotnik, bo wielki Nieznany i Niezrozumiany — usuwał się na osobność, aby znaleźć pociechę w zjednoczeniu ze swoim Ojcem.
Jezus: Słońce Miłości; Jan: miłośnik Słońca Miłości i dziewiczy oblubieniec Miłości, pociągnięty — on, czysty — przez Jezusa, doskonałą Czystość. Miłość daje szczególne zrozumienie. A im silniejsza jest miłość, tym bardziej miłujący pojmuje nawet najskrytsze poruszenia umiłowanego. Jan, najwierniejszy i najbardziej miłujący Jezusa-Boga i Człowieka, pojął w Nim wszystko, jakby spoczywał nie na Jego Boskim Sercu, ale w Jego Sercu.
Nikt nie poznał Chrystusa w Jego wnętrzu tak jak Jan. Wszystkie doskonałości Chrystusa były mu znane. Wniknął w Jego tajemnicę i w ocean Jego cnót, mierząc naprawdę wysokość, szerokość i głębokość tej żywej Świątyni, nie ręką ludzką uczynionej, którą na próżno ludzie usiłowali zburzyć. I wszystko to, po dziesiątkach lat, zapisał i opisał, zostawiając Ewangelię najdoskonalszą w prawdzie historycznej, najpotężniejszą w nauce, najjaśniejszą światłami mądrości i miłości, najwierniejszą w opisie wydarzeń i charakterów, zdolną przekroczyć umysłowe ograniczenia Żydów i opisać także to, czego inni ewangeliści nie ośmielili się powiedzieć: Samarytankę, urzędnika królewskiego, zgorszenie oraz ucieczkę i bunt uczniów przeciwko Nauczycielowi po mowie o Chlebie z Nieba, i cudzołożnicę, i otwarte spory z Judejczykami, faryzeuszami, uczonymi w Piśmie i doktorami, i Jego schronienie się w Samarii, w Efraim, i Jego kontakty z poganami, i prawdę o Judaszu, "który był złodziejem", i jeszcze inne rzeczy.
Więcej niż dojrzały wiekiem, bo długowieczny, gdy pisał swoją ewangelię, ale wiecznie młody, bo czysty, i zawsze jednakowo i żarliwie rozmiłowany w Chrystusie, bo żadna inna ludzka miłość nie odjęła płomieni jego miłości do Umiłowanego — Jan, miłujący orzeł Chrystusa, objawił nam Chrystusa z mocą przewyższającą wszelką inną, mniejszą jedynie od mocy samego Chrystusa, która była nieskończona, bo była mocą Boga, gdy objawiał nam swojego Ojca.
Wszystkie cztery istoty, które stały wokół tronu, były pokryte oczami. Byli to bowiem kontemplatycy, ci, którzy dobrze kontemplowali Chrystusa, aby móc Go dobrze opisać i wyznać.
Ale Jan, orzeł, swoimi oczami śmiertelnymi i nieśmiertelnymi kontemplował Go jak orzeł, orlim spojrzeniem, wnikając w płonącą tajemnicę Chrystusa. A poza życiem, będąc już u boku swego Umiłowanego, wzrokiem doskonałym, utkwionym nieruchomo, przenika aż do samego środka Tajemnicy i intonuje hymn chwały, za którym idą pozostali i dwudziestu czterech starców, aby umocnić ducha do wypowiedzenia rzeczy czasów ostatecznych: najwyższej grozy, najwyższego prześladowania, ostatnich plag i najwyższych zwycięstw Chrystusa oraz najwyższych, wiecznych radości Jego wiernych naśladowców.
Pierwsze słowa jego ewangelicznej pieśni są chwałą Światłości. Jego ostatnie słowa w Apokalipsie są okrzykiem miłosnej odpowiedzi i miłosnej prośby: "Tak, przyjdę wkrótce!", "Przyjdź, Panie Jezu!". A te dwa okrzyki, Umiłowanego i Miłującego, bardziej niż cokolwiek innego odsłaniają nam, kim był Jan dla Jezusa i Jezus dla Jana. Był to: Miłość.
Temu żarliwemu miłującemu, który uniesiony miłością wzniósł się duchem i umysłem ku najwyższym sferom i przeniknął tajemnice wyższe niż ktokolwiek inny z apostołów i ewangelistów, przeciwstawmy człowieka: Mateusza. Jan cały duchem, coraz bardziej duchem; Mateusz materią, cały materią, dopóki Chrystus go nie nawrócił i nie uczynił swoim. Jan: anioł pod postacią człowieka, a raczej serafin, który na swych orlich skrzydłach wznosił się tam, dokąd tylko nielicznym dane jest się wznieść; Mateusz: człowiek, wciąż człowiek, nawet po nawróceniu, które z niego, człowieka grzesznego, uczyniło człowieka Bożego, to znaczy człowieka na nowo podniesionego do godności stworzenia rozumnego, przeznaczonego do wiecznego życia w Niebie. Ale zawsze człowiek, bez wykształcenia Łukasza, bez nadprzyrodzonej mądrości Jana, bez lwiej siły Marka. Na mistycznej drabinie ewangelistów można umieścić Mateusza na pierwszym szczeblu, Marka na jednej czwartej jej wysokości, Łukasza w jej połowie, a Jana na samym szczycie.
A jednak to, że pozostał "człowiekiem", nie zaszkodziło mu, przeciwnie: posłużyło do wyniesienia go wysoko ku doskonałości, zachowując go pokornym i skruszonym z powodu jego przeszłości. Tak samo to, że opisywał Słowo, które stało się Ciałem, raczej jako "Człowieka" niż jako Mistrza, Cudotwórcę, Boga, posłużyło wówczas i w wiekach przyszłych do potwierdzenia, wyznania i utrwalenia prawdziwej Natury Chrystusa, który był Słowem Ojca odwiecznie, ale który naprawdę był Człowiekiem, wcielonym przez cud jedyny i Boski w łonie Dziewicy, aby być Mistrzem i Odkupicielem na wieki wieków.
Nie miał ani miłosnych uniesień Jana, ani podziwu godnego ładu Łukasza, który nie ograniczył się do mówienia o Chrystusie Nauczycielu, lecz mówi nam także o tym wszystkim, co jest przygotowaniem do Chrystusa, to znaczy o Jego Matce, o wydarzeniach, które poprzedziły publiczne objawienie się Jezusa Chrystusa, aby nam wszystko oznajmić, aby potwierdzić proroków, aby najdokładniejszym opisem ukrytego życia Jezusa, Maryi i Józefa obalić przyszłe herezje, które miały powstać – a jeszcze nie wszystkie się skończyły – i które zniekształcają prawdę o Chrystusie, o Jego życiu i nauce, o Jego osobie zdrowej, mocnej, cierpliwej, bohaterskiej jak żadna inna nigdy nie była. Któż tak jak Łukasz ukazuje nam Chrystusa Zbawiciela i Odkupiciela, który rozpoczyna Mękę krwawym potem Getsemani? Ale jeśli Łukasz jest uczonym historykiem, to Marek jest porywczym, który narzuca Chrystusa pogańskim tłumom, uwydatniając Jego moc nadprzyrodzoną, owszem, Boską, cudów wszelkiego rodzaju.
Każdy z tych czterech posłużył do ułożenia mozaiki, która daje nam prawdziwego Jezusa Chrystusa, Człowieka-Boga, Zbawiciela, Mistrza, Odkupiciela, Zwycięzcę śmierci i szatana, wiecznego Sędziego i Króla królów na wieki. Dlatego w teofanii, którą opisuje Apostoł Jan w swojej Apokalipsie, ci czterej, ze swymi czterema różnymi obliczami, stanowią podstawę i koronę Tronu, na którym zasiada Ten, który jest, który był i który ma przyjść, i który jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem wszystkiego, co było, jest i będzie; a ich głosy, złączone z głosami dwudziestu czterech, to znaczy dwunastu głównych patriarchów i dwunastu największych proroków, czyli proroków większych, śpiewają wieczną chwałę Temu, który jest Najświętszy i Wszechmogący.
Dwunastu i dwunastu. Ta liczba była jedną z liczb świętych dla Żydów. Dwunastu Patriarchów, dwunastu synów Jakuba, dwanaście pokoleń Izraela; a jeśli Przykazań Prawa jest dziesięć – Przykazań danych przez Boga Ojca Mojżeszowi na Synaju – to w rzeczywistości jest ich dwanaście od chwili, gdy Słowo Ojca, odwieczna i najdoskonalsza Mądrość, dopełniło Prawo i udoskonaliło je, nauczając, że przykazaniami przykazań są: "Kochaj Boga całym sobą, a bliźniego swego jak siebie samego", ponieważ te dwa pierwsze i główne przykazania są w rzeczywistości podstawą życia dla wszystkich dziesięciu przykazań, skoro pierwszych trzech nie można zachowywać, jeśli się nie kocha Boga całym sobą, ze wszystkich swoich sił, całą duszą, a pozostałych siedmiu również nie można zachowywać, jeśli się nie kocha bliźniego jak siebie samego, nie uchybiając miłości, sprawiedliwości i uczciwości w żadnej rzeczy ani wobec żadnej osoby.
Dwanaście lat było przepisane przez Prawo, aby żydowski chłopiec stał się synem Prawa. I Jezus, wierny Prawu, chciał mieć dwunastu apostołów w swoim orszaku, ponieważ ta liczba była święta. A gdy potem jedna gałąź odpadła, zbutwiała, i młoda roślina pozostała z zaledwie jedenastoma gałęziami, wkrótce nowa, dwunasta gałąź, i to święta, odrodziła się na drzewie chrześcijaństwa i święta liczba została przywrócona.
Ileż liczb świętych było w Izraelu! I każda ze swoim symbolem, który został potem przeniesiony do nowego Kościoła. Trzy. Siedem. Dwanaście. Siedemdziesiąt dwa. A w czasach przyszłych zajaśnieje prawda o liczbach jeszcze niejasnych, zawartych w Apokalipsie, o liczbach, które oznaczają nieskończoną Doskonałość i Świętość oraz Bezbożność również bez miary.
Jehoszua = Doskonałość, Świętość, Zbawienie, imię z ośmiu liter.
Szatan = Bezbożność, wróg rodzaju ludzkiego, doskonałość zła, imię z sześciu liter.
A ponieważ pierwsze jest imieniem Dobra najdoskonalszego, a drugie — Zła najdoskonalszego, czyli bez miary, każde z nich mnoży przez 3, liczbę doskonałości, liczbę swoich liter, i tak pierwsze staje się osiemset osiemdziesiąt osiem, a drugie sześćset sześćdziesiąt sześć. I biada, po czterokroć biada owym dniom, w których nieskończone Dobro i nieskończone Zło stoczą ostatnią bitwę przed ostatecznym zwycięstwem Dobra i Dobrych oraz ostateczną klęską Zła i jego Sług!
Cały ogrom grozy i krwi, jaki był na ziemi od chwili, gdy Stwórca ją uczynił, będzie niczym wobec grozy ostatniej walki. Dlatego Jezus Nauczyciel mówił tak jasno do swoich, gdy przepowiadał czasy ostateczne. Aby przygotować ludzi do ostatnich zmagań, w których jedynie ci, którzy będą mieli wiarę nieustraszoną, miłość gorejącą, nadzieję niewzruszoną, zdołają wytrwać, nie popadając w potępienie, i zasłużyć na Niebo.
Dlatego należałoby — ponieważ świat coraz bardziej stacza się ku przepaści, ku niewierze albo ku wierze zbyt słabej, a miłość i nadzieja gasną w zbyt wielu, w wielu zaś już umarły — dlatego należałoby wszelkimi sposobami sprawić, aby Bóg był bardziej poznany, kochany i naśladowany. Czego nie może osiągnąć kapłan, od którego zbyt wielu ucieka albo którego nie słuchają, tego może dokonać druk, książki, w których Słowo Boże na nowo zostanie przedstawione tłumom.
Jedno słowo wystarczy niekiedy, by podnieść upadłego ducha, by sprowadzić na właściwą drogę tego, kto zbłądził, by przeszkodzić ostatecznemu samobójstwu duszy.
Dlatego Bóg, który wszystko widzi i wie o ludziach, środkami swojej nieskończonej Miłości objawia swą myśl, swoje pragnienie duszom przez siebie wybranym do takiej misji, i chce, aby Jego pomoc nie pozostała bezczynna, i cierpi widząc, że to, co byłoby chlebem zbawienia dla wielu, nie jest im dawane.
Coraz bardziej wzrasta potrzeba pokarmu duchowego dla dusz omdlewających. Ale wyborne ziarno, dane przez Boga, leży zamknięte i bezużyteczne, a omdlenie wzrasta i coraz bardziej wzrasta liczba tych, którzy giną nie tyle w tym, ile w innym życiu.
Kiedyż, dzięki prawdziwszemu, szerszemu i głębszemu poznaniu Chrystusa, kiedyż, dzięki zdjęciu wreszcie pieczęci z tego, co jest źródłem życia, świętości i wiecznego zbawienia, rzesza dusz będzie mogła zaśpiewać hymn radości, błogosławieństwa i chwały Bogu, który pomógł im się zbawić i stać się częścią ludu Świętych?
Jakimi słowami i jakim spojrzeniem odezwie się i spojrzy wieczny Sędzia na tych, którzy swoją wolą przeszkodzili wielu w zbawieniu? Jak zażąda od nich rachunku za tych, którzy nie mieli Nieba, ponieważ oni, jak dawni uczeni w Piśmie i faryzeusze, zamknęli ludziom przed nosem drogę, która mogła ich zaprowadzić do królestwa Niebieskiego, a dobrowolnie zaślepiając swoje oczy i zatwardzając swoje serce, nie chcieli widzieć ani rozumieć?
Zbyt późno i na próżno będą wtedy bić się w piersi i prosić o przebaczenie za sposób, w jaki postąpili.
Wyrok będzie już wydany i nieodwołalny, i będą musieli odpokutować swoją winę oraz zapłacić także za tych, którym swoim sposobem postępowania przeszkodzili odnaleźć Boga i zbawić się.