QUADERNI
21 czerwca 1944 r.
Jezus mówi: "Nie. Nie skarż się i nie żałuj, jakby to była zmiana miłości względem ciebie. To nie jest umniejszenie; to wzrost. Mówię do ciebie i do wszystkich duchów, które poświęciły się całkowicie Mnie i które znajdują się w tym samym stanie co ty. To one są tymi, na których spoczywa moje oko i które pocieszają Mnie wobec wszystkich nikczemności, jakie widzę popełniane na Ziemi. Gdy ktoś wykonał pracę ciężką, przygnębiającą, a nawet odpychającą, czyż nie znajduje wielkiej radości w oddychaniu czystym powietrzem i patrzeniu na piękną, zieloną, kwitnącą łąkę? Płuca się rozszerzają, oko odpoczywa, umysł się odradza. Zdaje się, jakby człowiek rodził się na nowo. To samo dzieje się z waszym Jezusem. Tak zasmuconym, tak zniesmaczonym! I to przez tak wielu! Pomyślcie: jestem Dobrocią i Miłością, a doznaję zniewag, nieustannej nienawiści, i muszę używać surowości, by karać winnych. To męczy Mnie bardziej niż niesienie krzyża. Nie żebym wówczas nie wiedział, że umieram na próżno za wielu. Nie byłem tego nieświadomy, ale mówię o trudzie fizycznym i chwilowym. To zaś jest trud nieustanny, trud mojego ducha. Winni męczą ducha Bożego. Pomyślcie o tym, a zrozumiecie, jak wielka jest wina, jeśli zdolna jest zmęczyć ducha tak doskonałego jak Boski. Otóż wy, moi umiłowani, dajecie Mi wytchnienie. A teraz posłuchaj tej przypowieści, przeznaczonej dla was. Mężczyzna kocha kobietę. Widział ją piękną, powiedziano mu, że jest dobra, czysta i skromna, i poczuł, jak w sercu rodzi się uczucie, a wraz z uczuciem nadzieja, że będzie mógł posiąść tę kobietę jako żonę i uczynić z niej perłę swego domu. Każe się przedstawić jej krewnym i prosi ich o rękę dziewczyny. Udzielają mu jej. A on z tysiącem względów stara się zdobyć jej uczucie, ponieważ jego uczucie jest już miłością ogromną i pragnie wznieść do niej także swoją ukochaną. Ilekroć do niej idzie, przynosi jej coś, o czym wie, że lubi; gdy jest od niej daleko, myśli, co mógłby jej przynieść; jeśli jest daleko od miejscowości, pisze do niej, by powiedzieć to, czego nie może powiedzieć ustnie, a gdy tylko wraca w te strony, biegnie do niej. Nie opowiada jej o własnych zmartwieniach. Zostawia je za drzwiami, bo nie chce jej zasmucać, a dla niego samego ulgą jest już widok uśmiechniętej twarzy ukochanej. Tak mija czas, który wy nazywacie "narzeczeństwem", a my, Żydzi, "zaślubinami", lecz który, nie będąc małżeństwem dopełnionym, był w gruncie rzeczy oficjalnym, bardzo surowym narzeczeństwem, tak że kobieta przyjmowała miano "wdowy", jeśli oblubieniec umierał przed dopełnieniem małżeństwa, pozostawiając ją dziewicą. Lecz potem przychodzi chwila, gdy kobieta opuszcza dom ojca i wchodzi do domu oblubieńca, by być z nim "jednym ciałem" według starożytnego przykazania[399], i to na zawsze, według mego nowego przykazania, które mówi: "Co Bóg złączył, człowiek nie może rozłączyć z żadnego powodu". Rozłączać bowiem znaczy popychać do cudzołóstwa, a grzech cudzołóstwa popełnia nie tylko ten, kto grzeszy w samej materii, lecz ten, kto stwarza przyczyny grzechu, stawiając stworzenie w okolicznościach sprzyjających grzechowi. I trzeba to powiedzieć nie tylko mężom, którzy porzucają żony, i żonom, które oddzielają się od mężów, ale także krewnym jednej i drugiej strony, którzy przez własną złą wolę czy egoizm sieją niezgodę między dwojgiem małżonków, oraz owym kłamliwym przyjaciołom domu, którzy przez kłamstwa, albo choćby przez podsycanie niezadowolenia, które nierozniecane by wygasło, wywołują między dwojgiem małżonków widma zdolne uczynić wspólne życie nie do zniesienia. Zaprawdę powiadam wam, że gdyby małżonkowie umieli żyć odosobnieni w kręgu swego uczucia i miłości do potomstwa, dziewięćdziesiąt procent separacji małżeńskich przestałoby istnieć, ponieważ te same powody niezgodności, które przytacza się, by uzyskać separację między małżonkami, istnieją w każdym współżyciu: między dziećmi a rodzicami, między krewnymi, między rodzeństwem, nawet między przyjaciółmi, którzy się zeszli razem, a przecież nie czynicie ich tak doniosłymi, by doszło do zerwania. A tę więź, która pod każdym względem jest nierozerwalna, zrywacie z największą łatwością. Nigdy nie powinniście być niewierni, nigdy. Ale to jedno mogłoby - nie z mego punktu widzenia, lecz z waszego - być jedynym motywem separacji. Z punktu widzenia naturalnego. Bo porządek nadprzyrodzony mówi: "Jeśli jedno z dwojga już zawiniło, tym większy jest obowiązek drugiego, by być wiernym, aby nie pozbawić potomstwa uczucia i szacunku. Uczucia rodziców do potomstwa, szacunku potomstwa do rodziców. A ten czy ta, kto nie umiejąc przebaczyć, oddala winnego i pozostaje sam, z trudem potem umie pozostać sam, i z kolei przechodzi do niedozwolonych miłości, których skutki spadają na bezpośrednią teraźniejszość dzieci i na ich przyszłą moralność". Dlatego Ja mówię: "Nie wolno człowiekowi, z żadnego powodu, nie wolno chrześcijaninowi rozdzielać tego, co Sakrament złączył w Imię Chrystusa". Lecz Ja nie chcę mówić ci o tym. Chcę mówić do ciebie, duszo moja, która jesteś złączona nie z mężczyzną, lecz z Bogiem, ofiarą miłości, którą On przyjął. Chcę mówić do dusz, sióstr twoich w całkowitej miłości do Mnie. Gdy więc oblubienica opuszcza dom ojcowski i staje się żoną tego, który ją kocha, wznosi się na wyższy stopień miłości. Nie są już dwoje, którzy się kochają. Jest jedno, które kocha siebie w swym podwójnym obliczu. Jedno kocha siebie odbite w drugim, ponieważ miłość ściska ich węzłem tak ciasnym, że radość znosi odrębność osobowości, a dwoje pojedynczych osób raduje się jedną, jedyną radością. Odpowiada to dwóm pierwszym okresom zaślubin mistycznych. Najpierw jesteście kochane i przywiązujecie się do Boga, który was kocha. Potem wnikacie w wyższą miłość i radujecie się Jego radościami, które stają się waszymi radościami. Ale to nie jest jeszcze doskonałość oblubienicy. Powiedziałem ci to już[400] i teraz powtarzam, by odpowiedzieć na twoje "dlaczego". "Dlaczego teraz nie masz już tych słów tak pewnego pokoju, tak stanowczej obietnicy, że oszczędzisz mi pewnych cierpień?" - powiedziałaś przed chwilą, czytając ponownie stronice z października. O Mario! Dlaczego! Ponieważ wyniosłem cię wyżej. Ludzie oskarżają Mnie, że powtarzam się w mowie. Lecz jeśli muszę się powtarzać z tobą, która cała jesteś wytężona, by Mnie słuchać, i wydajesz Mi się jak pisklę w gnieździe z dziobkiem szeroko otwartym, oczekujące pokarmu, który ojciec mu podaje - twoim pokarmem jest moje słowo - to jakże nie miałbym się powtarzać, gdy mówię do tych, którzy nie są na Mnie uważni? Raz, dwa, sto, tysiąc razy muszę powtarzać te same prawdy, aby choć odrobina z nich przeniknęła do ich serca i wzbudziła w nim światło. A jeśli potem takie światło gaśnie, wina nie jest moja, ani nie mogą oskarżać Mnie o swoją ślepotę. Teraz zaś mówię ci. Gdy minie okres miłości pełen entuzjazmu, dojrzewa ona do godnej dojrzałości, i z mężczyzny, i z kobiety - przedtem jedynie dwojga mieszkańców Ziemi, potem zaś stających się jednym ciałem - czyni ojca i matkę, którzy kochają się pochyleni nad kołyską i patrzą na siebie, mówiąc, mówiąc tak, jak powiedział Bóg Stwórca, patrząc na Człowieka - pomyślcie, rodzice, o waszej potędze -: "Uczyniliśmy stworzenie, które jest wieczne, które jest z Niebios, z Boga". Takie jest przeznaczenie człowieka i, jeśli jego zła wola nie sprowadzi go na manowce, taki jest jego chwalebny cel. Lecz gdy dojdzie się do tego doskonałego zjednoczenia, czyż oblubienica nie staje się także matką, siostrą i przyjaciółką małżonka? O, jak słodką pociechą jest dla mężczyzny taka kobieta, która umie go kochać z taką doskonałością, że może w nią wylać wszystkie swoje myśli i być pewnym, iż zostaną zrozumiane i pocieszone! Oh, błogosławiony ten dom, gdzie świętość Sakramentu żyje w prawdziwym znaczeniu tego słowa i wydaje niewyczerpane kwiecie aktów miłości. Miłości nie tylko cielesnej, ale bardziej duchowej. Miłości, która trwa, a nawet wzrasta w miarę jak mnożą się lata i troski. Miłości, która jest prawdziwą miłością. Ponieważ nie ogranicza się do kochania dla przyjemności, lecz obejmuje cierpienie współmałżonka i niesie je razem z nim, aby ulżyć mu w ciężarze. Czy mniej kochają się dwoje, którzy płaczą razem, niż dwoje, którzy się całują i uśmiechają? Nie, Mario. Kochają się bardziej. Mężczyzna okazuje, że bardzo ceni swoją kobietę, jeśli powierza jej wszystko o sobie, by uzyskać radę i pociechę. Kobieta okazuje, że bardzo kocha swego mężczyznę, jeśli umie rozumieć jego myśli i jeśli chętnie pomaga mu nieść jego troski. Nie będzie już ognistych pocałunków i słów poezji. Ale będą pieszczoty duszy z duszą i tajemne słowa, które szepczą sobie duchy, dając sobie nawzajem pokój prawdziwej miłości. Prawdziwego małżeństwa. A więc, duszo moja. Jesteś teraz na tym etapie. Swoją miłością złączoną z moją zrodziłaś Mi dzieci. Dziećmi, które Mi dałaś, są wszyscy ci, którzy poznali Mnie albo poznali Mnie lepiej dzięki twojej czynnej miłości. Poznasz ich pewnego dnia i będziesz się nimi radować. Teraz, gdy kocham cię wielokroć bardziej za każde dziecko, które Mi dałaś, teraz, gdy wiem, że kochasz Mnie aż do tego stopnia, by wziąć na siebie krzyż mojej sprawy, ponieważ chwała twego Pana leży ci na sercu bardziej niż twoje własne życie, oto postępuję z tobą jako Oblubieniec pewny swej oblubienicy. Nie okazuję ci już wyłącznie uśmiechu, ale i mój płacz. Nie pieszczę cię już różami, lecz odciskam ci na sercu róże krwi, opierając o nie moje czoło ukoronowane cierniem; nie całuję cię już ustami zanurzonymi w miodzie i winie, lecz ustami gorzkimi od octu i żółci, które były moim ostatnim napojem, do którego domieszał się cierpki smak krwi wznoszącej się z płuc rozdartych w ostatnim rzężeniu. Jeśli tak cię traktuję, to dlatego, że uważam cię za "kobietę mocną" w biblijnym[401] znaczeniu tego słowa. O, jakąż ulgą jest dla Mnie posiadać takie serca! Dajcie je, wy hojni, którzy umiecie kochać, wiecznemu Żebrakowi, który wciąż prosi o miłość, a nie otrzymuje nic prócz obojętności i zniewag. Daj Mi je, Mario. I nie lękaj się, żeś zstąpiła niżej. Gdybyś miała skrzydła anielskie, wznosiłabyś się zawsze mniej szybko, niż wznosisz się na skrzydłach hojnej miłości." Dla wiadomości Ojca: moje zdanie, które wywołało tę pociechę Jezusa, powstało w następujący sposób. Czytałam ponownie płomienne stronice z ubiegłego października, gdy On obiecywał mi, że wkrótce przyjdzie zabrać swoją gołębicę. "[Gdy] wiosna zawita w nasze strony i usłyszy się głos synogarlicy, wtedy przyjdę" - mówił[402]. A ja miałam taką nadzieję, bo umierania wcale się nie brzydzę. Owszem, niczego innego nie pragnę, jak tylko umrzeć. "Ale dlaczego" - mówiłam Mu dziś rano, myśląc o Jego obietnicy i czując, jak z godziny na godzinę ucieka ze mnie życie niby woda z rozbitego naczynia - i ucieka w takim opuszczeniu, w takiej samotności, że mniej okrutne byłoby to na pustyni, ucieka wraz z rozumem, który tutaj zużywa się jeszcze szybciej niż organizm, który przecież sam się rozpada, i tylko ja wiem, jak się rozpada, w tym klimacie, który mnie oszałamia z powodu ciśnienia barometrycznego zgubnego dla chorej cierpiącej na moje dolegliwości, oraz z powodu słabości ciała coraz bardziej niedożywionego, ponieważ nie mogę przyswajać pokarmu i dlatego muszę go odstawiać – "dlaczego" - mówiłam Mu - "nie zabrałeś mnie przed... nie mogę się powstrzymać, by go nie nazwać: przeklętym 10 kwietnia?[403] Wśród tysiąca tortur, ale przed tym dniem. Z ciałem stoczonym przez raka, jak prosiłam, ale nie tak... i jeszcze się nie skończyło. Czy to możliwe, że Ty, który zawsze wysłuchiwałeś mnie, gdy prosiłam za innych, za wszystkich innych, wielkich i małych, dobrych i złych, wierzących i ateistów, nie zechciałeś wysłuchać mnie, gdy prosiłam dla siebie? Dlaczego?" To "dlaczego", które świdruje mi serce i umysł. To "dlaczego", na które nie dano odpowiedzi zdolnej dać mojemu ja taki pokój, by przestało zadawać sobie to "dlaczego". Dlaczego? Dlaczego? Jest to zdumienie wciąż na nowo we mnie odradzające się z powodu odmowy, jaką Bóg dał tej łasce, o którą Go prosiłam, tej jedynej dla mnie, po tym jak dałam Mu wszystko. Jedna łaska! Jedna dla mnie! Zdumienie. Bo wiem, jak bardzo jest dobry. Doświadczyłam tego i dla innych, i dla siebie samej. Dla wszystkich, bo zawsze mówił mi "tak", gdy prosiłam Go o łaski dla innych. Dla mnie, bo ma tyle pieszczot dla mojej duszy. Ale w tym jednym nie chciał mnie wysłuchać. Oto moje bolesne zdumienie, które nie umiera, które nie może umrzeć, które krzyczy tym głośniej, im bardziej mija czas i im bardziej czuję na sobie śmierć, i myślę, że najprawdopodobniej będę musiała skonać poza swoim domem. Minęło już dziewięć lat, odkąd Jezus poprosił mnie o mego tatę[404], a z jakim bólem powiedziałam "tak" - może wiedzieć tylko On, który widzi moje codzienne łzy i słyszy moje wołania, które bez wytchnienia wzywają: "tato, tato!" - to tylko On może wiedzieć. A tutaj łzy są jeszcze bardziej gorzkie. Minął rok, odkąd poprosił mnie o mamę. 3 czerwca 1943 roku. A z jakimi łzami Mu ją oddałam, wie tylko On. Inni nie wiedzą, bo płaczę wtedy, gdy inni śpią albo jedzą, i sądzą, że ja robię to samo. Ale tam płakałam w spokoju, tutaj nie. Nie mam pociechy, nie. Nie, drodzy. Jeśli moja miłość bliźniego oszczędza wam widoku mego bólu, wiedzcie wszyscy, bliscy i dalecy, że jest on żywy tak jak wtedy, gdy dowiedziałam się, że mama jest skazana, i cierpiałam agonię sieroctwa jeszcze wcześniej, cztery miesiące zanim sierotą się stałam, i jest wciąż świeży i palący jak rana zadana przed chwilą. Tutaj bardziej palący niż kiedykolwiek. Ale chciałam umrzeć tam, tam, tam, gdzie oni umarli i gdzie, jak tylko umieli, mnie kochali, i gdzie ja ich kochałam bardzo, o, dużo bardziej niż samą siebie. Chciałam umrzeć tam, gdzie przynajmniej znalazłam w niej przewodniczkę, Ojcze, i gdzie było tyle Jezusa. Tutaj jestem trzciną, którą wiatr wygina, i nie ma nic, co byłoby dla mnie oparciem, nawet wspomnienie czy echo Jezusa, bo tutaj nie jest tak jak tam. Słyszę głosy, czuję nawet pieszczoty (bardzo rzadko, tam były nieustanne), ale widzę ich - dla mnie[405] (niech Ojciec przeczyta zapis z 7 czerwca, czarny zeszyt II) - tylko raz jeden, i nie potrafię zachować w pamięci ich wyglądu. Owszem, poza Bogiem wszystko inne jest wiatrem, który gnie i łamie biedną trzcinę... Ale to również dlatego, że tylko Ty jeden mnie nie torturujesz, mówię Ci: "Zmiłuj się. Nie daj mi poznać błota. Nie każ mi już więcej czuć jego mdlącego smaku. Chcę Ciebie, Ciebie samego. Chcę wciąż, nieustannie mówić: Bóg jest dobry. Chcę móc to nadal mówić - czego nie mogłabym już czynić, gdyby zbyt okrutny cios zniszczył ten rozum, który mi dałeś, a który pragnie pozostać nienaruszony, by Ciebie pojmować i powtarzać to, co Ty mu mówisz". Dziś jest środa. W tygodniu to dzień poświęcony rozpaczającym[406]. Może cierpię za nich, by odjąć im część tortury... Jeśli tak jest... Niech tylko jutro nie będzie takie jak dziś. To jak wąż, który się skręca i dusi we własnych, śliskich i zimnych zwojach. O nadziejo, nadziejo, nie gaśnij nigdy w sercu ludzi! Nie czyń z ludzi bydląt, odbierając im swoje światło, które jest rozumem, wiarą, pokojem i drogą do domu Bożego, do Królestwa Bożego.
PRZYPISY
[399] stare polecenie w Księdze Rodzaju 2:24; nowe polecenie w Ewangelii Mateusza 19:5-6.
[400] Powiedziałem ci, na przykład w "dyktandzie" z 13 lutego, które z kolei odsyła do "dyktanda" z 11 października 1943 roku.
[401] sens biblijny, który można wyprowadzić z Księgi Przysłów 31:10-31, gdzie wychwala się kobietę "mocną" (według Wulgaty) albo "doskonałą" (według neowulgaty).
[402] powiedział, nie całkiem dosłownie, pod koniec pierwszego "dyktanda" z 9 października 1943 r. i pod koniec drugiego "dyktanda" z 13 października 1943 r.
[403] 10 kwietnia, kiedy dowiedziała się, że zostanie zarządzona obowiązkowa ewakuacja z Viareggio, jak wspomnieliśmy w notatce do 24 kwietnia, dnia, w którym rozpoczęła się ewakuacja pisarki. Krótko wcześniej rozpoczęło się czterdzieści dni boskiego opuszczenia, wielokrotnie przypominane.
[404] Mój ojciec, Giuseppe Valtorta, urodzony w Mantui w 1862 roku, zmarł w Viareggio 30 czerwca 1935 roku. Matka pisarki, Iside Fioravanzi, urodzona w Cremonie w 1861 roku, zmarła w Viareggio 4 października 1943 roku.
[405] dla mnie, jak wyjaśniono w dniu 7-6, tj. w piśmie z dnia 7 czerwca.
[406] dzień poświęcony zdesperowanym, zgodnie z tygodniowym kalendarzem cierpień, ustanowionym w "dyktacie" z 29 maja.