QUADERNI
31 grudnia 1945 r.
Nasz Pan chce, abym dodała tę kartkę do ukończonego zeszytu, mówiąc, że dobrze będzie, abym uzupełniła wczorajszy poranny epizod o dalszy ciąg, który trwa do tej pory. I jestem posłuszna. Przede wszystkim wczoraj, po tym... przepędzeniu Szatana dokonanym przez Naszego Pana, przez kilka godzin nic więcej nie widziałam. Potem przyszła ta pani... i tak spełniło się to, co zostało powiedziane w porannym dyktandzie. Z ciekawości albo z potrzeby, nie sądzę, że ze złośliwości, przyszła ta kobieta. Potem, gdy odeszła – a we mnie był wstrząs z powodu tej wizyty i była decyzja, by nie chcieć jej więcej widzieć – znów widzę, tak jak rano, twarz Szatana. Ale już nie ironiczną ani triumfującą. Lecz przygnębioną, jakby przestraszoną. Patrzy na mnie, patrzy na mnie właśnie jak ktoś, kto jest oszołomiony i stracił całą pewność siebie. Wydaje się pytać samego siebie: "Ale jak to możliwe? I kim jest ta kobieta?"... Odchodzi... Ja jednak jestem spokojna, bo czuję się wciąż całkowicie broniona mocą Jezusa. I to poczucie bezpieczeństwa rośnie coraz bardziej w miarę upływu godzin. Przychodzą Raffaelli. Rozmawiam o tym i owym, ale wciąż myśląc o wizycie nieznajomej, i z ciągłym niepokojem także, bo zostałam oszukana, i myślę o upokorzonej twarzy Szatana. Wszyscy odchodzą, a ja kładę się wyczerpana, słuchając koncertu muzyki klasycznej w radiu. I oto widzę w nieskończonej dali, nieskończonej jak wtedy, gdy widzę Raj – tylko że tu jest otchłań, nizina, podczas gdy Raj jest wysokością – widzę miejsce, o którym nie mogłabym nawet powiedzieć, że jest przerażające, lecz które jest nieskończenie smutne. Mało światła, ołowianego, powietrze jakby mgliste, mrok pomiędzy skalistymi i stromymi ścianami, które znajdują się po bokach czegoś w rodzaju polarnej kry, lecz nie białej od śniegu i lodu, ale czarnej jak smoła, usianej skalistymi platformami z ciemnej skały. Na jednej z nich, brzuchem do skały, leży Szatan z twarzą opartą na dłoni, z łokciem wspartym o skałę. Próbowałam zrobić szkic, ale nie potrafię. Nie patrzy ani na mnie, ani na nikogo innego. Niemal na powierzchni gęstej, czarnej wody, myśli i wydaje się przygnębiony, jeśli tak można powiedzieć i pomyśleć o Szatanie. Z pewnością jest bardzo przygnębiony. O czym myśli, tak samotny i zamyślony?... Czy naprawdę jest oszołomiony gwałtownością Jezusa, czy też jest pogrążony w myślach o innych niegodziwościach, by odegrać się za poranną porażkę? I dlaczego tak się śmiał dziś rano? I co udaremnił Jezus swoją gwałtowną interwencją? Pytania bez odpowiedzi. Dziś rano Nasz Pan daje mi do zrozumienia, że tę kobietę, która przyszła wczoraj, należy współczuć, bo ma wiele cierpień, jest prawa w myślach, i dlatego trzeba wobec niej okazać miłosierdzie. Dobrze. Ale kto da mi siłę? Jestem tu, z trudem łapiąc oddech. Wyczerpana jestem! Chciałabym tylko leżeć, w milczeniu, w ciemności, by zebrać resztki sił. I nigdy nie mam takiej możliwości! I nikt nie rozumie, że nie mogę już więcej! I nie jestem spokojna. Szatan działa. Działa. Czuję, że knuje swoje plany na szkodę Dzieła i narzędzia. Jezu, zmiłuj się nade mną!...