QUADERNI

24 marca 1946 r.

Czekałam tak długo, z niepokojem, aby usłyszeć anielskie słowo, tak słodkie, jasne, pokrzepiające. Ale muszę Ojcu powiedzieć, że odkąd Ojciec odszedł, pewien anioł, który nie wydaje mi się moim, jest stale i widocznie przy mnie obecny. Mówię Ojcu, że nie wydaje mi się moim, ponieważ podczas gdy Azariasz zwykle ukazuje mi się, materializując się w pięknie, jak to Ojcu opisałam[1] swego czasu, ten jest całkowicie uduchowiony, o świetle tak żywym, że tylko cud Boży pozwala mi na nie patrzeć, i ma, właściwe istotom duchowym, bezcielesne piękno, ani nie posługuje się stopami, by się poruszać, lecz dwoma światłami skrzydeł, i wszystko jest w nim światłem: twarz, ręce skrzyżowane na piersi, szata najbielsza i niematerialna… I mówię: ręce, twarz, szata, ponieważ my, biedni śmiertelnicy, nie możemy inaczej wyrazić tego, co widzimy, jak tylko w sposób materialny. Ale ten najpiękniejszy duch, który nigdy mnie nie opuszcza i z którym dusza moja prowadzi nieustanne rozmowy miłości, ma jedynie bezcielesne zagęszczenie swego ducha w postaci twarzy, rąk, szat, aby uobecnić się memu duchowemu oku, sprowadzone do niezbędnego minimum, by osiągnąć ten cel - tak że mówienie o jego twarzy, rękach, szacie jest właśnie słowem niewłaściwym i zbyt materialnym. Ukazuje mi się więc jak Anioł z Getsemani[2], który "był światłem w postaci anioła"; wydaje mi się jednym z wielu widzianych w chórach Raju… O! światło, światło śpiewające w bezkresnych błękitach Nieba!… Wydaje mi się jednym z tych bożonarodzeniowych,… tych, co pasterzom,… jednym z tych, którzy w Compito, w jedną z ostatnich nocy wygnania[3], unieśli mnie w ekstazę, przelatując i śpiewając harmonie niepowtarzalne… Kim jest, nie wiem. Wiem, że jego obecność jest moją pociechą. Jest dla mnie więcej niż słodkim światłem księżyca dla samotnego i zagubionego wędrowca, i daje mi pewność, że nie jestem sama, lecz jestem w najlepszym towarzystwie i pod najlepszym przewodnictwem, na najlepszej z dróg: na drodze anioła Bożego, i na drodze, którą kroczą aniołowie: na drodze Boga. Kim jest, nie wiem. Uszczęśliwia mnie swoją obecnością, lecz się nie ujawnia. Wczoraj Marta była nieobecna przez sześć godzin, w Camaiore… Otóż ja, sama w swoim pokoju przez trzy z sześciu godzin, byłam tak szczęśliwa tą anielską obecnością, że doznawałam z tego nawet fizycznej ulgi. Zatopiłam się w owym rozmyślaniu i kontemplacji, które obcym może się wydawać niemal sennością, a jest żarem ducha, i byłam błoga… Ileż pokoju!… Ale teraz Azariasz ukazuje się i przemawia. Zatem świetlisty anioł nie jest Azariaszem… i piszę.

[Następuje rozdział 5 KSIĘGI AZARIASZA]

I Azariasz klęka, by słuchać Gabriela, który, zwiększając swoje światło, pozdrawia mnie pozdrowieniem: "Ave Maria!". Nic innego jak tylko "Ave Maria". Potem mówi mi straszne - och, to naprawdę straszne słowo - i wydaje mi rozkaz. Tak potępiające w swoim uzasadnieniu!!! Ale zabiorę je ze sobą do grobu. "Jest o wiele straszniejsze" - mówi Archanioł - "od tajemnicy fatimskiej, i nie wolno go ujawniać, ponieważ ludzie, nawet ci, dla których zostało wydane, nie zasługują na to, by je poznać". A potem Archanioł, razem z Azariaszem, który podnosi się z klęczek, śpiewa: "Błogosławmy Pana". Odpowiadam: "Bogu niech będą dzięki", jak nauczył mnie Azariasz, i razem z nimi mówię: "Chwała Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu"… A teraz noszę też udręczający ciężar tej straszliwej wiedzy… Skoro Archanioł pozdrowił mnie pozdrowieniem "Ave Maria", myślę, że to on przemówił 5 grudnia. Czy Ojciec pamięta ten liścik z regułą dla Dory? Ale ja o nic nie pytam… i pozostaję w swojej niepewności.

[Następuje, pod datą 31 marca 1946 roku, rozdział 6 KSIĘGI AZARIASZA. Z datami od 25 do 31 marca 1946 roku są rozdziały od 403 do 408 - z wyłączeniem rozdziału 406, który pochodzi z 1944 roku - dzieła EWANGELIA]

PRZYPISY

[1] opisałam, 15 stycznia 1946 r.

[2] Anioł z Getsemane, wspomniany w Ewangelii Łukasza 22:43, ale opisany w rozdziale 602 Ewangelii.

[3] wygnanie, tak nazywa okres wysiedlenia w Sant'Andrea di Còmpito (notatka do 24 kwietnia 1944 r.).