QUADERNI

9 sierpnia 1944 r.

Jezus mówi: «Chodź, mały Janie. Jak mały Beniamin, którego wizja[546] tak ci się spodobała, połóż swą rękę w mojej, abym poprowadził cię przez moje pola łask. Łaski dla ciebie i dla innych. Dary i dary. Bo wszystko, co ci objawiam lub co ci mówię, jest wielkim darem. Ty nawet nie znasz jego wartości. Nie wartości duchowej. Ta jest dla ciebie nieskończona. Wartość kulturowa, mówię, historyczna, jeśli wolisz. To klejnoty wielkiej ceny. Ty, jak dziecko, znajdujesz je włożone w twe ręce i kochasz je za ich różnorodny kolor, ale nie umiesz nadać im innej wartości niż wartość daru, piękna i dowodu mojej miłości. Inni natomiast, bardziej uczeni od ciebie, lecz mniej umiłowani od ciebie, patrzą na nie z niepokojem i z niepokojem proszą cię o nie, o te duchowe klejnoty, które daje ci twój Jezus, i przyglądają się im, i badają je, i oceniają z większą wiedzą niż twoja, i - gdyby taka była ich wola - twoim sposobem miłowania. Ale to jest dla nich trudniejsze, bo są skomplikowani. Tylko maluczcy umieją kochać prosto, szczerze, czysto. Ty nie umiesz nic innego, jak tylko kochać. Ale pozostań dla mnie zawsze taka. Rozkoszuj się różnorodnymi klejnotami, które ci daję, a potem rozdawaj je, hojna i radosna, tym, którzy czekają. Ja zawsze napełnię twoją małą dłoń nowymi skarbami. Nie bój się. Dawaj, dawaj. Twój Król ma niewyczerpane skarbce dla radości swoich małych». I widzę, co następuje. [Następuje rozdział 629 dzieła Ewangelia] Pierwsza część tego, co jest datowane dzisiaj, została wywołana tym, że ja, przez wszystkie godziny, w których nie spałam tej nocy, myślałam o pięknych rzeczach, które objawia mi Jezus, i mówiłam Mu: "Jak jesteś dobry dla biednej Marii! Ilu rzeczy mnie uczysz! I jak pięknych!". Z pewnością nie wypowiadałam wzniosłych słów. Mówiłam po prostu jak dziecko, bo będąc nieuczoną, jaką jestem, nie umiem bowiem pojąć historycznej wartości rzeczy, które widzę i które piszę, i raduję się nimi, ponieważ są nadprzyrodzenie piękne i sprawiają, że żyję z Jezusem lub z przyjaciółmi Jezusa. Nie dla niczego innego. I Jezus dobrze czyni, sprawiając, że tak żyję. Wydaje się, że odkąd Ojciec tu był, to znaczy od miesiąca[547], jestem spokojniejsza i pogodniejsza. Nie. Zastosowałam się do rady Ojca, starając się odwrócić spojrzenie od mego stanu wygnanki w kraju, którego nie kocham i nie mogę kochać, starając się nie mówić już o tym ani słowa, ani do siebie, ani do innych. Starając się oderwać uwagę od bólu, który mnie toczy. Wierzę, jeśli przyjrzę się sobie z wnikliwą obserwacją i szczerością, że zawiniłam słowem tylko trzy razy, a myślą jeszcze mniej, bo za każdym razem, gdy serce i umysł biegną do mego domu, do potrzeby Ojca, do wspomnień tych miesięcy - śmierci taty, imienin mamy, urodzin taty, choroby mamy, o czym mogę powiedzieć, że straciłam ją 24 sierpnia, bo od tego dnia już jej nie widziałam - natychmiast przed tym uciekam. Niech Ojciec zważy. Dopiero w niedzielę, 6 sierpnia, odważyłam się poprawić zeszyt[548], który Ojciec mi przyniósł: od 30 marca do 26 maja, zeszyt, który niesie zatem rozpaczliwą kronikę przeklętych dni. I cierpiałam niewypowiedzianie. Wiedziałam, że będę cierpieć. Wydaje się, że na ranach mego serca ta nauka, by ich nie drażnić, rozpostarła cienką warstwę naskórka, tak że wydają się zagojone. Nie jest tak. Przeciwnie, rana, pod warstwą, która nie pozwala na ujście cierpkich soków rany, pracuje coraz głębiej i pochłania mnie. Tylko ja wiem, jak pęka moje serce. Reagowanie było rozładowaniem. Nie reagować to znaczy pękać. Ale jestem posłuszna i pękam. Nie chcę, przez posłuszeństwo, myśleć, pamiętać, że Bóg pozwolił mi poznać piekło. Ale ta pamięć jest we mnie, nawet bez mojej wiedzy. A jeśli duch nie chce jej pamiętać, pamięta ją umysł. A jeśli ten nakazuje sobie nie pamiętać, krzyczy o niej serce. A jeśli to zostanie zdławione, by je zmusić do milczenia, woła o niej ciało. Kiedy ktoś przeżył piekło, nie zapomina go już nigdy, nawet gdy jest w raju. Wierzę, że ci, którzy z niezgłębionego powodu doznali na ziemi tej udręki, pośród niebiańskiego światła zawsze będą widzieć czarny punkcik: swoje piekło; pośród niebiańskiej słodyczy zawsze poczują kroplę żółci: swoje piekło; pośród niebiańskiej radości od czasu do czasu będą wstrząśnięci dreszczem grozy na wspomnienie swego piekła. I mówię do Jezusa: "Nie każ mi myśleć, Mistrzu i Miłości moja. Trzymaj moją biedną głowę w swoich drogich dłoniach, abym nie widziała, nie słyszała, nie pamiętała przeszłości, głosów przeszłości, wspomnień przeszłości, ani też nie widziała cieni przyszłości… Nie każ mi myśleć… nie każ mi myśleć, Jezu mój. Myśleć znaczy mieć znowu w ustach gorycz rozpaczy, szaleństwa. Zmiłuj się, dobry Jezu!". I opieram się o serce Matki, która od 2 sierpnia jest zawsze blisko mnie, Matki kochającej, która się nie narzuca, lecz którą natychmiast odnajduję, gdy tylko szukam w Niej schronienia. Jednak jeśli czytanie kroniki tamtych dni sprawiło mi ból, inne stronice przyniosły mi wiele dobra. Na pierwszej kartce - wizja śmierci Magdaleny - powiedziane jest: "Nie ma oczekiwania dla Marii", a Jezus z pieszczotą szepnął mi: "także dla małej Marii nie ma oczekiwania", a potem jest powiedziane: "Błogosławię cię, błogosławiona". A Jezus do mnie: "Błogosławię cię, błogosławiona". I jeszcze: "Nie było nikogo prócz Mnie, kto wypił kielich aż do dna, nie łagodząc go miodem, i tego, co wycierpiałem, nie chcę, byście wy cierpieli", a Jezus do mnie: "Uwierz w to co do siebie". I dalej: "Nasze cierpienie musi być twoim", a Jezus: "Widzisz, jak cię kocham? Łączę cię z bólem moim i mojej Matki". I dalej mówi Maria do Jana: "On (Jezus) nie wziął pod uwagę twego zagubienia", a Jezus: "To prawda. Nie wziąłem pod uwagę twego kwietniowego zagubienia. Bądź spokojny". A 9 kwietnia: "Proszę cię o miłość (o cierpienie jeszcze więcej, także w czasie wielkanocnym) dla dusz". A Jezus: "Dałaś mi ją. Z bólem. Ale pozostałaś wierna. Dziękuję". Nie komentuję tych nieszczęsnych 20 dni. Powiem tylko, że zarówno one, jak i te nie ciągłe, lecz rozproszone wraz ze swym bólem pośród oaz Bożej litości, odczytane teraz, z perspektywy czasu i w ramionach Jezusa i Marii, wydają mi się jeszcze zbyt słodkie i umiarkowane wobec tego, czym była prawda, którą cierpiałam. Nie wierzyłam, że pośród uścisków szatana zdołam pozostać aż tak wierna. I jakże sprawiedliwe są dyktanda Jezusa, pierwsze po burzy! Sprawiedliwe zawsze, to naturalne, lecz te sprawiedliwe w wyrażaniu mojej udręki, którą tylko On mógł sprawiedliwie ocenić. Nie posunęłam się dalej niż do 12 maja, bo poprawiam w niedziele, kiedy nie pracuję igłą. Ale w sumie miałam z tego pociechę zmieszaną z bólem. Pociechę jednak bardziej niż ból. I dosyć, bo mam połamane plecy.

PRZYPISY

[546] wizja z 7 marca, zawarta w rozdziale 352 (fragmenty 5-9 i fragment 18) głównej opery.

[547] przez miesiąc, jak podano 11 lipca.

[548] akta, tj. maszynopis o. Miglioriniego, podobnie jak akta wspomniane 4 i 22 lutego.