QUADERNI
21 grudnia 1945 r.
Ojcze! Nie wiem, czy Ojciec zauważył, że w chwili Komunii Świętej trudno mi było podążać za Ojcem, ponieważ byłam... już gdzie indziej, wpatrzona w górę, skąd dochodziło do mnie radosne wezwanie, ta radość, której nie da się opisać ludzkimi porównaniami i słowami. Musiałam podjąć wysiłek, by się stamtąd oderwać i odpowiedzieć Ojcu... Potem, pośród wstrząsów radości, fal coraz szerszej radości, coraz bardziej rozjaśniało mi się to, co ponadludzkie, i widziałam. Zobaczyłam promienny błękit niebiańskich prerii... To już samo w sobie jest czymś, co prowadzi do błogości, nawet gdyby pozostało samotne, ten widok niebiańskich krain zalanych światłem, którego żadne porównanie nie wyjaśnia, światłem Raju. Niech Ojciec zauważy, że przestrzenie niebiańskiego Królestwa wydawały mi się dużo wyżej niż zwykłe eteryczne niebo, a jednak były dla mnie równie wyraźne, jak gdyby nie były dalej niż dachy; i zawsze, kiedy kontempluję Raj, mam to wrażenie nieskończonej odległości od Ziemi oraz wrażenie, że jestem przenoszona poza ziemską atmosferę, aby zbliżyć się do rajskiego Nieba i móc dobrze widzieć. Czuję się, krótko mówiąc, wyrwana Ziemi i uniesiona tam, daleko. Nie do Raju, który jest jeszcze wyżej, lecz tam, gdzie stworzenie jest już daleko, nawet z gwiazdami i planetami. Mam wrażenie, że klękam moją duszą, i uczyniłabym to również materialnie, gdyby resztka czujnego rozumu nie powstrzymywała mnie od okazywania na zewnątrz tego, co się we mnie dzieje. Ale duszą padam na twarz, ponieważ czuję, że jestem w obecności czegoś tak wyższego od człowieka, że trzeba to czcić, choćby było jedynie światłem i błękitem bez granic. Z punktu położonego między północą a wschodem zbliżają się do mnie, idąc jak zwykli śmiertelnicy po szafirowych polach, trzy przepiękne postacie o królewskim i pełnym godności chodzie. A jednak nie ma w nich nic z wyniosłości. Wręcz przeciwnie. Idą swobodnie, nie tracąc nic z majestatu. Uśmiechają się, patrząc na mnie, i uśmiechają się między sobą, wskazując mnie sobie nawzajem językiem spojrzeń. W miarę jak się zbliżają, widzę poruszenia pięknych oczu: tęczówki szafirowobłękitne u pierwszego, najczarniejsze u drugiego, kasztanowo-złote u trzeciego, jaśniejące uśmiechem i światłem Raju. Dochodzą aż do krańca niebiańskiego pola, poza którym jest pustka, aż do niższego stopnia, na którym jestem ja, pełna czci i zachwytu. I tam się zatrzymują, patrząc na mnie, uśmiechając się tak, jak tylko anioł potrafi się uśmiechać, trzymając się objęci wpół jak trzej kochający się bracia, którzy idą razem. To trzej archaniołowie: Gabriel, Michał, Rafael. Próbuję ich opisać. To trzej przepiękni młodzieńcy. Wydają mi się młodzieńcami w wieku od dwudziestu, a nawet od osiemnastu, do trzydziestu lat. Najmłodszy jest Rafael, najstarszy z wyglądu Michał o straszliwej urodzie. Pierwszy po prawej to Gabriel, w widocznym wieku 24–25 lat. Wysoki, smukły, bardzo uduchowiony w zachwyconych rysach nieustannego czciciela. Blond o barwie czystego złota, włosy falujące aż do ramion, a raczej do nasady szyi, przytrzymywane cienką diamentową opaską: wyglądała ona raczej jak wstęga rozżarzonego światła niż jak metal i klejnoty. Ubrany w szaty utkane ze światła – diamentów i pereł – jakie wiele razy widziałam na ciałach uwielbionych. Tunika długa, luźna, przeczysta, całkowicie zakrywająca stopy, ledwo odsłaniająca zwisającą wzdłuż boku prawą dłoń, piękną w swym kształcie. Patrzył na mnie swoimi szafirowymi oczami, z uśmiechem tak nadprzyrodzonym, że choć był to uśmiech, budził we mnie lęk. Drugi, pośrodku, również bardzo wysoki jak towarzysz, był, jak powiedziałam, straszliwy w swej surowej piękności. Ciemnowłosy, o włosach krótszych od towarzysza i bardziej kręconych, o krzepszej budowie, z czołem obnażonym z wszelkiego diademu, ale z czymś w rodzaju medalionu ze złota i kamieni na piersi, wspartego na dwóch złotych łańcuszkach na szyi. Osadzone kamienie tworzą znaki, może imię, ale ja nie umiem odczytać tych słów, tych liter, które nie są takie jak nasze. Ubrany jest w rozpalone złoto, w szatę tak lśniącą, że aż oślepia. Wygląda jak jasny płomień (nie czerwonawy, lecz złocisty), który oplata jego zwinne i krzepkie członki. Jego czarne oko jest surowe i rzuca promienie. Mnie nie napawa lękiem, bo czuję, że nie gniewa się na mnie, lecz przeciwnie – że mnie miłuje. Ale jest to spojrzenie o takiej grozie, że musi napawać trwogą grzeszników i Szatana. Michał nie ma ani miecza, ani włóczni, wbrew temu, jak się go przedstawia, lecz jego bronią są jego oczy. Nawet uśmiech ma surowy, bardzo poważny. Trzeci, odziany w szatę przepasaną klejnotami, w szatę o delikatnej barwie szmaragdu, wygląda, jakby był ubrany właśnie w ten kolor, jaki widzimy, patrząc na szmaragd pod światło. Jest wysoki, o ciemnych włosach, długich jak włosy Gabriela. Cenna barwa włosów – kasztanowa, pełna ciemnozłotych iskierek. Wygląda na najmłodszego ze wszystkich i przypomina mi trochę świętego Jana Apostoła, przez ten słodki, młodzieńczy uśmiech. Rafael zaś ma oczy o najsłodszej barwie kasztanowej, spojrzenie spokojne, cierpliwe, będące pieszczotą. Uśmiecha się bardziej po ludzku niż pozostali. Wszystko w nim jest bardziej podobne do nas. Jest to prawdziwie "dobry młodzieniec"[1] z Księgi Tobiasza. Ma się ochotę włożyć dłoń w jego dłoń, z ufnością, i powiedzieć mu: "Prowadź mnie! We wszystkim!". Patrzą na mnie, uśmiechają się, uśmiechają się między sobą. Potem mnie pozdrawiają. Gabriel śpiewa swym najbardziej uduchowionym, harfowym głosem (a każda nuta unosi ku ekstazie): "Ave, Maria", a mówiąc "Maria", składa dłonie na piersi i pochyla głowę, unosząc ją potem z uśmiechem, który zwiększa blask całej jego postaci ku najwyższemu Rajowi. Rozumiem, że nie tyle chciał mnie pozdrowić, co wyraźnie coś wskazać. To Archanioł, który zapowiada[2] wielką tajemnicę... i zdaje się nie umieć nic innego, jak tylko wypowiadać te słowa i czcić Dziewicę... Michał dotyka swego klejnotu na piersi. Bierze go między palce prawej dłoni i unosi, by mi go pokazać, i głosem pełnym spiżowych rezonansów mówi: "Kto jest z Bogiem, może wszystko. I nic nie może Szatan przeciw temu, kto jest z Bogiem. Bo któż jest jak Bóg?" – i te ostatnie słowa zdają się poruszać niebiańską aurę niby harmonijny grzmot. Opuszcza swój medalion na piersi i klęka, adorując Przedwiecznego (którego jednak nie widzę, ale powiedziałabym, sądząc po spojrzeniu archanioła, że jest prostopadle nade mną albo tuż za moimi plecami, w górze, wysoko w górze). Rafael, o złotym głosie, otwiera ramiona, jakby chciał mnie objąć, i jednocześnie unosi twarz lśniącą radością z kontemplacji Boga, mówiąc: "Radość niech będzie z tobą zawsze". Przypomina trochę anioła, którego widziałam w dwóch widzeniach. Jest jednak mniej uduchowiony od tamtego. U nasady włosów ma światło w kształcie gwiazdy, łagodne światło, które koi, tak jak koi jego szata z lśniącego, jasnego szmaragdu. Patrzą na mnie jeszcze raz. Potem obejmują się mocniej wpół (niech Ojciec zauważy, że do tej pory nie dostrzegłam skrzydeł za ich plecami) i rozkładają skrzydła perłowe, ogniste, o zielonkawym blasku, i szybko wznoszą się ku Empireum, śpiewając pieśń nie do powtórzenia, taką samą, jaką słyszałam 13 grudnia 44 roku w Còmpito, kiedy widziałam zastępy anielskie przelatujące nad Betlejem, śpiewające... A ja pozostaję tutaj. Właściwie schodzę ze sfer, w których byłam, i wracam do siebie samej, w moje cierpienia, do mego łóżka. Ale radość pozostaje... i zdaję sobie też sprawę, że – głupia, głupia – nie potrafiłam powiedzieć ani słowa do trzech archaniołów... Lecz moja dusza rozmawiała z nimi. Czułam, że oddaje im cześć, choć nie potrafiłam przełożyć jej uniesień na materialne słowa.
Po tym wszystkim, co przeżyłam, biorę Biblię, by odszukać w niej każde objawienie anielskie. Przechodzę tak przez Abrahama, Jakuba, Tobiasza, a potem proroka Daniela. W rozdziale 8 mój wzrok pada na wersety 13–14. Gdy dochodzę do zdania: "Odpowiedział: Od wieczora do rana, dwa tysiące trzysta dni, a potem oczyszczona będzie świątynia", szybka jak świetlista strzała przychodzi odpowiedź, a raczej wyjaśnienie: "Postaw zamiast słowa 'dni' słowo 'wieki', ponieważ dla nas wiek jest mniej niż dzień, a otrzymasz datę końca świata". Nic więcej. Tak nagle, jak przyszedł, tak też ucichł ten głos, o którym powiedziałabym, że jest głosem mego wewnętrznego Napominającego[3], ponieważ jest podobny do jego głosu.
PRZYPISY
[1] dobry młodzieniec, towarzysz podróży w historii Tobiasza 5.
[2] Archanioł, który zapowiada, w Łukasza 1:26-38.
[3] wewnętrznego Napominającego, wyrażenie powtarzające się, oznacza rodzaj intuicji lub wewnętrznego głosu, który pisarka wyjaśniła 29 stycznia 1944 roku. W dniu 9 stycznia 1946 r. stanie się on "niematerialnym głosem", który "dyktuje". Po kilku dniach, 15 stycznia, pisarka ujawni, że jest to jej anioł stróż, któremu w końcu będzie mogła nadać imię: Azariasz.