QUADERNI
6 sierpnia 1944 r.
Mówi Jezus[529]: "Panie" - powiedziałaś Mi - "wolę tak, niż byłam wtedy". Zrozumiałaś więc, o ile większe jest służenie Bogu i miłowanie Go, niż miłowanie i służenie człowiekowi. Doszłaś więc do tego stopnia zrozumienia, jaki powinien być udziałem stworzeń, a który tak rzadko jest osiągany. Jako surowy nauczyciel musiałem przeprowadzić cię przez całą bolesną drogę nauki, aby doprowadzić cię do tego poznania. Surowy nauczyciel nie pozwala uczniowi mieć przy sobie zabawek ani innych przedmiotów zdolnych odwrócić jego uwagę od nauki wspomnieniem uczuć rodzinnych czy przyjacielskich. Dziecku taki nauczyciel wydaje się zbyt surowy, wręcz okrutny, i niemal zaczyna go nienawidzić. Lecz gdy stanie się dorosły i osiągnie wyższe wykształcenie, które pozwala mu być kimś w społeczeństwie, wtedy błogosławi swego surowego nauczyciela i rozumie, że jego obecna dojrzałość myśli, jego obecny dobrobyt, hart jego charakteru są zasługą nieustającej surowości nauczyciela. A rozważając to, dostrzega także, że była ona znacznie surowsza na początku, a z czasem coraz bardziej łagodniała. I pyta samego siebie: "Dlaczego? Czyż nie było lepiej być łagodnym, gdy byłem jeszcze dzieckiem i zbyt mocno odczuwałem różnicę między matczyną słodyczą a surowością szkoły? Czy nie było słuszniej zaostrzyć wodze, gdy dorastanie i wczesna młodość uczyniły mnie mniej łaknącym pieszczot?". Lecz potem, właśnie dlatego, że został mądrze wychowany, uczeń, stawszy się już mężczyzną, uznaje, że właśnie w tym, właśnie w tym była zasługa wychowawcza, i właśnie dlatego jest teraz silny w życiu. Silny. Biedni ci ludzie, którzy wychowani w miękkości, znajdują się potem, jako dorośli, w obliczu zmagań życia, które z pewnością nie jest czułe jak serce matki, łagodne jak środowisko rodzinne, lecz pełne trudów, wrogości, walk, wysiłków. To oni w końcu dają się przez nie obezwładnić albo - by nie dać się obezwładnić - stają się nieuczciwi, zdobywając złymi sposobami to, czego nie potrafią zdobyć własną zasługą. Byłem dla ciebie bardzo surowym Mistrzem, ponieważ chciałem, abyś była silna duchem. Byłaś tak słaba. Jak delikatny powój, potrzebowałaś oplatać się wokół innych, by dać im radość swych kwiatów miłości, a sobie tę radość, że masz kogoś, kto je podtrzyma, nie patrząc, jak upadają pod stopą obojętności i tak umierają, daremnie rozkwitłszy. Uczyniłem wokół ciebie pustkę, zostawiając na twoim pustkowiu jeden tylko chropowaty i olbrzymi pień, zbyt, zbyt szorstki dla biednego, wątłego dzwonka, który się go lękał. Pozostałaś więc na ziemi, poznając skwar i pył, i tak mało przyjemny smak suchego kurzu. Jeśli płakałaś, będąc podeptaną czy uderzoną przez kogoś, kto mijając cię, nawet cię nie zauważył, choć ty pozdrowiłaś go z daleka z radością i próbowałaś unieść swe gałązki, które radość okryła kwiatami - radością i nadzieją - to płacz mieszał się z pyłem ziemi i brukał jedwab twoich kwiatów błotem jeszcze bardziej obrzydliwym niż kurz. Biedne kwiaty, które plamiły się ziemią, podczas gdy ich misją, dla której je stworzyłem, było napełnić się Niebem! Zmęczona samotnością, zdeptaniem i splamieniem przez to, co nie mogło cię nasycić - ludzkość ze swą twardością, egoizmem i biednymi uczuciami ludzkimi, fałszywymi, egoistycznymi i zmysłowymi, które cię nie rozumiały, które nie mogły ci wystarczyć - zaczęłaś myśleć o pniu, który pozostawał wierny swemu miejscu, blisko ciebie, podczas gdy inne łodygi - trzciny giętkie na każdy wiatr, niczym więcej jak trzciny - były wyrywane przez siłę, tajemniczą dla twej ówczesnej niewiedzy, lecz której imię brzmiało Miłość Boża. Ileż trudu, biedna Mario, by wznieść się ku tamtej wysokości, by podnieść się aż do zarzucenia pierwszego pierścienia wokół pnia tak szorstkiego, tak szorstkiego dla twej słabości, tak trudnego do objęcia. Ze łzami, które wydzierał ci ból tej szorstkości i trud, musiałaś obmyć się z wszelkiego pyłu ludzkości, by być zwinniejszą i lżejszą. Bo pył i błoto oblepiają i obciążają. Lecz jakąż odczułaś radość, gdy zobaczyłaś, że twój pierwszy kwiat, który rozkwitł na szorstkim pniu, nie doznał ciosu ludzkiej twardości, nie zwiądł w pyle ani nie splamił się błotem, lecz mógł roztaczać woń, pieszcząc swoje oparcie, i pokrywać się perłami rosy - tylko świeżej, oczyszczającej rosy - i rubinowymi kroplami, które spływały z wysoka pnia, czyniąc twą koronę piękniejszą i mocniejszą. Twoją pierwszą koronę, która napełniła się Niebem. Chciałaś odzyskać tę radość i wzniosłaś się jeszcze wyżej. Dwa, trzy, dziesięć pierścieni, coraz wyżej na szorstkim pniu, i coraz więcej siły i woni, i coraz więcej rosy, i nieba, i rubinów na coraz liczniejszych kwiatach. Gdy byłaś w połowie drogi, poznałaś imię tego pnia: to był mój Krzyż. I przemówił do ciebie[530] swym głosem bólu i miłości. Czytałaś na jego drewnie, wypisane Krwią twego Boga, prawdy, które są życiem, całowałaś je, poczułaś ich smak i zapragnęłaś wznieść się aż na szczyt, tam, gdzie bolesne Oblicze uśmiechało się do ciebie, ociekając łzami i krwią: twoją rosą i twymi rubinami. Nie chciałaś już niczego więcej. Wtedy właśnie twój Mistrz i Odkupiciel uczynił pień swego tronu gładszym, coraz gładszym i łagodniejszym, by pomóc ci wznieść się wyżej. Bo miłość zyskuje wzajemność miłości, a moja, która już cię miłowała do tego stopnia, że pragnęła mieć cię całą dla siebie, teraz, gdy miłowałaś Mnie całą sobą, umiłowała cię szczególnym upodobaniem. Oto jesteś, mały głosie, doszłaś do poznania swego Dobra. Z wysokości naszej katowni odkupicieli-kochających patrzysz nie z pożądaniem, lecz z miłosierdziem na daleką Ziemię, na biedne łodygi, które nie umieją dojść do Krzyża, i patrzysz w Niebo, by modlić się za nie, bo zjednoczona z Chrystusem dzielisz Jego boskie pragnienie miłowania i zbawiania dusz. Z wysokości Krzyża uczysz się najwyższej nauki i jak ptak na szczycie najwyższego cedru, śpiewasz jej nauki, by usłyszały je biedne łodygi i przyszły ku Światłu. Otrzymałaś największe dary. Lecz darem darów była miłość. A Ja uczę cię wznosić się coraz wyżej na drodze, która jest wzniosła: drodze miłości. Gdybyś, przechodząc od prawdziwej miłości do miłości małej, wróciła do kochania samej siebie w stworzeniach - rozważ tę wielką prawdę, która jest kluczem do każdego uczucia ludzkiego - twoje podpory poluzowałyby się od wzniosłego pnia i poznałabyś gorzkie błoto, które wypełnia, lecz nie syci. Kochaj. Mnie ponad wszystko. Za całe dobro, które ci dałem. Kochaj bliźniego we Mnie, niczego się po nim nie spodziewając, niczego nie żądając. Kochaj go właśnie dlatego, że jest tak niezdolny do miłości i tak nieszczęśliwy, bo nie umie kochać. Kochaj go, myśląc, że każdy bliźni jest dziełem Boga i że za każdego bliźniego Ja umarłem. Kochaj go, myśląc o moim bólu w Getsemani, w którym każde łkanie odpowiadało imieniu kogoś, dla kogo moja śmierć byłaby daremna. Kochaj go w sposób nadprzyrodzony: przebaczając, litując się, pouczając, znosząc cierpliwie, cierpiąc za niego. Jesteś biedna? Nie ma to znaczenia. Miłość nie posiada, jako środka wyrazu, pieniędzy: miłość nadprzyrodzona. Jesteś chora i bezsilna? Nie ma to znaczenia. Miłość nie posiada, jako środka wyrazu, zdrowia fizycznego ani siły: miłość nadprzyrodzona. Jesteś zamknięta i świat cię nie zna? Nie ma to znaczenia. Miłość nie posiada, jako środka wyrazu, wolności doczesnej ani rozgłosu wśród tłumów: miłość nadprzyrodzona. Moja Matka była uboga i nieznana, zamknięta najpierw w Świątyni, a potem w swym wstydliwym dziewictwie. A jednak dała wam Skarb. A jednak przyniosła ludziom Słowo. Była milcząca, bezsilna, bo była kobietą, uważana za "nic" przez judaizm. A jednak żadne stworzenie, prócz Mnie, nie wypowiedziało jej słów ani nie działało tak jak Ona. Miłość nadprzyrodzona, doskonała w mojej Matce, dokonała cudu dotarcia do Nieba, otwarcia jego bram, wydobycia zeń Skarbu, umieszczenia pośród milczenia winnego świata i jego niewiedzy Słowa, które jest Mądrością, rozdzielenia Życia poprzez Krew, która niczym rzeka miała swe źródło w skale najczystszego diamentu jej dziewiczego łona, potrafiła dać wam Łaskę, dar darów, o nędzni ludzie, którzy z powodu winy byliście podobni zwierzętom, ofiarowując w milczeniu i miłości Jej Jezusa od chwili, gdy przyjął Ciało, aż do chwili, gdy zaniósł swoje Ciało do Nieba... O, rozłąko! Męczeństwo mojej Matki! Męczeństwo oczekiwania, w oczekiwaniu na wstąpienie na swój tron! "Niech mi się stanie według słowa twego" - powiedziała[531] przed Aniołem, w grocie betlejemskiej, w Świątyni, w Nazarecie, na Golgocie i na Górze Oliwnej; za każdym razem, gdy Ojciec prosił ją o ofiarę, zawsze wyższą, z jej woli i z jej miłości. Nie tyle za bycie Matką Bożą, ile za to, że poznała Miłość - a prędkie posłuszeństwo wiecznej woli jest wodą królewską, która próbuje złoto miłości - była i jest wzniosła. Dary pochodzą od Boga. Miłość jest waszą zasługą. A zatem w oczach Boga wasza zasługa tkwi w miłości, jaką macie. Ja, Mistrz, z surowością wpierw, a teraz z łagodnością, pouczam cię o wzniosłej Nauce, byś dzięki niej, jak pewną drogą, doszła bardzo wysoko. Miłość umacnia cię swym błogosławieństwem, byś zawsze bardziej postępowała jej drogami.
PRZYPISY
[529] Jezus mówi. Pisarka poprzedza odniesienie do 1 Koryntian 12:3; ale jest to werset 31, który z powodu wady drukarskiej na używanej przez nią Biblii brzmi 3. W rzeczywistości na tej samej Biblii obok tego wersetu (Dążcie do najlepszych darów; rzeczywiście uczę was wznioślejszej drogi) pisarka odnotowuje datę tego "dyktowania".
[530] Przemówił do ciebie "Wizją" z 22 kwietnia 1943 r., pierwszym z pism zebranych w trzech tomach "Zeszytów".
[531] powiedziała, jak w Łukasza 1:38.