QUADERNI

(31) Marzec 1949 r.

Paralela między dwiema Mękami

Jezus mówi: "Ja i ty. Ja w tobie. Ty we Mnie. Chrystus i mały chrystus. Wielka Ofiara i mała ofiara. Wielki Oczerniony, Zdradzony, Znieważony, Skazany, bez żadnego prawa, by to uczynić, i mała oczerniona, zdradzona, znieważona, skazana, bez żadnego prawa, by to uczynić. Postacie: te same w czynach, choć różne osobowością. Sąd Boży surowy dla tamtych z owego czasu i dla tych z obecnego, na wszystkich bohaterów dramatu niesprawiedliwego lub najświętszego, zależnie od tego, czy patrzy się nań ze strony ludzi, czy chrystusów. Chodź, przeżyjmy to razem na nowo. A zobaczysz, że jesteś wiernym zwierciadłem swego Jezusa. Kiedy rozpoczęła się Męka? Kiedy proces? Może w nocy z czwartku na piątek? Może przed Kajfaszem, w sali Sanhedrynu? Nie. O wiele wcześniej. Odkąd przyszedłem na świat. Wokół Mnie zawsze przeciwieństwo doskonałej miłości nielicznych i doskonałej nienawiści wielu. Wokół Mnie zawsze doskonałe zrozumienie bardzo nielicznych i doskonałe niezrozumienie bardzo wielu. Także z tobą tak było. Odkąd się urodziłaś. I cierpiałaś z tego powodu, jak Ja cierpiałem, chociaż Ja, o wiele szczęśliwszy od ciebie, miałem za matkę ową Matkę. I ta Matka pocieszała w każdym bólu. Jej miłość, druga co do potęgi i doskonałości po miłości mego Boskiego Ojca, wynagradzała Mi wszelką nienawiść. Ludzie prześladowali Mnie od dzieciństwa. Ty także poznałaś niesprawiedliwe zazdrości, głupie zawiści, które wyradzają się w nienawiść do prześladowanego, w lęk przed nim samym z powodu mrocznego niebezpieczeństwa, które go osacza i przygniata, gdy człowiek, jeszcze mały, nie potrafi pojąć prawdziwej wartości rzeczy dla niego sprzyjających lub przeciwnych, a szelest liścia, ciemność, gniewny krzyk człowieka ogarniętego złością, niewiadome ucieczki przybierają postać wielkiego niebezpieczeństwa. Ja miałem wygnanie, lecz nigdy nie było ono wygnaniem, bo owa Matka była ze Mną. Ty miałaś wygnanie trudniejsze, choć nie byłaś zmuszona przebywać na obcej ziemi, bo obce było ci serce tej, która tak mało służyła miłości. Ja byłem głodny. Ty także. Było Mi zimno. Tobie także. Ja od dzieciństwa traciłem przyjaźnie. Ty także. Potem miałem przedwczesną pracę, przekraczającą niekiedy moje małe siły, bo byliśmy ubodzy. Także ty miałaś przedwczesną pracę, przekraczającą niekiedy twoje małe siły, bo twój dom był ubogi w uczucia. Twemu wielkiemu sercu nie wystarczała miłość twego ojca, jedyna, prawdziwa, wielka miłość, jaką otrzymałaś od ludzi. Ten twój głód miłości, nigdy nie zaspokojony, posłużył temu, byś przyszła do Mnie w sposób niezwykły u stworzeń. Dobry więc był owoc tej odrobiny miłości, jaką ci dano; lecz jakże bolesne było musieć zakosztować tego braku miłości. Naprawdę nie chowasz urazy do wielu tych, którzy w rodzinie, w szkole czy w społeczeństwie cię nie kochali; tak jak Ja nie chowałem urazy do krewnych, którzy nigdy nie kochali Mnie tak, jak powinni, a których niechęć, a raczej niezrozumienie, wzrastały tym bardziej, im bardziej stawałem się z chłopca mężczyzną, a z mężczyzny Nauczycielem; tak jak nie chowałem urazy do współobywateli z Nazaretu, tak wrogich Nauczycielowi, jak mało kto z mieszkańców innych miast. Opłakiwałem śmierć przybranego ojca, najmilszego i sprawiedliwego. Ty także opłakiwałaś śmierć ojca najmilszego i sprawiedliwego, śmierć, która nastąpiła wtedy, gdy najbardziej potrzebna i słodka byłaby ci jego bliskość. Także dla Mnie słodko byłoby wiedzieć, że jest przy Matce, skutecznym obrońcą wobec oskarżeń krewnych i nazarejczyków, gdy cieśla Jezus stałby się rabbim Jezusem. I słodko byłoby mieć go blisko podczas misji, w jej najtrudniejszych chwilach. I słodko byłoby mieć go, by wspierał Mnie swą miłością w najgorzkszych dniach znoszenia zdrady i cierpienia. Wierna miłość Józefa dobrze pocieszyłaby Mnie po zdradzie Judasza! A obecność Józefa przy Matce, na Kalwarii, dałaby Mi pokój w umieraniu. Także ty, gdybyś teraz miała tu swego ojca, noszącego to samo imię co Sprawiedliwy, o sprawiedliwości i miłości tak żywej i ojcowskiej, cierpiałabyś mniej z powodu goryczy, jaką sprawia ci zdrada wielu, i z powodu bycia samą, bezbronną w tak wielkiej wojnie, jak Maryja… Ale to są dalekie przesłanki naszej prawdziwej Męki, naszego prawdziwego, niesprawiedliwego procesu. Idźmy dalej, do przesłanek bliższych. Ja i ty zawsze kochaliśmy wolę Bożą bardziej niż naszą własną i zawsze chcieliśmy jej służyć i ją wypełniać, przedkładając ją ponad wszelki nasz interes i naszą wolę, czyż nie tak? Oto wtedy opuszczam dom w Nazarecie, gdzie było wiele pokoju, a niezrozumienie, które doń przenikało, przynoszone przez krewnych i współobywateli, było względne; opuszczam jeszcze łatwą i słodką Wolę Ojca względem Mnie — być człowiekiem, Ja, który byłem Bogiem, i przyjąć różne warunki ludzkiego ciała, które odczuwa głód, pragnienie, senność, które doznaje trudu i utrudzenia niepogody oraz upału słonecznego i letniego, oraz warunki duszy, która cierpi z powodu żałoby czy urazów, albo z powodu niemożności zapewnienia większej wygody Łagodnej, która dała Mnie światu; i jako człowiek być poddanym ludziom o władzy doczesnej, Ja, który byłem Panem, Królem o władzy wiecznej, nieskończonej — i przyjmuję trudniejszą Wolę mego Ojca, tę, którą postawiono jako rysę łączącą dwie skrajności pierwszego okresu mego życia, okresu rodzinnego, z okresem ostatnim, okresem prawdziwej i właściwej Męki, i podejmuję życie publiczne. Także ty. Ja cię wezwałem, Ja, którego wola jest jedno z wolą mego Ojca, do drugiej części twego życia, części mojej rzeczniczki. Jak Ja nie byłem nieświadom tego, co czekało Mnie w życiu publicznym, tak i ty nie myliłaś się co do tego, co miałaś napotkać, służąc Mi w sposób niezwykły. Bardziej zjednoczeni z Bogiem, tak, bo Ojciec tym bardziej przyciąga nas do siebie, im bardziej wypełniamy Jego Wolę, i jednoczy nas ze sobą, jeśli wypełniamy bolesną Wolę, jakiej żąda od nas dla dobra tego, kto nie umie kochać Boga i bliźniego, a kto, już niewdzięczny Bogu w radości, staje się Jego wrogiem, gdy przygniata go ból. Bardziej zjednoczeni, tak, ale też, och! jakże! jakże bardziej dręczeni przez ludzi za to, że jesteśmy tymi, którzy niosą Słowo Boże! Oto oboje jesteśmy na drodze, by ewangelizować, by nieść Dobrą Nowinę, by zbierać krytyki, oszczerstwa, obelgi, nagany, oskarżenia, by poznawać twarze, które są malowanymi kulisami, za którymi ukrywa się serce węża, by mierzyć, jak krucha jest przyjaźń, wdzięczność, wierność ludzka, jak zmienne jest serce człowieka i jak blask złota potrafi je zwieść aż do uczynienia z niego wroga Przyjaciela, i jak bardziej kocha ono zimny i mętny blask garści monet, których na pewno nie może zabrać ze sobą przez życie i które nieuchronnie porzuca, gdy przychodzi śmierć, niż żywy blask ciepłej i mądrej miłości prawdziwego Przyjaciela dusz. Chodź, chodź, chodź, Mario, moja Mario. Połóż swą małą, zmęczoną dłoń w mojej silnej, pewnej, i chodź ze Mną bez lęku. Tak! Jakbym był bardziej twoim ojcem niż twoim Oblubieńcem i Bogiem, albo dobrym twoim bratem, który rozumie, bo już wszystko poznał, czym jest ból posłańców Bożych, i kocha cię, bo ty go kochasz, nie oskarżając go, że jest przyczyną twego cierpienia. Sprawiedliwy nigdy nie myli przyczyn swego cierpienia. Przebacza zawsze, wszystkim, ale zna oblicze i serce swoich oprawców. A przede wszystkim zna oblicze i miłość Boga, i wie, że jeśli On pozwala, by ludzie służyli szatanowi, torturując swoich bliźnich, to po to, by zajaśniała prawdziwa wielkość Jego prawdziwych dzieci. Zajaśnieć i nagrodzić. Chodźmy więc, radośni, ręka w rękę. Przyszedłem, aby cię zabrać, byśmy razem przemierzali wsie i miasta Palestyny. Piękna jest Ziemia twojego Jezusa wiosną, a ty tak bardzo ją lubisz. Piękna! Piękna, mimo że pośród jej bujnej przyrody, nad przejrzystymi wodami i na szczytach zalesionych wzgórz, wszędzie kryją się żmije i szakale. Nie unikajmy ich. Przeciwnie, wyjdźmy im naprzeciw. Aby rozpoznać twoich oprawców w moich wrogach. To są stronice tylko dla ciebie. Tylko Dobrej, którą znasz, jednej z Maryj twojej Golgoty, możesz je dać, aby ją pocieszyć za niedotrzymaną obietnicę. Muszę przecież czasem karać tych, którzy się ze Mnie naśmiewają! Lecz niech zechce przyjąć od Oblubieńca to zadośćuczynienie, aby zrozumiała, że mam ją drogą, i że nie z powodu zmiany mojej woli nie dotrzymuję obietnicy. To również będzie dla niej słodkie. Lecz powiedz jej, aby nie mówiła o tym nikomu. Nikomu, powiadam. Nawet najdroższym… "Pewnego dnia[1] Jezus, wziąwszy na bok Piotra, Jakuba i Jana, wstąpił na górę i przemienił się…". Oto Ja biorę na bok mojego małego Jana i jego siostrę, która w tym przypadku będzie Jakubem, i tylko im ukażę, jak ty jesteś we Mnie, a Ja w tobie, aż staniesz się małym Mną. Chodźmy więc. Oto miejsce Kuszenia, spotkanie z Nieprzyjacielem, księciem i początkiem wszelkiego innego wroga sprawiedliwych; początkiem, ponieważ jest sprawcą każdego niesprawiedliwego ludzkiego czynu. Inni wrogowie sługi Bożego są jedynie kukłami poruszanymi przez niego, jego narzędziami, czasem nieświadomie jego narzędziami, i przerażaliby się, i reagowaliby obrażeni, gdyby ktoś powiedział im, że tacy właśnie są, ponieważ oni… och! oni wierzą, że mają rację, że są niezależni od wszelkiego nacisku z zewnątrz, i są przekonani, że służą Bogu, uciskając sługę Bożego, którego w swoim samookreśleniu jako "świętych" osądzają jako grzesznika. A cóż innego było w tych, którzy przez trzy lata niesprawiedliwie mnie krytykowali, oskarżając mnie o grzech w każdym moim czynie jako wcielonego Słowa, i którzy w niecałą jedną noc skazali mnie na śmierć? Oni również nazywali siebie "sprawiedliwymi" w Izraelu, jedynymi sprawiedliwymi, depozytariuszami Prawa i Mądrości, obrońcami Boga, którego w rzeczywistości tak mało bronili i miłowali, że posunęli się aż do zabicia Jego Syna. Oni również uważali się za niezależnych od nacisków zewnętrznych, a więc wolnych w swoim osądzie, podczas gdy w rzeczywistości rozpętana była w nich przez szatana, ich sprawcę, potrójna pożądliwość, a żądza chwały, władzy, bogactwa kłuła ich i naciskała aż do uczynienia z nich bogobójców. Oni również twierdzili, że działają, by oddać cześć i służbę Jahwe, usuwając z drogi świętokradczego Nazarejczyka. Lecz jakże czcili i służyli Bogu swoich ojców — Temu, który bezpośrednim pouczeniem nauczył Praojców o przyszłym Mesjaszu, Temu, który złożył proroctwa na ustach Proroków swego Ludu, Temu, który jaśniał we Mnie, Jednym z Nim w Boskiej Naturze, w każdym moim czynie Człowieka doskonale świętego, u którego nikt nigdy nie mógł znaleźć grzechu — skoro prześladowali Mnie aż do zadania mi śmierci krzyżowej? Lecz to oni byli ludźmi-wrogami poruszanymi przez Nieprzyjaciela-księcia, przez tego, który czekał na Mnie przy pustynnej skale, aby Mnie kusić i w ten sposób zniszczyć Tego, który miał zwyciężyć i zniweczyć jego dzieło zabójcy przybranego syna Bożego. A Nieprzyjaciel Boga — zawsze Boga, nawet gdy kusi ludzi, ponieważ zaprawdę, komu wypowiada wojnę, wypowiadając wojnę człowiekowi? Wypowiada wojnę Bogu, ponieważ jeśli zwycięży człowieka, którego atakuje, wyrywa syna Ojcu Niebios — a Nieprzyjaciel Boga, mówiłem, kusił Mnie. Przebiegle. O! On wie, jak zwyciężył za pierwszym razem, i wie, że tylko jeden człowiek, spośród wszystkich zrodzonych z niewiasty, tylko jeden, mówię, nie zadrżałby w żaden sposób przed cielesnym owocem podanym i wysławianym przez lubieżnego Demona. Bo Ziemia miała wielu bohaterów czystości — dziewiczych, czystych, którzy są białymi zastępami Niebios — lecz pod bielą ich szat kryją się, niczym płonące rubiny, walki stoczone z podnietami ciała, by pozostać wiernymi tej jasnej cnocie, która uczyniła ich aniołami w ludzkiej postaci. Ja nie poznałem tego drżenia. Jak mogłem je poznać, będąc niepokalanym Synem Niepokalanej i Boga? I skoro nie otworzyłem umysłu na słowa szatana? A szukając Tego pośród zrodzonych z niewiasty — Mesjasza — tym sposobem, niestrudzenie, wystawiał ludzi na próbę, a gdy znalazł tego, kto pozostał bez drżenia i bez ciekawości wobec jego cielesnej pokusy, był pewien, że znalazł poszukiwanego Mesjasza, swojego przyszłego Zwycięzcę, gdyby jemu nie udało się go zwyciężyć. I wówczas kusił Człowieka, aby zgubić Zbawiciela, Odkupiciela, Zwycięzcę, zanim On zbawiłby, odkupił, zwyciężył grzech i śmierć. Lecz zamiast zwyciężyć, został zwyciężony. Mario, czy pamiętasz swoje pokusy? Czyż nie zastosował tego samego sposobu, próbując zgubić ciebie, uczynić cię znienawidzoną w moich oczach, abym Ja nie wezwał cię do przyjęcia mego Słowa dla ludzi, a potem — w drugiej części pokusy — gdy byłaś już moją rzeczniczką, próbując doprowadzić cię do grzechu pychy, nieposłuszeństwa, kłamstwa, aby zginęła nie tylko twoja dusza, ale i moje Dzieło? Ty myślisz: "Lecz Twoje Dzieło zginęło, chociaż ja byłam Ci wierna w posłuszeństwie, pokorna mimo zaszczytu, jaki mi dałeś, szczera aż do skrupulatności, mówiąc zawsze tylko prawdę o tym, co usłyszałam i zobaczyłam". Nie. Dzieło nie zginęło, chociaż ludzie doskonale posłużyli zamiarom szatana, by je zgubić. Ja ci to mówię: nie zginęło. Nie może zginąć. Ja i moja Matka czuwamy nad nim. Zginą ci, którzy źle je strzegli i źle osądzali, lecz Dzieło nie ginie. Ludzie mogą zwyciężać dzięki swoim nieczystym uczuciom, lecz nie mogą zniszczyć dzieła Bożego. Kara spadnie na tego, kto zgrzeszył i grzeszy. Lecz Dzieło nie grzeszy, a ty nie zgrzeszyłaś. Zatem nie zginie. Czy sądzisz, że skończyłaś być kuszona? Nie łudź się tym. I dlatego wezwałem cię dziś w ten sposób (30 marca, godz. 15,30), mówiąc ci, byś dała Mi swoje ręce, abym przelał w ciebie moją Moc. Ponieważ Ja wiedziałem i wiem, co rozpętuje się teraz nienawiści przeciw tobie, teraz gdy będąc wierną czterem cnotom kardynalnym, oprócz trzech teologalnych, zawiodłaś ludzi i zwyciężyłaś nową pokusę. Powinni ci dziękować, ponieważ uniemożliwiasz im grzeszenie i narażanie się na kary. Lecz kiedy ów Zakon miłował cię miłością sprawiedliwą? Kiedy ze sprawiedliwością? Który członek był dla ciebie świętym opiekunem? Interes, pycha, nieufność, oszczerstwo, kłamstwo — oto co kotłuje się w różnych sercach pod czarną szatą, która je okrywa. Lecz Ten, który zdemaskował uczonych w Piśmie i faryzeuszów, Ten, który jest zmęczony — od dwóch lat czuję odrazę do ich uczynków — odsłania ich, pokazuje ci ich. Oto oni, ludzie, ludzie, którzy już tak bardzo cię skrzywdzili, którzy zrujnowali Dzieło, którzy zadali ci tyle bólu, oto oni z ich prawdziwym obliczem złośliwych, bo zawiedzionych w swoich zamiarach. Pamiętaj! Pamiętaj! Był marzec 1947 roku i powiedziałem ci: "Ten, kapłan, który zanurza rękę w twoim talerzu i je chleb, jaki Ja ci dałem - moje Słowo - podnosi przeciw tobie swoją piętę i knuje w sercu rzecz niegodziwą, mówiąc: 'Po tym już nie powstanie'". Widzisz to? Nieważne. Powiedziałem ci to i powtarzam: zaprawdę, bycie rzecznikiem jest przypadłością, lecz bycie wiernym w sprawiedliwości jest tym, co trwa wiecznie. Zatem tylko o to jedno masz się troszczyć. Idźmy dalej. Rozpoznajmy innych moich nieprzyjaciół. Oto, na brzegach mego jeziora Galilejskiego, ci, którzy troszczą się o umarłych[2], by porzucić Życie. Są to wszyscy ci, pochłonięci ziemskimi sprawami, którzy tracą z oczu słuszny cel, dający wieczną nagrodę, aby podążać za celem, który kończy się tu, na ziemi. Grzebanie umarłych, zwłaszcza jeśli są to rodzice, jest dobrym czynem; lecz lepszym czynem jest podążanie za Bogiem, który daje życie duszy. Także wydanie tego dzieła jest rzeczą dobrą, bo dusze znajdą w nim życie; lecz posłuszeństwo Bogu, sprawiedliwości, bycie pokornym, roztropnym, pełnym szacunku wobec Ciała Mistycznego, jest rzeczą lepszą, bo daje nagrodę życia wiecznego. Nagrodę czystą od wszelkiego ludzkiego zarzewia. Zaprawdę, gdyby obecny pośpiech w druku wynikał z jednej tylko pobudki - z gorliwości, by dać pokarm duszom - ich nieposłuszeństwo byłoby jeszcze częściowo rozgrzeszone przez Boże i nieskończone Miłosierdzie. Lecz w tym obecnym pośpiechu jest wiele bardzo ludzkich nieczystości, wiele! A Ja, sprawiedliwy nie mniej niż miłosierny, nie mogę w prawdzie ich rozgrzeszyć, tym bardziej że oni, którzy powinni być światłem dla twojej duszy, solą, oparciem, przykładem dla ciebie i dla twoich świadków, stają się źródłem dymu, ciężarem, smakiem, który wypacza zdrowy gust, złym przykładem: jednym słowem - zgorszeniem. Wiadomo, jak Ja osądziłem[3] tych, którzy gorszą "małych". A jednak oto i ty spotykasz tych, którzy zajmują się rzeczami martwymi i chcieliby, abyś i ty się nimi zajęła, a którzy, mniej bohaterscy niż ów znad jeziora, nie potrafią podążać za moimi krokami, wyznaczającymi słuszną drogę, lecz zatrzymują się, by nieczystym uczuciem pieścić rzeczy martwe. Nie w taki sposób uzyskuje się od Nieba cud ich zmartwychwstania. Maria z Magdali, wielka grzesznica i wielka nawrócona, pokorna matka zmarłego z Nain, Jair, przełożony synagogi, uwierzyli ślepo moim słowom, nie chcieli działać sami, lecz pozwolili Mi działać, poszli za Mną z ufnością w wydawane przeze Mnie polecenia i otrzymali zmartwychwstanie swoich zmarłych. Czy ci, którzy chcą skłonić cię do czynów, które Ja radzę ci, byś ich nie czyniła, są może mądrzejsi od Boga? Potężniejsi ode Mnie? Przejdźmy dalej, nie zważając na szemranie, jakie moja odpowiedź synowi zmarłego ojca wywołuje wśród obecnych przy tym zdarzeniu. Szemranie głosu ludzkiego. A zatem nieistotne. Oto jesteśmy w moim mieście, Nazarecie. Także w nim jestem Nauczycielem i sprawcą cudów. Lecz ono Mnie nie kocha, i "z powodu[4] niedowiarstwa mieszkańców Nazaretu Chrystus nie uczynił w Nazarecie wielu cudów". Ono Mnie nie kocha, i gdy Ja mówię mu prawdę z miłości do mego miasta, które chciałbym świętym - prawda powiedziana temu, kto grzeszy, aby wyprowadzić go z błędu, jest zawsze miłością, i to najwyborniejszą - ono chwyta za kamienie, by Mnie ukamienować, i zawlókłszy Mnie na szczyt góry, próbowało doprowadzić Mnie do zguby. Także ty, w tym, co powinno być twoim miastem (Zakon Sług Maryi), nie jesteś kochana, i z powodu ich niedowiarstwa nie możesz dać im drugiego cudu - wyjaśnień Listów Pawłowych, które tylko Ja mogę uczynić jasnymi, w pełnej prawdzie i zgodności z myślą Pawła. A ponieważ mówisz prawdę, kamienują cię i chcieliby cię strącić w przepaść. Kamienie, owszem, ranią cię, lecz strącić cię nie zdołają, ponieważ ty przechodzisz ze Mną pośród nich. A jeśli się nie odmienią, nie tylko przejdziesz ze Mną, ale ze Mną odejdziesz daleko od nich. Brakuje już tylko kilku kropel ich złego płynu, by napełnić po brzegi kielich ich niedowiarstwa, ich braku miłości i mojej cierpliwości. Gdy się napełni, zabiorę cię ze sobą daleko od nich, aby dać ci przynajmniej spokojne przejście w ramiona Miłości, bez zakłócania twojej ostatniej godziny ich krzykami i niedobrymi czynami. Idźmy jeszcze dalej. Naprzeciw fałszywym przyjaciołom. Kim są? To uczeni w Piśmie, faryzeusze, saduceusze, herodianie, którzy zapraszają Mnie na swoje uczty, by potem krytykować Mnie i moich uczniów, gdyż ci nie dopełnili zewnętrznych oczyszczeń; albo szemrają, ponieważ Ja przebaczam grzesznicy, która ich przewyższyła, okazując Mi te oznaki szacunku, przyjęte wśród Żydów, jakich oni Mi nie okazali; albo wypytują Mnie o kwestie prawne czy duchowe, okazując pragnienie nauki, lecz w rzeczywistości żywiąc w sercu nadzieję, że zdołają Mnie przyłapać na błędzie; ani moje odpowiedzi wcielonej Mądrości i prawdziwego Syna Tory nie zdołały ich przekonać, że jestem zapowiedzianym Mesjaszem. Posłużyły raczej do stworzenia przeciw Mnie zarzutów oskarżenia, w noc między czwartkiem a piątkiem. Oto oni! Ci, którzy pytają Mnie, dlaczego moi uczniowie nie umyli się przed zasiadaniem do stołu, zapominając, że jeden z nich, Szymon faryzeusz, celowo nie dał Mi niczego, czym mógłbym się umyć i namaścić, według zwyczajów Palestyny, choć zapragnął mieć Mnie za swego gościa, a co więcej szemrał w sercu na naprawczy czyn pokutnicy; naprawczy, powiadam, wobec jej win, lecz także wobec winy jego samego: Szymona faryzeusza. Oto oni! Ci, którzy pytają Mnie o rozwód, ci, którzy kuszą Mnie w sprawie daniny dla Cezara, aby mieć zarzut oskarżenia, jaki mogliby zanieść przeciw Mnie do Piłata… O, przebiegli oskarżyciele, którzy pragną mojej śmierci, lecz nie chcieliby, aby to męczeństwo było niezgodne z prawem! Oto oni! Ci, którzy przywlekają do moich stóp cudzołożnicę w podwójnym celu… Ci, którzy gorszą się, gdy oczyszczam Dom Ojca mego, który stał się miejscem handlu, lichwy i targu. Ci, którzy udają, że nie rozumieją drugiego życia ciała po Sądzie Ostatecznym, zmartwychwstania, by zobaczyć, czy powiem herezję. Ci, którzy podstępnie każą Mi odpowiadać, które przykazanie jest największe. Ci, którzy mówią, że aby uwierzyć we Mnie, potrzebują znaku. Czy uwierzyli, gdy go otrzymali? Nie. Podobnie jak nie wierzą tobie, jak ci nie uwierzyli i nigdy naprawdę ci nie uwierzą, nawet jeśli mówią, że wierzą, iż jesteś moim rzecznikiem i że lekcje tego dzieła pochodzą od Mądrości, a mówią to, by zwieść cię co do swych prawdziwych zamiarów; albo wierzą i wierzyli, i będą wierzyć niestale, i tylko wtedy, gdy siła pewnych świadectw zegnie ich do ziemi jak pyszne drzewa, które gnie huragan, gotowi podnieść się na nowo i zaprzeczyć tej swojej przemijającej wierze, gdy tylko moc Boża przestanie na nich naciskać, a jej blask nie będzie już płonął groźnie przed ich obliczem. Przyjaciele? Nie. Przyjaciele nie dręczą podstępnymi pytaniami, by sprawdzić, czy uda im się wprowadzić w błąd, skoro błędu w piśmie nie ma. Przyjaciele nie zarzucają win nieprawdziwych, wiedząc równocześnie, że sami powinni być karceni za swoje niedobre czyny, które popełnili i popełniają, świadomi, że je popełniają. Przyjaciele nie stwarzają okazji do krytykowania działań Władz i buntowania się przeciw nim, zniekształcając prawdę o działaniach Władz, by potem donosić tymże Władzom o buntach czy krytykach podsycanych i wzbudzanych ich własnymi tendencyjnymi słowami. Przyjaciele nie buntują się, gdy sprawiedliwa gorliwość wymiata jak brud i niegodny handel to, co zajmuje ich duszę splugawioną zmysłowością umysłu. Przyjaciele nie udają, że źle rozumieją jasne wyjaśnienia, aby wysuwać zarzuty w nadziei, że doprowadzą cię do upadku w herezję. Przyjaciele nie zdradzają czynami niedozwolonymi, by potem mówić, że przyjaciel jest ich wspólnikiem. Przyjaciele nie przedstawiają przyjaciela jako szaleńca czy opętanego, kłamcę czy podstępnego. Wszystkich tych rzeczy prawdziwi przyjaciele nie czynią. Czy zatem ci, twoi fałszywi przyjaciele, są przyjaciółmi? Nie. Są kusicielami. Są oszczercami. Są zaprzeczającymi. Są przebiegli. Są złodziejami i kłamcami. Zamachowcami na twoje życie, które niszczą swoimi czynami, i na dzieło, które szkodzą swoimi czynami, a więc bezkarnymi mordercami i niszczycielami… Nie. Nie bezkarnymi. Mogli nimi być, dopóki trwała moja cierpliwość… nie po tym, jak się wyczerpała. Są bez miłości, a więc bez Boga. Czujni, jak i bardziej niż dawni stratedzy Świątyni, ale nie z pełnej czci miłości do Świętości Pana, prawdziwej Głowy Świątyni, lecz by szukać powodu, którym mogliby przekonać prostaczków o grzechu. Zawsze gotowi twierdzić nieprawdę, przeinaczać rzeczy, dodawać lub odejmować, żywiąc w sercu nieczysty zamysł. Ja nazywam ich "pożądliwymi". I są tacy w dwóch z trzech gałęzi przeklętego drzewa, które narodziło się w człowieku z ziarna zakazanego jabłka. Są nimi w pożądliwości oczu, ponieważ niezdrowa ciekawość i chciwość skłoniły ich do zajmowania się tobą, a pożądliwość oczu to ciekawość i chciwość. I są nimi w pożądliwości umysłu, czyli pysze żywota, aby uczynić dla ciebie jaśniejszym to oblicze ludzkiej pożądliwości. Jest ona dana przez egoizm, który nieokiełznana miłość własna wzbudziła w nich do tego stopnia, że uważają się za podobnych Bogu, a nawet do tego stopnia, by móc narzucać Bogu, by czynił to, czego oni chcą, tak jak całą swoją mocą starają się naciskać na bliźniego i zginać go, by uczynić z niego swego niewolnika, który im służy i lęka się, nie śmiąc zareagować na ich źle zamaskowaną przemoc. Z przeklętej gałęzi pożądliwości umysłowej zwisają zatrute owoce próżnej chwały, która, nieuporządkowanie się ceniąc, wymaga pochwał i podziękowań od każdego, komu ludzie próżnej chwały narzucają się z obłudnym pozorem świętości, rozciągniętym, by zakryć mroczną prawdę ich pożądliwej duszy. Pycha żywota gasi w nich Życie, które jest prawdziwą i nieskończoną chwałą, stawia Boga za jaźnią na drugim miejscu, czyni z człowieka, który powinien być sługą Boga, buntownika przeciw prawu Bożemu i sługę prawa grzechu. Ja brzydzę się nimi bardziej niż jawnymi wrogami, którzy mają odwagę pokazać, kim są, wiedząc, że za to są surowo osądzani przez dobrych. Nie kocham węży, które owijają się wśród kwitnących gałęzi, by ukryć swój prawdziwy wygląd i ukąsić, zanim zaatakowany zdąży się obronić. Nienawidzę obłudy jeszcze bardziej niż morderczej przemocy. Ponieważ pierwsza zabija nie tylko ciało i ludzkie życie, rzucając wyzwanie surowości praw, ale zabija, albo usiłuje to uczynić, dobre imię, szacunek, sławę sprawiedliwego, i to niekiedy na zawsze na Ziemi; morderczyni bezkarna, która nie przelewa krwi, lecz w prawdzie jest bardziej katem niż kat, morderczyni, którą tylko Bóg dosięgnie swoimi karami. Ale ileż zła, zanim zostanie ukarana przez Boga, ona czyni! Ileż dobra niszczy! Ileż bólu tworzy! Rozejrzyj się wokół siebie. Widzisz ich, twoich fałszywych przyjaciół. I znasz ich już bez żadnej możliwej wątpliwości. Bądź stanowcza, jak Ja byłem, w opieraniu się bez stosowania zasady odwetu[5], ale też bez schodzenia do targowania się z nimi, dla zdobycia ziemskiego pokoju. Byłby to podwójny błąd. Ponieważ twoja pobłażliwość utwierdziłaby w ich duszach ich niegodziwe wnioski wysnute przeciwko tobie. I ponieważ, nie mając ich mimo to za przyjaciół na Ziemi, straciłabyś wieczną przyjaźń twojego wiecznego Przyjaciela: twojego Jezusa. Ja ci to mówię: bądź stanowcza, nie mścij się, przeciwnie, przebacz, nie ustępując ich zamysłom, na tyle, na ile gruby jest włos z twojej głowy. I przebacz. Ty przebacz. Bóg potem uczyni swoją część. A teraz posuńmy się ku innym obszarom i naprzeciw innej klasie ukrytych wrogów. Tych, których Ja nazwę "przyjaciółmi niestałymi". Tych, którzy są uwiedzeni cudem, płomiennym blaskiem prawdy i mocy, snem nadziei i nadziejami triumfu. Tych, którzy podążają, dopóki nie ma niebezpieczeństwa w podążaniu, gotowych jutro odejść, jeśli pomyślą, że podążanie nie daje korzyści, a wręcz może przysporzyć kłopotów. Kim jest pierwszy, nie w porządku czasu, lecz wagi swego grzechu? To Piotr. Pierwszy z Apostołów, Skała, na której budowałem mój Kościół. Tak gotowy przyjść do Mnie, tak śmiały w obronie Mnie, w wyznawaniu prawdy o Mnie! A potem? A potem oto on, podły, kłamliwy, zdrajca, w duchu, swego Jezusa. "Nie znam tego Człowieka. Nie jestem Jego uczniem". Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, że w tamtej chwili Piotr był podlejszy od Judasza. Ponieważ Judasz miał odwagę swej zbrodni i choć wiedział, że odsłania się w całej swej grozie i naznacza się na zawsze pogardą świata, dopóki świat będzie istniał, rzucił wyzwanie wszystkiemu i przyszedł, w obecności ludu, którego reakcji nie znał, aby wskazać Mnie oprawcom. Tym czynem wyznał, że jest moim uczniem, nie zaprzeczył, że nim jest, był i chciał być znany jako "zdrajca" i "bogobójca". Piotr natomiast nie miał odwagi powiedzieć: "Jestem Jego uczniem, znam Go". Powinien był dodać: "I wyznaję, że On jest Sprawiedliwym, jak przystoi prawdziwemu Synowi prawdziwego Boga". Nie uczyniłby nic innego, jak tylko oddał cześć prawdzie, tej prawdzie, w którą zawsze wierzył, dopóki wiara w nią nie była niebezpieczna, tej prawdzie, która była chwałą także dla niego, ponieważ zaszczytem jest podążać za sprawiedliwymi i miłować ich, a najwyższym zaszczytem być uczniem Boga. Lecz on się zapiera… Oto jego Mistrz jest wleczony przed Sanhedryn jako złoczyńca, świętokradca, demon; a wystąpić przeciw Sanhedrynowi jest niebezpiecznie, i wystąpić przeciw motłochowi, który buntuje się przeciw temu, kogo jeszcze wczoraj wysławiał, jest również niebezpiecznie. Trzeba bohaterstwa, by bronić kogoś, kto popadł w niełaskę. A bohaterstwo rodzi się z życia wewnętrznego mocno karmionego miłością, czyli podtrzymywanego zjednoczeniem z Bogiem, oraz z miłującej i pewnej wiary w Przyjaciela. Piotr nie jest jeszcze utwierdzony w miłości i w łasce. Piotr jest jeszcze "człowiekiem" i ma w sobie egoizm i tchórzostwo człowieka, wiarę niestałą, przyjaźń chwiejną. Myśli o obronie przed możliwymi niebezpieczeństwami, a nie o obronie, choćby słowem, Przyjaciela. Pozwala, by o Nim mówili tylko wrogowie i przekupieni świadkowie. Przeciw ich kłamstwom nie podnosi swego szczerego i sprawiedliwego słowa. I tak nawet Piotr, który jeszcze kilka godzin wcześniej umoczył swój chleb w moim naczyniu, karmił się Mną i wyznał, że gotów jest oddać życie z miłości do Mnie, podnosi przeciw Mnie piętę, zapierając się Mnie i mówiąc: "Nie znam Go". Dlaczego Piotr popełnił ten grzech, on, już wyznaczony na Papieża Kościoła, który był już u progu swego założenia? Ponieważ był "człowiekiem cielesnym", którego próba i skrucha nie zdołały jeszcze przemienić w "człowieka wewnętrznego". Dlaczego Bóg dopuścił ten grzech u pierwszego Papieża Kościoła Chrystusowego? Ponieważ, "gdy się nawrócił[6], utwierdzał swoich braci", to znaczy, pamiętając o swojej słabości, swojej, jego, który przez trzy lata karmił się moją miłością i mądrością, umiał sądzić prawdziwą sprawiedliwością, bez nieprzejednania dawnego Izraelity i bez słabości niedoskonałego kapłana, winy swoich baranków, zawsze mniej winnych od niego, tylko dlatego, że nie karmili się bezpośrednio moim Słowem. A także dlatego, aby na jego przykładzie – jego, który zgrzeszył i został przebaczony, a potem, upokorzony i nawrócony, stał się "człowiekiem wewnętrznym i świętym kapłanem", prawdziwym Ojcem i Pasterzem synów Bożych i baranków mojej Owczarni – każdy Papież był, jak pierwszy Piotr, sędzią i ojcem, bez nieprzejednania i bez słabości, Dobrym Pasterzem, innym Mną, aby moja Owczarnia nie zginęła i aby moja Nauka nie została podeptana. Inni niestali przyjaciele: uczniowie, którzy porzucają Mistrza po mowie o Chlebie z Nieba. Dlaczego oni odeszli? Ponieważ Jezus przywołuje ich, by szli za Chrystusem nie według bodźców ciała, lecz według poruszeń ducha, to znaczy przez odrodzenie starego człowieka, na nowo narodzonego jako syn Boży za to, że uwierzył we Mnie i Mnie przyjął. Czyż nie powiedziałem Samarytance[7]: "Nadchodzi godzina, w której prawdziwi czciciele będą czcić Ojca w duchu i prawdzie"? A czyż nie powiedziałem Nikodemowi: "Kto nie odrodzi się w duchu, nie posiądzie Królestwa Niebieskiego"? A kobieta o nieczystym życiu, schizmatyczka co do religii, przyjęła moje słowo i odtąd czciła Boga w duchu i prawdzie. A wielki Nikodem, światło Sanhedrynu, przyjął moje zaproszenie i odrodził się, tak dalece, że jawnie był moim przyjacielem wtedy, gdy Piotr się Mnie zapierał. Dlaczego więc nie miałbym przywołać uczniów, którzy szli za Mną z powodu zbyt wielu rzeczy, które były próżnością, a nie duchem i prawdą? Lecz była w nich pycha bycia "uczniami" i, mniemając, że przez to są już ugruntowani w Królestwie, oto buntują się przeciw Mistrzowi i chcą być dla Niego mistrzami, w sporze, z którego wynika ich niepewna wiara we Mnie, ich niedoskonałe uformowanie i, co gorsza, ich wola, by nie zostać przeze Mnie udoskonalonymi. To dawny grzech, który powraca. Zawsze ten sam. Duch Zła szepcze im do uszu swoją pieśń, a oni ją przyjmują, czują się bogami, sądzą, że potrafią obejść się bez mistrzów, i odchodzą. I odchodzą! Dokąd? Tam, dokąd idą wszyscy, których unosi pycha, których upaja prawo ciała: daleko od drogi i bliskości Boga. Znacznie mniej ciężka w swojej niestałości jest postawa bogatego młodzieńca[8], który, choć przyciągany przez Mistrza, jest równie przyciągany przez bogactwa, i pochwycony między dwoma przeciwnymi prądami, woli poddać się temu wygodniejszemu: rozkoszować się bogactwem. Inny przykład, lecz poważniejszy, ponieważ niestały jest tu ktoś, kto otrzymał ode Mnie wielki cud i kto niejednokrotnie się do Mnie zbliżał – to przykład Chuzy. On także jest po mojej stronie tak długo, jak trwa w nim pamięć o jego lękach o chorą żonę i jak długo bycie moim prawdziwym przyjacielem nie mogło zagrozić jego stanowisku na dworze. Lecz gdy Herod przestał się Mnie bać, ponieważ byłem w jego ludzkich oczach zwyciężonym, trędowatym, szaleńcem, przeklętym, wyklętym przez Świątynię i Naród, a co więcej, nie bojąc się Mnie już i czując się urażony moim milczeniem, znienawidził Mnie mocno – oto Chuza, który już wcześniej dał się wciągnąć w pułapkę moich wrogów, wciągając Mnie do swego domu na ucztę, na której podstępnie zaproponowano Mi królestwo – bardzo ludzkie i nikczemne królestwo – zwraca się przeciwko Mnie aż do karania własnej żony za to, że pozostała Mi wierna, i nie nawraca go ani moje zmartwychwstanie, ani żaden inny cud. Człowiek zaślepiony fałszywymi wartościami, który porzuca rzeczy pewne i wieczne dla niepewnej łaski króla i przemijającej potęgi urzędu na dworze! Iluż takich zwolenników tego, co daje ulotny zaszczyt, tego, co jest łańcuchem nawet dla wolnej woli i sądu duszy i umysłu, iluż sług, a raczej niewolników własnej pychy, mam Ja pośród moich własnych kapłanów! Oto moi niestali przyjaciele. Czy rozpoznajesz w nich postacie twoich? Oto ci, którzy poczuwszy się wywyższeni w znaczeniu dlatego, że byli twoimi przyjaciółmi, są gotowi powiedzieć: "Nie obchodzi mnie to stworzenie. Nie znam jej i nie chcę jej znać". Oto ci, którzy okazywali ci miłość, dopóki mieli nadzieję, że twoje światło otoczy ich aureolą chwały, a twój trud przyniesie im pożytek, lecz których prawdziwe uczucie objawiło się wtedy, gdy twoje światło przesłonił osąd wywołany bardziej przez nich i ich czyny, zawsze przeciwne moim radom, niż przez jakikolwiek inny powód, i którzy teraz nie okazują ci miłości, zaprawdę nie, nie okazują ci miłości. Oto ci, którzy z ogłoszeniem się czekali… by nie mieć miłosiernej odwagi wspierać ciebie, dopóki twój triumf jest niepewny. Oto ci, którzy między niesprawiedliwym bogactwem a prawdziwym bogactwem służenia Bogu w Jego narzędziu, przedłożyli wygody tego pierwszego, unikanie kłopotów… Oto ci, którzy przywołani do obowiązku bycia "duchowymi", będąc cielesnymi, wolą odejść sami, swoją własną ścieżką, która nie jest już tą, którą Ja wskazałem. Oto ci, którzy po tak wielu otrzymanych dobrach ode Mnie i od ciebie, porzucają przyjaźń Króla królów i Jego wiernej, by przypodobać się swemu wewnętrznemu królowi, i po ofiarowaniu ci aureoli ze słomy i kwiatów, które dziś są tym, czym są, lecz jutro są ściółką, a potem już niczym więcej nie są, zwracają się przeciwko tobie, bo ją odrzucasz, przedkładając nad nią cierniową koronę doskonałości i wiecznej chwały, i wieńczą cię koroną szyderstw… Och! Pozwól im czynić! I pozwól im odejść! Powiedziane jest[9]: "Biada samotnym". Lecz lepiej być samotną, niż mieć przyjaciół, którzy kuszą do zła. Lepiej być uwieńczoną koroną szyderstw, które opadną jak martwe liście, a nawet już opadają, gdy Ja zechcę sprawić, by zajaśniała prawda, niż nosić fałszywą koronę, która może zwieść tylko głupców i cielesnych. Ta mroczna godzina będzie tą, która da ci doskonałe światło tu i w życiu przyszłym. Ja ci to mówię. A teraz przyjaciele zdrajcy. Judasz jest ich doskonałym wzorem. Lecz wszyscy ci, którzy po otrzymaniu dobrodziejstw zwracają się, by oskarżać nieprawdziwymi oskarżeniami, są ich naśladowcami. Ja ich miałem. Ty ich masz. Ja miałem doskonały wzór w chciwym pieniędzy i w zawiedzionym w swoich pysznych zamysłach. Ty również, w takich. Ja – w tym, który był mi drogi jak brat. Ty również. Zdradził Mnie znakiem miłości. Fałszywymi znakami miłości zdradzili ciebie. Nazywał siebie moim wyznawcą, a wskazał na Mnie jako na szatana. Tobie również mówili, że wierzą, iż jesteś narzędziem Boga, lecz gdy, by nim rzeczywiście być, sprzeciwiłaś się ich zamysłowi, oto powiedzieli ci, i mówią, że jesteś narzędziem szatana. Nazywał siebie zwiedzionym przez moją Mądrość, lecz otwarcie nazwał Mnie szalonym, gdy zawód i gniew, z powodu zamysłów, które miał w sercu, i ich ujawnienia, uczyniły go wrogiem Boskiego Przyjaciela. Tobie również mówili, że są zwiedzeni przez Mądrość, która przemawiała w tobie, czyniąc cię swoim rzecznikiem; teraz, zawiedzeni i zdemaskowani, mówią, że jesteś obłąkana, nienormalna zarówno z powodu wady wrodzonej, jak i chorób, które pogłębiły twoje upośledzenie umysłowe. Kusił Mnie do grzechu, ponieważ nie mógł przyznać, że jestem ponad grzech, będąc Bogiem i będąc Człowiekiem sprawiedliwym, doskonale sprawiedliwym, dobrowolnie sprawiedliwym. Kusili cię do grzechu, nie w ten sam sposób, w jaki kuszony był Judasz, lecz w tym, na czym im zależało, w podwójnym celu: osiągnięcia swego wyrachowanego i pysznego zamiaru oraz zdobycia ważnego dowodu, by móc osądzić cię jako winną, w szalonym śnie, że gdy ty zostaniesz usunięta, przypadnie im większa i swobodniejsza korzyść oraz pycha. Zaprawdę, trzydzieści srebrników było kamieniem, który Judasz zawiesił sobie na szyi, aby runąć w otchłań, a szalona nadzieja triumfu w jakikolwiek sposób - skoro nie mógł być "wielkim" u boku Chrystusa Króla Izraela - była powrozem, który uczynił go samobójcą, pozbawionym Życia i życia, martwym, martwym, martwym na wieki, szatanem, szatanem, szatanem na wieki, drugim Lucyferem wobec Boga Syna, tak jak pierwszy Lucyfer był wobec Boga Ojca-Syna-Ducha Świętego, obaj zbuntowani, pyszni, chciwi, i obaj rażeni piorunem, Archanioł i Apostoł, przez Sprawiedliwość Bożą. Lecz cóż innego teraz? I zaprawdę, gdyby twoja modlitwa nie wstawiła się, by dać im czas na nawrócenie, kara już spadłaby z Nieba. Tak jak Judasz, aby usprawiedliwić swoje niegodziwe postępowanie, wszelkimi sposobami starał się nadać Mi pozór grzesznika, tak by mógł uchodzić za sprawiedliwego, który z bólem działa przeciw przyjacielowi, by oddać cześć Bogu, by przekonać niezdecydowanych, że Ja jestem fałszywym Chrystusem, i by umocnić przeciwników, wieńcząc swój szalony sen - tak samo inni [czynią] z tobą. Nadeszła godzina, którą przepowiedziałem ci dwa lata wcześniej. Wystarczy, że przeczytasz ponownie tamte moje słowa, by wiedzieć, dokąd doszli, bez konieczności, bym Ja kontynuował porównanie, które udręcza ciebie, a Mnie napawa odrazą. Inna broń tego, kto nie jest sprawiedliwy i nie ma odwagi ponieść konsekwencji swoich niesprawiedliwości: wtedy przy pomocy łez i pozornych odwołań do uczuć stara się uciszyć lub powstrzymać słowa i czyny tego, kto słusznie wypełnia swoją misję, która niedoskonałym się nie podoba. Pułapka uczuć! Kuszono Mnie, bym nie był Chrystusem, poruszając we Mnie lękami mojej Matki i moim obowiązkiem bycia Jej synem według ciała. Znana jest moja odpowiedź[10]: "Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy pełnią Wolę Bożą". Bardziej niż Matka droższa Mi była ta Wola. Dla wszystkich prawdziwych dzieci Bożych ponad wszystko inne musi być ta Wola, czy będzie słodka, czy gorzka jak kielich Getsemani i gąbka z żółcią na Krzyżu. Także ciebie chcieliby zmusić do milczenia lub do odstąpienia od drogi, którą obrałaś, przywołując miłość, jaką ci okazywali, i trudy podjęte[11] dla ciebie i dla dzieła. Nie. To nie jest miłość, ani nie są to trudy podjęte z miłości do ciebie. Miłość to szacunek i wyrozumiałość, to pragnienie, by nie wyrządzić szkody ani bólu temu, kogo się kocha. Ty ich kochasz, ty, która choć rozdzierana na tysiąc sposobów przez ich czyny, chcesz ich zbawić, sprawić, by nie cierpieli, i bronisz ich, jakby byli twoimi dziećmi… O, biedna, która jeszcze nie poznałaś otchłani ich serca! Mówią, że cię kochają, mówią, że przypominają ci swoją miłość, ale odwołują się do niej, by sparaliżować twoje działania i słowa, które mogłyby stać się przyczyną ich ukarania, i kagańcem oraz łańcuchem, co dławi ich słowa i uniemożliwia im nowe czyny. Niczym się nie przejmuj i niech nic nie skłania cię do kompromisów, z których potem nie czułabyś się szczęśliwa. Nie raduj się ich łzami, mniej lub bardziej szczerymi, ani ich świadectwami uczucia, mniej lub bardziej szczerego, lecz niech też ten płacz czy te świadectwa nie powstrzymują cię od działania zgodnie ze sprawiedliwością. Niech nawet nielogiczny lęk przed uchybieniem miłości nie powstrzymuje cię, gdy wszelka cierpliwość i perswazja wyczerpią się na próżno. Nauczałem[12]: "Jeśli twój brat zgrzeszył przeciw tobie, idź i upomnij go sam na sam, tylko między tobą a nim; jeśli cię usłucha, pozyskałeś swego brata. Jeśli cię nie usłucha, weź ze sobą świadków, aby na podstawie ich słów wszystko zostało ustalone. Jeśli nie ustąpi i się nie nawróci, oznajmij to Kościołowi; jeśli zaś nie ustąpi i nie usłucha nawet Kościoła, uważaj go za poganina i celnika". Oto dlaczego od lat wybrałem ci świadków. A teraz ci mówię: niech wejdą oni w czynne działanie, będąc obecnymi i przemawiając także za ciebie, aby ci, którzy nadużywają twojej cierpliwości, wychowania i szacunku dla szaty kapłańskiej, poczuli się nieswojo wobec innych, którzy nie są tobą… Nie jest brakiem miłości być sprawiedliwym wobec winnych, sprawiedliwym poprzez wypełnianie sprawiedliwości w każdym działaniu. Czy może zabrakło Mi miłości wobec mojej Matki, gdy wypełniałem heroiczną sprawiedliwość czynienia całej Woli mojego Ojca? Nie, zaprawdę. Owszem, czyniąc to, z Niej, Niepokalanej, uczyniłem Ją Współodkupicielką. Ukoronowałem Ją tym drugim chwalebnym wieńcem, którego inaczej by nie miała. Ona zaś nie odmówiła przyjęcia go, choć był to wieniec niezmierzonego bólu. Patrz na Nas. Ja: Syn, który nie wyrzeka się umiłowanej Matki, lecz stawia ponad Nią Wolę Bożą, ponieważ ta wola musi mieć pierwszeństwo przed miłościami, pragnieniami, prawami ludzkimi, nawet najświętszymi. I spójrz na Nią: Matkę, która nie powstrzymuje Syna od wypełnienia Woli, dla której przyoblekł się w ciało. Odziej swoje serce w nasz heroizm i działaj z prawdziwą miłością. Cierpliwość staje się głupotą, a głupotą staje się sama miłość, gdy nie są złączone ze sprawiedliwością. Ja, Cierpliwy doskonały, gdy widziałem, że osiągnięto granicę, poza którą cierpliwość i miłość zmieniłyby się we współudział i niesprawiedliwość, oddzielałem się od winnych po surowych słowach. Nie ma miłości, choćby największej, która mogłaby przyzwolić na występek ukochanego. Zapamiętaj to. Działa się. Potem modli się o odkupienie winnych. Lecz działa się. Zawsze. Bo niedziałanie oznaczałoby chęć bycia ich wspólnikiem. A teraz, gdy dalekie i bliskie zapowiedzi naszej Męki zostały już przekroczone, gdy poznaliśmy oblicze, zwłaszcza duchowe, naszych nieprzyjaciół, zanim zanurzymy się w prawdziwą i właściwą Mękę, zatrzymajmy się, by kontemplować nielicznych naszych przyjaciół. Niewielu, a z tych nielicznych, bardzo niewielu miałem wśród kapłanów i doktorów [Prawa]. Lecz ci nieliczni byli dobrzy. Oto pośród tych nielicznych: Jair, Józef i Nikodem, oraz kilku innych, wśród nich dobry uczony w Piśmie. A ponieważ jestem sprawiedliwy, zaliczam do nich także wielkiego Gamaliela, choć może się to wydać dziwne powierzchownym. Jego prawdziwa sprawiedliwość sprawiła, że był nieobecny przy moim skazaniu. Był to czyn wielki i poważny w tamtej chwili i wobec tamtego zgromadzenia. I wspomniałem o tym w moim Sercu udręczonym tak wielką nienawiścią, zdradą, winą całego ludu, mojego Ludu, przeze Mnie nauczanego, obdarzanego cudami, umiłowanego, moich uczniów, a bardziej niż uczniów - moich wybranych, teraz rozproszonych, ponieważ Pasterz został pojmany… Wszyscy poza nielicznymi przeciwko Mnie! Mój Lud! Moja Jerozolima! Wspomniałem gest Gamaliela, największego z rabinów Izraela, Żyda aż do najgłębszego szpiku kości, zrośniętego z tradycją, zamkniętego wręcz w niewzruszonym jaspisie starej doktryny, lecz zawsze sprawiedliwego. Nie był mi ani przyjacielem, ani wrogiem, gdy byłem wolny i silny. Oczekiwał znaku, by uwierzyć, że Ja jestem Mesjaszem. Lecz gdy zobaczył Mnie w niesprawiedliwej szacie złoczyńcy, choć jeszcze nie wierzył, że jestem Chrystusem, wyszedł jednak ze swej powściągliwości, by przywołać do przestrzegania prawa sędziów upojonych nienawiścią. Gdyby potrafił uczynić słusznym swe niezachwiane przekonanie o świetlanych słowach mądrego Dziecięcia podczas dalekiej Paschy, byłby na Golgocie razem z Józefem i Nikodemem. Ale jego wiara była zbyt związana, i dlatego stanowiła przeszkodę w dostrzeżeniu prawdy. Także ty masz niektórych, którzy przez sztywność wiary stwarzają sobie przeszkody w dostrzeżeniu prawdy. I to zarówno co do ciebie, jak i co do Dzieła. Oczekują znaku. Jak oczekiwał go Gamaliel. Umieszczaj ich jednak zawsze w gronie przyjaciół, nawet jeśli nie wydają się nimi być, bo nadmiar sprawiedliwości czyni ich powolnymi w rozpoznawaniu prawdy. I módl się, aby i im niebiańskie wstrząśnienie trzęsienia ziemi rozdarło potrójną zasłonę rozpostartą nad świętym świętych ich sprawiedliwego i zamkniętego ducha, i aby ujrzeli prawdę o tym Dziele i o tobie, moja rzeczniczko, i by nie na próżno był nasz trud Dyktującego i piszącej. A teraz oto przyjaciele świeccy, liczniejsi, choć pozornie mniej święci, bo świeccy, a także pochodzący z regionów uznawanych za "anatema" przez "świętych" Izraela. Łazarz, przyjaciel wszystkich godzin i wszystkich okoliczności, oraz jego siostry; i mieszkańcy miejscowości wybrzeża, gór i jeziora, oraz ci z Samarii, w większości przypadków lepsi niż sami moi rodacy; ci z Efraim, gościnni wobec Prześladowanego, w którego uwierzyli bez żądania znaku, by uwierzyć. Także ty wśród świeckich znalazłaś takich, którzy potrafili uwierzyć bez żądania znaku, tego znaku, jakiego – nie ze złej woli, lecz z nadmiaru roztropności – żądają inni, niebędący świeccy. Ale tym, jeśli potrafią widzieć, dałaś znak. Zarówno tym spośród nich, którzy są sprawiedliwi, jak i tym spośród nich, którzy wyrządzają ci tak wiele zła, bo sprawiedliwi nie są. Znak jest taki: twoje poszanowanie Kościoła, które jest pewnym dowodem, że Ja jestem twoim Mistrzem; bo gdyby duch zwiedzenia cię pouczał, inne byłyby twoje obecne czyny, ponieważ, zaprawdę, Ciemności nie mogą uczyć poszanowania Światła, a demon nie byłby już demonem, gdyby pouczał dusze o Dobru. I jeszcze to: spełnienie się moich dawnych słów, dla ciebie wręcz niezrozumiałych, tak bardzo niemożliwe wydawały ci się powiedziane rzeczy. Ale były prawdą, gorzko to stwierdzasz. Tylko Bóg przepowiada prawdę. Szatan zawsze kłamstwo. On oszukuje, aby zniszczyć. Bóg nie oszukuje, lecz poucza swoich umiłowanych, aby byli przygotowani znieść gorycz rozczarowania i umieli sobie z nią poradzić. I jeszcze to: twoja umiejętność godzenia miłości i sprawiedliwości, bez nienawiści, owszem, z przebaczeniem, lecz bez ustępowania nawet pod ciężarem zniewag i oskarżeń, i w wirze podstępów, które cię dosięgają i osaczają ze wszystkich stron. I jeszcze to: to, że umiałaś oprzeć się każdej pokusie… Och! potrójna pokusa[13] przedstawiona na nowo, i tym razem nie przez Szatana, lecz przez ludzi, przez tych, którzy chcieliby nazywać cię szatanem, lecz są jego sługami, bo kuszą ciebie, bo są zbuntowani, bo chciwi, pyszni, kłamliwi. Potrójna pokusa powracająca pod koniec, tak jak na początku, i zawsze po to, by strącić cię z miłości Boga i z osądu ludzi. I tak bardzo szaleńczymi czyni ich prawo, które nimi rządzi, a które nie jest prawem człowieka duchowego, że nie zastanawiają się, iż twój upadek byłby "kresem" każdego z ich marzeń o zysku, o zaszczytach, o pysze, marzenia, które chcieliby uczynić w tobie rzeczywistością, aby oni sami mogli dojść do rzeczywistości swego marzenia. Zysk-chwała-pycha zgięcia Boga i Kościoła do swoich zachcianek, równe chlebowi ofiarowanemu memu wielkiemu głodowi po poście, równe królestwom ofiarowanym Mi przez odwiecznego kusiciela, równe myśleniu, że Ojciec powinien ocalić nierozważnego Syna, który z zuchwałości rzuciłby się z najwyższego szczytu Świątyni. Nigdy, Mario, nigdy, nigdy, nigdy nie bądź zuchwała. Bóg jest Ojcem opatrznym. Lecz nie sprzyja głupotom i zuchwalstwu. Bóg cię kocha, bardzo. Lecz to nie powinno skłaniać cię do mniemania, że możesz ważyć się na wszystko. Bóg ci pomaga i będzie ci pomagał, zawsze, lecz jeśli pozostaniesz Mu córką i poddaną, miłująco wierną. Gdybyś jutro podniosła czoło przeciw swemu Bogu, uwiedziona pychą płynącą z poczucia, że jesteś tak bardzo kochana, przydarzyłoby ci się to, co Lucyferowi, Adamowi, Judaszowi, i mając za rażonym piorunem czołem myśli pozbawione łaski, poszłabyś drogami już nie rozświetlonymi miłością, prawdą, sprawiedliwością, lecz ścieżkami mrocznymi, pełnymi głosów i odorów ciała i krwi, oraz głosów i odorów Szatana, odwiecznego czyhającego na człowieka wroga, który, jeśli się nieustannie nie czuwa, staje się jego łupem, a potem martwym dla łaski, jakimś mieszkańcem królestwa, które nie jest Niebem. I wraz z tą odnowioną potrójną pokusą miałaś, i masz, swoją najboleśniejszą godzinę Getsemani; i jeśli nie twoje ciało, to twoje serce pociło się krwią. Bo Getsemani jest tym: walką, którą jaźń toczy między wolą przedstawioną przez Boga a tą, którą proponuje Szatan, albo ludzie, albo niższa część tej samej jaźni, a te trzy ostatnie skłaniają człowieka do przedkładania miłości cielesnej i do troski o rozkosz oraz o dawanie rozkoszy własnemu jestestwu, zamiast przedkładać rzeczy dające rozkosz nadprzyrodzoną i niezniszczalną, którą to rozkosz nadprzyrodzoną i wieczną zdobywa się nie przez ustępowanie jaźni cielesnej ani przez przyzwalanie na głosy świata i szatana, lecz przez życie ofiary i cnoty, gdyż cnota i ofiara są zawsze złączone i zawsze są tam, gdzie jest posłuszeństwo Woli Bożej. Jakakolwiek by ona była. Ta walka, między Wolą Bożą a wolami z dołu, tłoczy nas jak grona winne w prasie, miażdży nas jak oliwki w tłoczni, miele nas jak ziarno wzięte między kamienie żaren. Lecz jak winogrono trwa nadal, stając się winem, i tak samo oliwka, stając się oliwą, a ziarno staje się użyteczne, gdy stanie się mąką, podczas gdy oliwka, winogrono i ziarno, stając się łupem pleśni czy robactwa, zginęłyby, nie posłużywszy niczemu, tak samo dzięki ofierze i przez ofiarę człowiek staje się obywatelem wiecznego Królestwa, po tym jak swoim heroicznym przykładem był użyteczny dla braci. Bolesne jest nieustanne ofiarowanie się dla celu nadprzyrodzonego. Wiem o tym. Poznałem je, i to w mierze, którą tylko Ja wyczerpałem, przed tobą. A czyni je jeszcze boleśniejszym mętna bierność ludzi, którzy zamiast wspierać nas swoją przyjaźnią w godzinach najzacieklejszej walki, albo śpią, albo nas opuszczają, albo – ból w bólu, tortura w torturze – zdradzają nas, nasyciwszy się nami, naszymi modlitwami, naszymi słowami, naszą miłością, a w odpowiedzi na naszą miłość dają nam niewdzięczne ukąszenie węża, który mści się na tym, kto go podniósł i ogrzał na swym sercu, uniemożliwiając mu wprawdzie szkodzenie, ale też i umieranie. Umieranie w duchu, w naszym przypadku… Och! jakże miłość największa, gdy jest dawana – myśląc o najświętszym przykazaniu podwójnej miłości – temu, kto nie jest otwarty na miłość, przemienia się w niechęć, która rani dawcę. Och! jakże wierność wobec Boga czyni nas niewiernymi przyjaciołom, aż czyni z nich naszych katów. Ale znoś to. Wszystko służy temu, by bardziej przyozdobić szatę weselną. Wszystko: pokusy doznane i nieposłuchane, zniesione oszczerstwa, okrutne zdrady, zemsty rozczarowanych. Wszystko. Och! Mario, mój fiołku, którego chcieli wyrwać z mojej ziemi, by rzucić cię na ścieżkę, po której nie chodzi twój Jezus, i którzy, by zemścić się za to, że jesteś tak ściśle zakorzeniona w mojej Skale (Kościele), okryli cię plwocinami swoich oszczerstw i przygnietli pod swymi kulawymi stopami, mając nadzieję, że potem nie będziesz mogła już zakwitnąć, fiołku mój – spójrz, na co przydał się ich czyn. By uczynić cię piękniejszą i bogatszą w kwiaty. Twoja roślina karmiła się tym cierpieniem i wiernością, twój płacz zrosił perłami jej łodygi, krew twego serca zranionego tyloma zdradami odżywiła jej korzenie, żar twojej miłości do przyjaciół i nieprzyjaciół, do mojego mistycznego Ciała i do twojego Boga, sprawił, że rozwarły się jej pąki. Jesteś cała rozkwitnięta i jesteś w pokoju istot, które podążyły drogą sprawiedliwości, będąc za to prześladowane. I w tym twoim radosnym pokoju wznosisz się ku Królestwu, które jest już twoje i z którego twoje Słońce całuje cię swoją Miłością. Ale wróćmy do przyjaciół świeckich, którzy nie żądają znaku, by ci uwierzyć, tak jak nie żądali go ode Mnie, do prawdziwych przyjaciół wśród świeckich. Wśród nich, którzy nie są Świątynią i Jerozolimą, lecz sprawiedliwymi rozproszonymi wszędzie, albo spragnionymi sprawiedliwości — a Ja zaiste znalazłem ich liczniejszych w Samarii i w Syrofenicji, czy u Rzymian, niż wśród Żydów — znajdujesz to, co Ja znalazłem: szacunek, szczerość w miłości, albo w braku miłości, który jednak nie staje się nienawiścią, pragnienie karmienia się Słowem, by mieć z niego światło i nawrócić się do Pana, zagubione owce, które wracają do Pasterza, wilki, które stają się owcami, ślepych, którzy odzyskują utracone Światło, zgaszone lampy, które płoną tym mocniej, oświecając. Oto przyjaciele świeccy, na twoje pocieszenie. Twoja myśl myśli: "A zatem dlaczego nie powierzyć mnie im? Dlaczego dawać mi poznać te ostatnie bolesne doświadczenia?". Posłuchaj: pewne dusze rzuciły Mi wyzwanie nieraz, mówiąc w swoim sercu: "Bóg tego chce i grozi przykrymi rzeczami, jeśli nie uczyni się tego, czego żąda? Cóż, ja czynię to, co mi się podoba. Nie wierzę i nie ustępuję", i szydziły z Boga. Inne dusze powiedziały: "Z tego niezwykłego faktu, który wpadł mi w ręce, spłynie na mnie blask", i popadły w pychę. Jeszcze inne, które Ja tym środkiem starałem się uleczyć z ich racjonalizmu, jałowiącego w ich duchu cnoty wlane i dary Parakleta oraz łaskę stanu, tak wielką, uczyniły z każdego mego światła przedmiot analizy, badały nie w świetle płomieni miłości, lecz bladym i zimnym promieniem swojej ludzkiej wiedzy; a ze swego racjonalizmu, ze swej wiedzy uczyniły szaniec przeciw mojej Mądrości, która chciała w nie wejść, aby je ożywić na nowo, i ze zbawiennego środka uczyniły zło… Ale nie będą mogły wyrzucać Mi, że nie uczyniłem wszystkiego dla ich dobra… Jak uczyniłem z Judaszem (i innymi jeszcze Mi niewiernymi), przez trzy lata bez paru miesięcy starałem się sprowadzić ich z powrotem na drogę sprawiedliwości, a przede wszystkim miłości, w tym celu, by przebaczyć im: pierwszym — ich dawne i powtarzane zarozumiałości, drugim — ich głupią pychę, trzecim — ich bunty, ponieważ jest to bunt jeszcze cięższy: nie chcieć przyjąć rad Słowa, ponieważ analizując je matowym szkłem swego racjonalizmu, uznali je za głupie i niewarte uwagi, tak jak potem osądzili inne rady i nakazy, którym powinni byli się poddać, by nie dawać zgorszenia maluczkim trzody. Tak wielki bunt doprowadził ich do ciężkiego przekroczenia czterech z dziesięciu przykazań Bożych, do wykroczeń przeciw Kościołowi i Regule, do wykroczeń przeciw podwójnej miłości: tej ku Mnie, nazwanemu "Szatanem, który cię podburza", i ku tobie, nazwanej "opętaną przez szatana"; Mnie dlatego, że demaskuję ich złe czyny, ciebie dlatego, że nie uginasz się przed ich zachciankami. Wiedziałem, że moje miłosierdzie nie wyda owocu. Ich grunt był zawalony zbyt wieloma rzeczami, by moja dobroć mogła się w nim zakorzenić, uświęcając ich. Ale jak miałem litość, aż do ostateczności, nad Judaszem, tak miałem ją i nad nimi, aby nie mówili: "Gdyby Bóg nam pomógł…". Bezużyteczna jest pomoc Boga, jeśli człowiek jej nie przyjmuje. A ta moja pomoc, im, na co się przydała? Na nic, ponieważ nie została przyjęta. Owszem, ich dusza, zamiast wyjść z siebie, by zjednoczyć się i przemienić we Mnie, który tak potężnie im pomagałem, coraz bardziej się zamykała i pogrążała, oddzielona ode Mnie. Stawali się coraz bardziej ludźmi, a coraz mniej chrystusami, im bardziej objawiała się im moja cierpliwa dobroć. Czy mogłem temu zapobiec? Zostawiam człowieka wolnym w działaniu, gotów mu pomóc, jeśli zwraca się ku dobru. I ich również pozostawiłem wolnymi w działaniu. A aby przeszkodzić, by ich oskarżenia oraz oskarżenia całego Zakonu wobec ciebie — chwiejna, nieszczera, obłąkana, wyzyskująca, impulsywna i inne jeszcze — miały pozór prawdy, uznałem za konieczne pozwolić im zejść aż do samego dna. W ten sposób złoto oddzieliło się od blichtru, a prawda o tobie i o nich staje się wyraźna. I nikt, kto jest sprawiedliwy, nie będzie mógł uwierzyć, że zdradziłaś ich i Zakon, ponieważ jesteś chora na umyśle, moralnie, duchowo, jak się mówi; lecz sprawiedliwi powiedzą, że musiałaś działać, by bronić Boga, Kościoła i swojej duszy, a wraz z nią i Dzieła, teraz gdy ich zejście w otchłań, która byłaby niedozwolona dla kogokolwiek ze względu na czyny, jakie się w niej popełnia, dała miarę ich moralności. Zaprawdę nikczemność, do której doszli, przekracza nikczemność ludzką, jest już stopiona z nikczemnością pozaludzką, ponieważ jeśli to, co uczynili, jest hańbiące dla każdego człowieka, to zaprawdę, popełnione przez nich, staje się nie tyle hańbiące, co świętokradcze — zarówno ze względu na sprawcę, jak i na przedmiot. A cóż powiedziałem 21 listopada (1948)? "Zostanie zabrana sakwa i laska pielgrzymia. Opuścimy Jerozolimę, by udać się do Efraim". Było to jasne ostrzeżenie i powinni byli zrozumieć, gdyby zbadali się z pokorą. Lecz dla słuchu poruszanego jedynie przez ludzkie względy, te słowa napomnienia miały wartość bodźca do przyspieszenia ich niedobrych czynów. A jak zrozumieli pozostałe, na później, po nieodwołalnym wyroku Kościoła? Jako użyteczny pretekst do doprowadzenia do końca swego zamysłu, co ujawnia, że nigdy nie zrozumieli prawdziwej natury Dzieła. I tak bardzo uczyniło ich szalonymi to pragnienie działania, że aby przekonać cię do swego zamysłu, bez litości dla rany, jaką ci zadawali, przysięgali, że jest potępieniem dla ciebie i Dzieła to, co takim potępieniem dla ciebie i Dzieła nie jest. Ty, zdezorientowana moimi i ich słowami, spojrzałaś na swego Mistrza i przyjęłaś Jego Słowo, choć jeszcze niezrozumiałe dla twego ducha oszołomionego bólem i zdumieniem. Niemal ślepy był twój umysł od bólu i od ich podstępnych słów; lecz dzięki duchowi, który miłość utrzymuje jasnowidzącym i ufnym, nie pobłądziłaś, idąc za prawdziwym Przyjacielem, o którym teraz wiesz, dokąd cię prowadził: do najgorzkiego poznania, do najsilniejszej próby, obu jednak koniecznych. Niemal ślepa, do tego stopnia, że widziałaś jedynie intensywny blask Prawdy, nie mogąc go odczytać, lecz wystarczający, by utrzymać cię na właściwej drodze podczas tej przejściowej ślepoty. Oni, dobrowolnie ślepi, ślepi całkowicie, do tego stopnia, że mieli ślepą nawet myśl, tak iż nazywali dobrym to, co nie jest dobre, i odrzucali jako wrogą moją i twoją miłość, która chciała przywrócić ich Światłu. Moje i twoje słowa, echo moich, twój coraz bardziej wytrwały opór, słowa innych, wszystko to, co miało być światłem i porządkiem pośród ich ciemności i chaosu, stało się grubą łuską, która pomnożyła ciemność, i nieładem dodanym do chaosu, aż doprowadziły ich do ostatnich, najbardziej nieuporządkowanych czynów przeciwko prawu Bożemu i ludzkiemu, przeciwko miłości nadprzyrodzonej, a także ludzkiej. Taki jest los wszystkich, którzy porzucili drogi Pana. Doszli do symonii Szymona Maga[14], i obaj zasługują na odpowiedź Piotra. Lecz oni nie potrafią powiedzieć ze szczerością myśli odpowiedzi, jaką Szymon Mag dał Piotrowi, przeciwnie, nazywają się sprawcami cudów. Jeden tylko cud uczynił dla nich Bóg. Ten, że wydobył ich dobrze ukrytą zgniliznę z pobielonego grobu, w którym się zamknęła, by zadać śmierć tobie i Dziełu, wydobył ją na zewnątrz, obnażając ukryte i jadowite rany, aby stały się znane, i aby już nikt, a ty najmniej ze wszystkich, nie popadł w błąd ani nie trwał w błędzie co do nich. Są "umarłymi", którzy nie chcą zmartwychwstać. Są umarłymi, którzy usiłują ze swojej śmierci wyzwolić jeszcze zły urok. Dlatego Ja czuwam na progu ich grobu, aby przeszkodzić im wyjść stamtąd i ci szkodzić. Rozumiesz teraz, dlaczego od tak dawna czuwam na progu tego mrocznego wejścia do grobu, który jeszcze nie jest zapieczętowany, ponieważ Ja - Życie i Miłosierdzie - pozwalam jeszcze, by drzwi pozostały otwarte, aby mogli przyjść do Życia i prosić o moje Miłosierdzie…? Czy rozumiesz[15] teraz, dlaczego czuwam tam, już w pobliżu Moria, w owym mroku zmierzchu, który ty obawiasz się, że jest "nocą zapadającą", podczas gdy Ja przypominam ci, że półmrokiem zmierzchu jest także godzina poprzedzająca wschód najczystszego świtu? Każdy nadprzyrodzony obraz ma wartość słowa. I to, że wybiegam ci naprzeciw, abyś podstępnie nie została wciągnięta do tego grobu; i moja biała szata, abyś nawet w tym zmierzchu dobrze mnie widziała, zawsze, jak latarnię morską, twoją latarnię podczas burzy; i moje czuwanie na progach pułapki na ciebie zastawionej, pułapki, która nie znajdowała się w Samarii ani wśród świeckich Jerozolimy (dobrych chrześcijan), lecz w pobliżu Moria, góry Świątyni (czytaj: wśród duchowieństwa, które jest już świątynią, lecz nie wielkiej Świątyni: najwyższych Hierarchii Kościoła). Także tam nie wszyscy są doskonali. Tylko Bóg jest najdoskonalszy. Lecz żaden z nich nie posunął się jeszcze wobec ciebie do czynów, których winni są ci, którzy są przyczyną mojego i twojego obecnego bólu. A ostrzegłem ich, że to była ostatnia próba! Powiedziałem, że potem zaradzę temu, ponieważ pozwolić na dalsze nierozwagi byłoby nierozwagą ze strony Boga wobec twej duszy, czyli działaniem niemożliwym dla Boga, ponieważ Bóg nigdy nie jest nierozważny. Oto teraz znasz wszystko: przyjaciół i wrogów czasów poprzedzających wielką Mękę. Wchodzimy w prawdziwą, wielką Mękę. Tę, która przychodzi po krwawym pocie Getsemani. A przychodzi, ponieważ nawet po tym, jak mieliśmy przeczucie tego, co będzie nas kosztować wierność woli Bożej, miłości, sprawiedliwości, pozostajemy wierni. Oto nadejście Judasza, który swoją ofiarę nazywa "przyjacielem". Dla ciebie nie jeden Judasz, lecz wielu Judaszów, aby zdrada wypadła doskonale, aby działanie było przebiegłe i pełne, złożone z umysłu, który organizuje, ręki, która przygotowuje, szaty, która przedstawia, pewnej, że nie wzbudzi podejrzenia podstępu, ponieważ ta szata powinna zawsze być czysta od hańby. Powinna… Płaczę, Mario. Ja płaczę. Ponieważ znoszę wszystko z grzechów ludzi, wciąż i zawsze słabych wobec potężnego Węża. Lecz winy Kapłaństwa mnie rozdzierają. Są błotem rzuconym na Głowę mojej mistycznej Oblubienicy. A więc jeszcze na moją głowę. Ponieważ Ja jestem jej Głową. A jeśli błoto nie powinno znajdować się na szacie mojej Oblubienicy, tym bardziej nie powinno być na koronie Oblubieńca. Lecz to właśnie winy Kapłaństwa są garściami błota, policzkami, plwocinami zadawanymi odwiecznemu Arcykapłanowi, Temu, który powołuje do swej świętej służby tak wielu, którzy potem odwracają głowę, podnoszą przeciw Mnie swoją piętę, zdradzają swoje posłannictwo i swojego Pana: Judaszów wszystkich wieków. Tak, winy Kapłaństwa, przyczyna niezliczonych win świeckich i niezliczonej zguby dusz, korniki, które groźnie toczą tak wiele świętych rzeczy, a zwłaszcza trzy najświętsze - Kościół, religię, miłość - rozdzierają mi Serce. Ponieważ Kapłaństwo ma stałe, szczególne pomoce, oprócz łaski stanu, aby być świętym, a wielokrotnie ich nie docenia i nie owocuje nimi; innym razem posługuje się swoją szatą, by szkodzić; a niekiedy wreszcie depcze dary i obowiązki kapłańskie aż do zbrodni. Zbrodnią jest każde niemoralne działanie wobec Kościoła, religii, dusz. A winy złej woli, buntowniczego umysłu, są jeszcze cięższe niż nagłe, może jedyne, winy ciała… O! pociesz mnie, bo jesteś Marią, a misją Marii jest pocieszać mnie w winach umiłowanych i wybranych do służby Bożej, którzy nie kochają mnie, nie, całymi swoimi siłami, sercem, duszą i umysłem, jak to jest obowiązkiem wszystkich, którzy wierzą w prawdziwego Boga, a zwłaszcza tych, którym najwięcej dałem, czyniąc ich moimi kapłanami, lecz kochają samych siebie, i pieniądze, i zaszczyty. Jak Judasz! Jak Judasz! Kontynuatorzy Judasza. Oto Chrystus pojmany, związany, opuszczony przez przyjaciół, znieważony, znęcany przez wrogów, wleczony przed sędziów. Nie. Nie przed sędziów: przed katów. Ponieważ sędzią jest ten, kto spokojnie prowadzi proces, wysłuchuje oskarżonego, przesłuchuje świadków obu stron, i wreszcie wydaje sprawiedliwy wyrok. Który, w moim przypadku, powinien być uniewinniający, ponieważ byłem niewinny win, jakie mi przypisywano. Lecz ci sędziowie już wcześniej postanowili moją śmierć. A więc nie byli sędziami, lecz katami. Tak samo tobie, mały chrystusie. Niektórzy cię związali. Inni cię opuścili. Jeszcze inni cię znieważyli. W fałszywej szacie przedstawili cię sędziom. Tam fałszywie świadczyli przeciwko tobie. Zakryli ci twarz, byś nie widziała Światła ani ich wężowych twarzy. Spoliczkowali cię, nazywając cię demonem, szaloną, niemoralną, gdy ty mówiłaś: "Zawsze mówiłam szczerze. Przesłuchajcie tych, do których mówiłam, a zobaczycie, że nie jestem kłamczynią, szaloną, niemoralną, szatanem". Przede wszystkim starali się uczynić cię niewolnicą, więźniarką w ich łańcuchach: w ich argumentach, insynuacjach, groźbach lub pochlebstwach… Już bezużytecznych, ponieważ jest to gra trwająca już tak długo, że przestałaś się nią przejmować. Lecz czy pamiętasz, o Mario, męczennicę Agnieszkę? Ty ją widziałaś![16] Łańcuchy założone na jej nadgarstki opadły jej do stóp, pozostawiając ją wolną. I jak jej, tak wielu innym młodziutkim męczennicom, które nie uniknęły męczeństwa jedynie dlatego, że najsilniejszy łańcuch przykuwał je do niego: miłość do ich Jezusa. Także łańcuchy, które usiłowali na ciebie nałożyć, aby zaprowadzić cię tam, gdzie chcieli, opadły ci do stóp, a ty uczyniłaś z nich piedestał, by wznieść się wyżej, dzięki swej wolnej dobrej woli, ku miłości i sprawiedliwości. Na próżno więc usiłowali podstępnie cię zakuć w kajdany. Lecz, sprawiedliwym odwetem Bożym, łańcuchy przygotowane dla ciebie, oto teraz stały się łańcuchami dla nich. A zniewagi i oskarżenia, które przeciwko tobie rzucili, odbiły się na nich samych, wyrzeźbiwszy w tobie żywszy jeszcze wizerunek twojego Mistrza-Męczennika. Lecz na nich samych odkryto inny wizerunek, łamiąc pobielony tynk ich grobu. Nie. To nie ty jesteś demonem, szaloną, kłamczynią, chorą. Niektórzy mogli wcześniej w to uwierzyć. Dla wielu nieznane było prawdziwe oblicze twoje, mały chrystusie. Teraz oto: grad ich czynów rozerwał zasłony twego ukrycia, i wielu, którzy wczoraj cię nie znali, dziś poznaje twoją prawdziwą naturę. Ja ukazałem się w mojej wiecznej postaci Jezusa zmartwychwstałego po męce, i wszelka wątpliwość co do mojej Boskiej Natury upadła, gdy zmartwychwstałem. Ale dla ciebie chciałem, aby poznanie wyprzedziło ten czas, by przywrócić prawdę, którą oni wypaczyli. I aby przywrócona została prawda o Dziele, w które można wierzyć jako pochodzącym ode Mnie tylko wtedy, gdy pozna się ciebie, w twojej prawdzie. Fałszywi sędziowie i prawdziwi kaci zawlekli mnie potem do Piłata, aby to on, nie oni, splamił się moją niewinną Krwią. Daremny podstęp faryzejski. Moja Krew, choć materialnie przelana przez Rzymianina, spadła na Żydów, do tego stopnia, że Rzym był i jest Stolicą Piotrową i sercem świata chrześcijańskiego, a Jerozolima od dwudziestu wieków nie jest – nie, nawet teraz nią nie jest – stolicą Ludu, który zabił swego Boga. A Piłat, kolejną próżną próbą, kazał zaprowadzić mnie do Heroda, aby mnie skazał. Byli wrogami. Ale by przerzucać się odpowiedzialnością za zbrodnię, stali się przyjaciółmi. Ciebie także od dawna wleczą, razem z Dziełem, od Piłata do Heroda i od Heroda do Piłata, i stają się przyjaciółmi, jeśli wcześniej byli wrogami, by potem znów stać się wrogami, gdy Herod nie zaspokoi Piłatów. A Piłat schodzi do kompromisów między swoją sprawiedliwością a niesprawiedliwością Ludu. I każe mnie ubiczować. A potem pozwala ukoronować mnie cierniem i w szacie pośmiewiska pokazuje mnie tłumom. Ciebie także pozwolili wychłostać. Co więcej, sami cię bezpośrednio ubiczowali, i własną ręką ukoronowali cię cierniem i przedstawili w szacie pośmiewiska… Nie nadeszła jeszcze godzina, bym odsłonił ci powód tego niepojętego postępowania. Poznasz to pewnego dnia… Moi wrogowie wypaczyli prawdę, aby skłonić Piłata do skazania mnie. Twoi – i tu jest różnica w tym paralelu – wypaczyli przed tobą prawdę o twoich Piłatach i Herodach, przed którymi ich czyny cię zawlokły, aby wzbudzić w tobie wstręt i pogardę wobec nich. Ale teraz wiesz, kim są twoi prawdziwi Piłaci i twoi prawdziwi Herodowie. Mnie zadawano pytania i podstępne kwestie, by skłonić mnie do kłamstwa albo do zbluźnienia przeciw prawdzie, w nadziei na mniejsze cierpienie, i żądano cudów, zapewniając, że po nich znajdę łaskę. Tobie także zadawano pytania i podstępne kwestie, by skłonić cię do popadnięcia w błąd, do kłamstwa, albo do szukania mniejszego cierpienia, a z pewnego mojego pobłażania uczyniono broń, by dowieść, że jesteś symulantką z natury albo z powodu choroby. Okłamywano cię nieustannie od miesięcy… Dlaczego? Pozwól, że nie powiem ci tej straszliwej prawdy. Jeśli jednak szukasz jej, rozważając wszystko, sama ją odnajdziesz. Dlaczego na to pozwoliłem? Ponieważ tylko za tę cenę, tak dla ciebie bolesną, można było zdobyć dowód dotyczący ich duszy i prawdę o ich zamiarach. Pamiętaj, że ty sama wątpiłaś, czy to Ja mówiłem ci owe gorzkie rzeczy, tak wielkie było twoje zaufanie do nich. Mario, czy pamiętasz moje pierwsze dekrety?[17] "Dopiero gdy moja rzeczniczka będzie bezpieczna od złej woli, od ciekawości, od wszelkiego niebezpieczeństwa, mając ciało w grobie, a duszę w Bogu, poznany zostanie jej trud". To po to, by oszczędzić ci tak wielkiego cierpienia. Ja wiedziałem. Złe czyny ludzi zmusiły mnie do wydania innych rozkazów, aby uniknąć rzeczy jeszcze boleśniejszych dla twego ducha. Uparta zła wola tych ludzi, wciąż tych samych, sprawiła, że "cierpieniem" stało się to, co miało być dla ciebie pokojem. Teraz słuchaj. Naśladuj mnie w milczeniu i w mówieniu, jak Ja czyniłem w decydujących godzinach mego ludzkiego życia. Ja milczałem, albo mówiłem prawdę, zależnie od tego, czy przesłuchujący na to zasługiwał, czy słuszne było mówić, czy słuszne było milczeć, by służyć i wielbić Pana. Naśladuj mój przykład, duszo moja. Milcz wobec tych, dla których wszelkie słowo jest już bezużyteczne. Rozkazałem ci to ponad dwa lata temu. Mów z tymi, którzy słusznie powinni poznać prawdę. Mów bez goryczy, raczej z łagodnością, która zdobywa serca. Ale mów. To znów dawny nakaz, który ci powtarzam. Powiedziałem ci: "Milcz, gdy nie pytają cię o ciebie, o niezwykły dar, o Dzieło, o jego Autora. Ale jeśli cię o to pytają i zasługują na odpowiedź, mów, mówiąc prawdę, aby chwalić Pana". Tak czyniłem Ja przed Kajfaszem i Sanhedrynem, przed Piłatem, przed Herodem, gdy każdy z osobna pytał mnie, kim jestem, jeden by mnie skazać, drugi by mnie ocalić, trzeci by mnie wyśmiać. Mogłem milczeć z litością, dopóki chodziło o naturalne stworzenie: Mnie, Człowieka. Nie mogłem milczeć, gdy chodziło o Mesjasza i Jego wiecznego, Boskiego Ojca, i o moją misję, i o wolę Bożą. Nie milczy się, choćby mówienie sprowadzało większe męczeństwo i śmierć, gdy trzeba bronić prawdy i chwalić Pana. A gdy już przemówisz, by bronić prawdy, powstrzymać nadużycie, chwalić Pana – znoś i milcz; znoś i mów tylko po to, by błagać o przebaczenie dla winnych, nawracać tych, którzy zgrzeszyli, powierzyć nasze dziecię temu, kto jest godzien go strzec. Nasze dziecię, Mario. Dzieło: którego Ja jestem Autorem, a ty tą, która uformowałaś jego ciało z tak wielkim cierpieniem i nad którym czuwałaś z heroiczną miłością. I czuwasz. Teraz bardziej niż przedtem. Milcz wobec Judaszów, którzy nie żałują swego czynu; wobec Herodów, pełnych zmysłowości duchowej, najgorszej ze wszystkich, którzy zbliżyli się do ciebie, kadzili ci, przesłuchiwali cię jak wyrocznię, mając nadzieję wzbudzić w tobie pychę i skłonić cię do czynienia fałszywych cudów, do udawania ich, aby potem cię wyśmiać i oskarżyć, albo nawet po prostu mając nadzieję zobaczyć cuda, które by im się bardzo podobały, ponieważ, będąc nienormalnymi w upodobaniu do tego, co ponadnaturalne, kochają cuda ponadnaturalne, to znaczy zabarwione diabelskością, bardziej niż czystą, prostą wiarę, która umie wierzyć i wierzy, nie potrzebując widzieć niezwykłości, by uwierzyć. Chcą powiedzieć o tobie, słowem nowoczesnym i naukowym: psychopatka. Ale czyż to oni są wówczas bardziej skłonni wierzyć w dzieło "naukowe", to znaczy medialne, niż w to, tak jasno nadprzyrodzone? Czyż nie wiedzą, że na ogół ktoś sądzi zależnie od tego, kim sam jest? Psychopata – Ja powiedziałbym: lunatyk, według dawnej nazwy – wspaniały grunt dla najazdów szatana, prawie zawsze pozostaje w związku z tym, co diabelskie, i kocha to, co diabelskie, i nosi pewne znaki diabelskości: nawyk kłamstwa, pychy, nieposłuszeństwa, zmysłowości. Czy masz w sobie te elementy? Nie. Przeciwnie, jesteś bezlitośnie szczera; nawet nadzwyczajny dar Dzieła, i wiele innych moich darów, które zna tylko bardzo niewielu, nie uczyniły cię pyszną; jesteś posłuszna aż do znoszenia za to męczeństwa; nie masz nawet zmysłowości ducha, ponieważ twoja religia jest prosta i mocna, nieżądna anormalnych wzruszeń, które nie są mistycyzmem, lecz czymś zupełnie innym… Twoja natura, która wydaje się impulsywna i porywcza – wydaje się, mówię – umie się opanować, podczas gdy ten, kto sądzi cię za o wiele mniej, sam się nie opanowuje. I zaprawdę także w tym jesteś do mnie podobna. Wszyscy powinni pamiętać mój święty gniew przeciw kupcom wszelkiego rodzaju zagnieżdżonym w Świątyni, i moje porywcze słowa przeciw uczonym w Piśmie i faryzeuszom… Jakże jesteś do mnie podobna, duszo moja, w tylu rzeczach, które sięgają od surowej szczerości po absolutne posłuszeństwo, po stałość i wytrwałość, po twoje słuszne reakcje przeciw niesprawiedliwościom i niesprawiedliwym, i po twoje przebaczenie, które, nie ustępując wobec niesprawiedliwych, im przebacza… Tym, którzy w sposób nienormalny szukali w tobie jedynie nadprzyrodzonego cudu, należałoby powiedzieć, by uleczyli się ze swej duchowej chciwości, by uzdrowili swoją duszę, zanim zechcą potępiać twoją duszę i twój umysł, oboje zdrowe i drogie Panu, które umiały kochać, nie potrzebując do tego niczego nadzwyczajnego. Nadzwyczajność w tobie! Nadzwyczajna była twoja miłość przez całe życie, coraz bardziej wielkoduszna i mocna, im bardziej rósł ból, czyli wciąż Chrystus w tobie, aby uczynić cię kontynuatorką Jego ofiary dla zbawienia świata. Właśnie to – och, głupcy! – przyciąga Boga: wielkoduszna i mocna miłość duszy-ofiary. Wtedy Duch Boży, Miłość, zstępuje, zapala, objawia się w świątyni przygotowanej na Jego przyjęcie. Inaczej nie. Bóg nie zaspokaja pragnień, które potępia i o które człowiek nie ma prawa Go prosić. Ja jestem Bogiem. Ci, którzy chcą widzieć cuda, by zaspokoić swą głupotę i swego zepsutego ducha, "mieszkańcy Ziemi", jak nazywa ich[18] apostoł Jan, zwracają się do Bestii, która da im to, czego pragną, bardziej niż pragną Prawdy. Da im kłamstwo, by ich zwieść i doprowadzić do śmierci wiecznej… Milcz albo mów, wypełniając swoją mękę, idąc z krzyżem, który nałożyli na ciebie ludzie – a jest on najcięższy do noszenia – obciążając ciebie, już tak obciążoną krzyżami danymi przez innych ludzi, a także krzyżem, który dał ci Bóg. Ale ten krzyż, w swojej surowości, zawsze jest złączony z pokojem. Bo to, co pochodzi od Boga, jest zawsze pokojem, nawet jeśli to bolesny pokój. Milcz albo mów, wstępując ze swoim ostatnim krzyżem, zależnie od tego, kogo spotkasz po drodze. Mów albo milcz. I mów słowem dobroci albo słowem stanowczym, zależnie od tego, kogo spotkasz. Nieś i znoś. Ofiaruj się i spalaj się. Znajdziesz na swojej drodze dusze miłosierne, Cyrenejczyka, Marie, tak jak Ja je znalazłem. Wstępuj. Jeśli nawet zbyt wielki wysiłek sprawi, że upadniesz, nie załamuj się. Przede tobą upadłem Ja. Bo tak jak tobie, tak i Mnie nałożono krzyż wtedy, gdy wysiłek znoszenia zdrajcy i podstępów wielu, oraz krwawy pot wyciśnięty w walce między dwiema wolami, a także biczowanie i inne katusze, uczyniły moją Osobę omdlałą. Upada się z omdlenia i zmęczenia, nie z grzechu i chęci grzeszenia. Ojciec nie potępia, lecz współczuje tym upadkom, spowodowanym zbyt wielkim bólem… Wstępuj. Na Kalwarii byli Matka i Jan, przy moim Krzyżu. Ty masz Mnie i Matkę. Co więcej, Ona jest pomiędzy moim a twoim krzyżem. Bo moje Serce cierpi, jakby wciąż było na krzyżu, z powodu tego, co popełniono przeciwko Mnie, Twórcy dzieła, i przeciwko tobie, mojemu narzędziu, i przeciwko duszom, tak licznym, pozbawionym Słowa, które jest Życiem. Ale dla Mnie nie ma już grobu. A dla ciebie nie ma grobu, prawdziwego grobu. Grób jest jedynie łożem snu, mającym pewne przebudzenie, dla ciała sprawiedliwych, którzy zawsze służyli Panu. A nie ma śmierci dla ducha wiernego. Ale i dla dzieła nie ma wiecznego grobu. Teraz jest czas cierpliwości, pięknej cnoty, w której jest tak wiele miłości i tak wiele męstwa, pokory, umiarkowania i innych duchowych klejnotów. Dlatego tutaj kończy się to porównanie. Ze swojego krzyża i swoim przykładem odkupuj tych, którzy zgrzeszyli przeciwko Bogu, Kościołowi i tobie, i samym tylko słowem swoich czynów głoś Chrystusa obecnego w tobie, jedynego Sprawcę każdego twojego zwyczajnego czy nadzwyczajnego czynu. Niech ból, obecna próba, coraz bardziej oczyszczają twoje człowieczeństwo, a z niego, strawionego, niech jaśniej zabłyśnie, jak oblicze za nieuchwytną zasłoną, Prawda, która w tobie mieszka, i niech zapłonie nasza miłość, przyczyna każdego nadzwyczajnego daru. Niech płonie, aż strawi hostię, by otworzyć duchowi miłującemu więzienie, które powstrzymuje go od pełnego zjednoczenia z Duchem, który jest Miłością, który zstępuje na ciebie, w tobie, nieustannie, w takiej mierze, w jakiej żywe stworzenie może Go przyjąć, by dać ci swój Pokój, nieskończoną pociechę i lekarstwo na bóle i rany, które przychodzą do ciebie od ludzi, by przekazać ci swoje Życie, Mądrość, Światło. Trwaj w pokoju. Ten, który do ciebie mówi, jest prawdziwie Królem królów, wiecznym Słowem Ojca, Jezusem Chrystusem, twoim Mistrzem i Panem, i nikim innym. Trwaj mocno w swojej wierze, a miłość, coraz mocniejsza, niech coraz bardziej umacnia twoją wiarę. Powtórz za wielkim Janem, ty, mały Janie, krótką i doskonałą prośbę:[19] "Panie Jezu, pomnóż we mnie swoją Miłość". Powtarzaj ją! Powtarzaj ją! Tę moją nieskończoną miłość, którą tak wielu odrzuca, muszę wylać… Wylewam ją na tych, którzy Mnie kochają, aby doznać ulgi. Wylewam ją na ciebie, ukrzyżowany i błogosławiony fiołku mój, Mario,… Janie… jak na moją Matkę i doskonałego Apostoła, Mario, wierna owieczko prawdziwego Pasterza, gotowa i wielkoduszna do wszelkiej ofiary, aby zagubione owce wróciły do Owczarni i aby była jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem, i aby wszyscy ci, których Ja umiłowałem, byli, wrócili do bycia "jednym ze Mną", tak jak Ja i Ojciec jesteśmy Jednym. Módl się moimi słowami[20], zawsze świętymi; najświętszymi zaś w ów wieczór, w owej godzinie i w owej modlitwie, w której Ja, wiedząc o bliskim opuszczeniu przez moich umiłowanych, wówczas i zawsze, prosiłem dla nich o "królestwo Niebios". Módl się: "Ojcze, chcę, aby tam, gdzie Ja jestem, byli i oni". To znaczy: niech mają w sobie królestwo Boże, mając w sobie miłość, i niech ich duchy mają królestwo Boże poza życiem doczesnym, na wieki. Odpocznij teraz, bo Ja czuwam…"

PRZYPISY

[1] Jeden dzień... jest cytowany z Mateusza 17:1-2; Marka 9:2; Łukasza 9:28-29.

[2] troska o zmarłych, z wyraźnym odniesieniem do fragmentu Ewangelii Mateusza 8:21-22; Łukasza 9:59-60.

[3] Osądziłem, w Mateusza 18:6; Marka 9:42; Łukasza 17:2.

[4] z powodu..., jak jest powiedziane w Ewangelii Mateusza 13:58; Marka 6:5-6; bierze kamienie, aby mnie ukamienować..., jak jest powiedziane w Ewangelii Łukasza 4:28-30.

[5] Talion, prawo określone w Księdze Wyjścia 21:24-25; Księdze Kapłańskiej 24:17-19; Księdze Powtórzonego Prawa 19:21; ale zganione i poprawione w Ewangelii Mateusza 5:38-42.

[6] pokutowało... jak w Ewangelii Łukasza 22:32.

[7] do Samarytanki w Jana 4:23; do Nikodema w Jana 3:3.5.

[8] bogatego młodzieńca w Ewangelii Mateusza 19:16-22; Marka 10:17-22; Łukasza 18:18-23. Inne przykłady, takie jak ten z Cusa, można zrozumieć tylko czytając "Ewangelię tak, jak została mi objawiona".

[9] Jest powiedziane w Księdze Koheleta 4:10.

[10] odpowiedź, która jest zapisana w Ewangelii Mateusza 12, 49-50; Marka 3, 33-35; Łukasza 8, 21. Jednak wiele epizodów ewangelicznych jest cytowanych ze szczegółami, które można znaleźć tylko w dziele Valtorty "Ewangelia".

[11] miłość miała i praca została wykonana jest naszą konstrukcją zamiast miłość miała i praca została wykonana

[12] Nauczałem w Ewangelii Mateusza 18:15-17.

[13] Potrójne pokuszenie, wyszczególnione poniżej, jest tym, o którym mowa w Ewangelii Mateusza 4:1-11; Marka 1:12-13; Łukasza 4:1-13.

[14] symonia Szymona Maga, wspomniana w Dziejach Apostolskich 8: 9-25.

[15] Zrozumieć... to, co podano na początku, pod datą 30 marca 1949 roku.

[16] widziałaś ją i opisałaś, 13 stycznia 1944 roku.

[17] pierwszych dekretów, na przykład w pismach z 9 grudnia 1943 r., 24 września 1944 r., 18 marca i 2 czerwca 1946 r.

[18] nazywa ich w Objawieniu 13:8.

[19] pytanie, które apostoł Jan kieruje do Jezusa pod koniec 149 rozdziału "Ewangelii, jak mi została objawiona".

[20] moje słowa, te opisane w Jana 17.