QUADERNI

4 lipca 1944 r.

Dzisiaj nie będzie dyktanda, nie z powodu nieobecności Głosu, ale z powodu mojej niezdolności do jego przyjęcia. Zbyt poruszona, niemal deliryczna, z kryzysami podobnymi do tych z niefortunnych dni w Viareggio, nie jestem w stanie zrozumieć. Za dużo burzy! Nie mieści się jej już więcej w moim biednym sercu i w mojej biednej głowie. A jednak jest jej więcej! Panie, zmiłuj się! Ty przeżyłeś agonię w Getsemani... ile mi jej dajesz? Ile jest zrozpaczonych dusz, które muszą odnaleźć pokój poprzez moją mękę? U szczytu udręki, dziś od godz. 16 do 17, musiałam znosić ciężką pokusę. Kusiciel chciał mnie przekonać, bym udawała dla ludzkiego celu. Mówił mi: "Pisz własnymi słowami, teraz już potrafisz, przy odrobinie ćwiczenia naśladować styl Mistrza; pisz to, co może ci się przydać, by zawstydzić, a nawet gorzej, tego, kto zadał ci ból. On jest łatwowierny i od razu się na to nabierze". "Nie" - odpowiedziałam. "Nigdy nie użyję kłamstwa, ani w innych sprawach, ani w tej. Nawet wbrew własnej korzyści, piszę tylko to, co otrzymuję od różnych „głosów” i nic więcej. Nic własnego. Odejdź precz!". To była długa walka... Byłam spocona, jakbym stała w piecu. Zwyciężyłam. Ale demon zemścił się, zaostrzając we mnie wszystkie tęsknoty, lęki, przygnębienia... Kto zna te zmagania? Jeśli rozum i życie przetrwają i znów się spotkamy, powiem o tym Ojcu lepiej. Teraz nie powiem nic więcej, bo jestem złamana porannym kryzysem i dzisiejszą walką.