QUADERNI

20 stycznia 1944 r.

Dice Gesù: "Chcę ci wyjaśnić epistołę i Ewangelię z wczorajszej Mszy. Wczoraj wieczorem byłaś zbyt zmęczona, abym mógł to uczynić. "Kto wytrwa aż do końca, będzie zbawiony" - jest powiedziane[85] we fragmencie ewangelicznym. A w epistole powiedziane jest: "Nie odrzucajcie więc waszej ufności, za którą czeka wielka nagroda. Potrzebna wam jest cierpliwość, abyście pełniąc wolę Bożą, otrzymali to, co zostało wam obiecane; bo jeszcze chwila, a Ten, który ma przyjść, przyjdzie i nie będzie zwlekał; sprawiedliwy zaś żyje z wiary, lecz jeśli się cofnie, nie będzie miły mojej duszy". Oto, córko. Miej zawsze przed oczyma, w tym i w wielu przyszłych upadkach ducha, będących owocem braku miłości, który cię otacza, te świetlane słowa. To one dały siłę męczennikom zamordowanym przez tyranów i męczennikom cierpiącym od bliskich lub przełożonych. Trzeba wytrwać do końca, mimo szyderstw, ciosów, nacisków, cierpień. Ja jestem nagrodą daną wytrwałym. Pomyśl, Mario: Ja, twój Jezus. Czymże będą wtedy te ciernie, które teraz cię przeszywają i sprawiają ci tyle cierpienia? Niczym, a nawet czymś więcej niż niczym: radością. Spojrzysz na nie z miłością, ucałujesz je z wdzięcznością, bo właśnie dzięki nim będziesz miała Mnie coraz potężniej. Każde cierpienie przezwyciężone bez ugięcia się jest wzrostem zjednoczenia w Niebie. Zapamiętaj to. Tam wszystko widziane jest w nowym świetle. Nawet tych, których teraz kochasz jedynie z miłości do Mnie, bo ich sposób postępowania skłaniałby twoje człowieczeństwo do tego, by ich nie kochać, tam będziesz kochała już swoją własną miłością, bo zobaczysz ich jako narzędzia, które dały ci ten nieskończony Skarb, którym Ja jestem. Ostatnia modlitwa męczenników była za ich oprawców: aby doszli do Światła. Ostatnia modlitwa świętych - za ich prześladowców: aby doszli do Miłości. Nie wiesz, ty tego nie wiesz, ale Ja ci to mówię. Wielu przełożonych zakonnych, w których człowieczeństwo, żyjące w nich mimo szaty wyrzeczenia się ciała, prowadziło do pychy, a przez to do braku miłości wobec ich podwładnych, doszło do skruchy, a stąd do duchowego odrodzenia, będącego początkiem narodzin dla Nieba, właśnie dzięki modlitwom pewnego "świętego" z ich zgromadzenia, który odpłacał za ich surowość i niesprawiedliwości aktami nadprzyrodzonej miłości, modląc się i cierpiąc za odkupienie tego serca, które było dla niego tak mało życzliwe. Teraz w Niebie moi aniołowie patrzą zbliska zarówno na uciśnionego, jak i na ciemiężcę, a to nie ciemiężca jest teraz zwierzchnikiem, lecz uciśniony, który jak kochający ojciec patrzy z radością na swojego zbawionego, który wszedł do życia wiecznego dzięki łasce jego prawdziwej miłości. Światło tych duchów, które ocaliły swoich dręczycieli, jest światłem szczególnym i pochodzi z promienia mojego otwartego boku[86], mojego serca, które modliło się na krzyżu za swoich oprawców, bo ci, którzy modlą się za tych, którzy sprawiają im cierpienie, są podobni do Mnie, który modliłem się za moich katów. Ufność we Mnie, który widzę, i cierpliwość wobec innych, wobec rzeczy, które się na was zawzięcie rzucają. Nagroda jest taka, że warta jest każdej ofiary. I nie będzie zwlekać z przyjściem. Nie załamuj się. Pozwól, by inni byli tym, czym chcą być. Ty bądź moja, i dosyć. Owszem, módl się - to największa miłość - aby inni byli tym, czym Ja chcę, aby byli. I bądź coraz bardziej moja. Idź w pokoju, błogosławię cię." Tutaj należy wstawić opis wizji, którą miała.

Na pociechę w mojej smutku dobry Jezus obdarza mnie następującą wizją, którą śpieszę opisać Ojcu, sądząc, że sprawi to Ojcu przyjemność. Jestem świadkiem złożenia do grobu Agnieszki.[87] Widzę ogród domu patrycjuszowskiego. Nie wiem, czy to dom rodzinny Agnieszki, czy innej chrześcijańskiej rodziny. Zresztą nie ma to większego znaczenia. Widzę, słowem, ten bardzo rozległy ogród z alejami i alejkami, klombami, sadzawkami i wysokopiennymi drzewami. Jest wieczór, powiedziałabym nawet noc, bo cienie są już gęste. Miejsce rozjaśnia piękny blask księżyca i nieliczne pochodnie czy lampy. Widzę, jak płomienie od czasu do czasu uginają się pod lekkim wieczornym wiatrem. Księżyc jest w pierwszej kwadrze, więc sądzę, że jest godzina 20 lub nawet nieco wcześniej, bo dopiero co wzniósł się nad horyzontem, a w styczniu wschodzi wcześnie, zwłaszcza gdy jest w swej początkowej fazie. Z początku nie widzę nic więcej. Potem scena ożywa. Do ogrodu wchodzi wielu ludzi z lampami i pochodniami, i światła przybywa. To z pewnością chrześcijanie i chrześcijanki, prowadzeni przez swoich kapłanów i diakonów na pogrzeb Agnieszki. W pewnej chwili otwierają się drzwi domu i ukazuje się jasno oświetlony perystyl, z pewnością łączący się z ulicą, bo naprzeciw tych drzwi - powiem tak: w głąb wnętrza - są inne, które również się otwierają, jakby ktoś zapukał z zewnątrz, i wchodzi grupa osób, niosąc na noszach postać owiniętą w całun. Gdy nosze złożono pośrodku tego perystylu i zamknięto drzwi wychodzące na ulicę, postać zostaje odsłonięta, pobożnie podniesiona i złożona na innego rodzaju noszach, podobnych do niewielkiego łoża bez brzegów, pokrytych bogatą, ciemnoczerwoną tkaniną, powiedziałabym haftowaną. Widzę, że męczennica została już obmyta i przybrana. Nie ma już krwi na jej twarzy ani we włosach, ani na jej szacie. Musieli włożyć jej czystą tunikę, bo nie ma na niej żadnej plamy. Młodziutka męczennica przypomina marmurowy posąg, tak blada jest jej twarz. A jednak jest tak spokojna. Uśmiecha się. Ma rozpuszczone włosy pod białym welonem, który okrywa ją całą. Ale pierwszym welonem są jej długie jasne włosy. Prawdziwy złoty płaszcz, który otula ją aż do kolan. Ma dłonie złożone na piersi, a między nimi palmę. Rany na szyi nie widać. Zakryto ją pobożnie złotymi puklami włosów i białym welonem. Wokół niej tłoczą się krewni, którzy płaczą bez zgiełku i całują jej woskowe dłonie i marmurowe czoło, domownicy, towarzysze wiary, kapłani. Wchodzi czcigodny starzec, otoczony przez dwóch innych. Wszyscy są ubrani jak Rzymianie owej epoki. Z tego, co się dzieje, rozumiem, że sędziwy mąż to Papież albo jego namiestnik. Powiedziałabym jednak, że to Papież, bo wszyscy klękają, gdy wchodzi i błogosławi. On także zbliża się do męczennicy i modli się nad nią. Potem przywdziewa szaty kapłańskie, to samo czynią dwaj towarzyszący mu diakoni, a także wielu kapłanów rozproszonych wśród chrześcijan, i orszak ustawia się w szyku. Grupa dziewic, wśród których jest Emerencjana, przytula się do noszy i podnosi je. Choć widziana leżąca Agnieszka wydaje się wyższa niż za życia, ciężar nie może być zbyt wielki: to dziecko, i to niezbyt kształtne. Dziewice są wszystkie ubrane na biało i osłonięte białymi welonami: żywopłot lilii wokół zgasłej lilii złożonej na purpurze żałobnego całunu. Na przedzie Papież i kapłani, poprzedzani i otoczeni przez sługi z pochodniami, za nimi dziewice z męczennicą, potem rodzice, krewni, chrześcijanie, wszyscy z lampami, idą alejami ogrodu, ku miejscu, gdzie ogród graniczy z polami (jak mi się zdaje). Z pewnością dalej nie ma już żadnych domów, tylko inne drzewa i łąki. Scena jest spokojna i uroczysta. Księżyc całuje białą postać, a wiatr ją pieści. Widzę jasny kosmyk włosów kołyszący się lekko pod tchnieniem łagodnego wiatru. Chrześcijanie śpiewają cichym głosem. Z początku trudno mi zrozumieć, może dlatego, że jestem rozproszona, patrząc na tak wiele rzeczy. Potem chwytam słowa świętej łacińskiej melodii i przypominam sobie, że ją znam, nie jest mi obca. Zastanawiam się, gdzie ją słyszałam lub czytałam. Tymczasem doszliśmy do czegoś jakby studni, o bardzo szerokim otworze, do której schodzi się po schodkach wykutych w tufie czy może piaskowcu. Powoli schodzą główni uczestnicy, a w podziemnej jamie, uformowanej na kształt okręgu, z licznymi korytarzami, które zdają się dopiero rozpoczęte w różnych kierunkach, głosy stają się mocniejsze i bardziej uroczyste. Teraz dobrze pamiętam. To słowa[88] Apokalipsy, w miejscu, gdzie mowa o owej "pieśni", którą będą mogli wyśpiewać jedynie ci, którzy nie skalali się na Ziemi. Ale nie wszystko jest tam powiedziane. Powiedziane jest tak. Śpiewano ten hymn tak powoli, że zdołałam go zapisać, a potem sprawdziłam, czy moja licha łacina nie narobiła wielu błędów. "Et vidi supra montem Sion Agnum stantem" - śpiewali mężczyźni. "Et audivi vocem de caelo, tamquam vocem aquarum multarum" - odpowiadały kobiety. "Sicut citharoedorum citharizantium in citharis suis". "Et cantabant quasi canticum novum". "Et nemo poterat dicere canticum, nisi illa 144.000 qui empti sunt de terra". "Hi sunt qui cum mulieribus non sunt coinquinati: virgines enim sunt". "Hi sequuntur Agnum, quocumque ierit". "Hi empti sunt ex hominibus primitiae Deo et Agno". "Sine macula enim sunt ante thronum Dei" - śpiewali na przemian, jeden werset mężczyźni, jeden kobiety. Niebiańska harmonia! Miałam łzy w oczach i wciąż jest we mnie jak rzeka słodyczy, która wszystko koi. Słyszę ją ponad wszystkimi otaczającymi mnie odgłosami... Ostatnie pożegnanie krewnych, a potem ciało zostaje podniesione i przeniesione do długiego i wąskiego loculusu wykutego w piaskowcu, wydrążonego z boku, nie wzdłuż. Papież towarzyszy złożeniu ciała tymi słowami: "Veni, sponsa Christi. Veni, Agne sanctissima. Requiescant [Requiescat?] in pace". Kamień zostaje przywalony i umocowany na otworze. Wizja krystalizuje się w tym miejscu. Czuję się spokojna, jakbym i ja leżała w tym małym loculusie u boku słodkiego stworzenia, oczekując zmartwychwstania wraz z nią w Chrystusie po męczeństwie. Jakbym, tak jak ona, już wyszła z udręk i niegodziwości świata i śpiewała u jej boku pieśń, którą śpiewają tylko ci, którzy zostali wykupieni z ziemi. Jakże piękna to rzecz - umrzeć za Jezusa! Jakże piękna to rzecz - móc powiedzieć sobie: "Mój ból zdobywa mi Raj!". Teraz skupiam się, czekając, aż ona przyjdzie. Skupiam się w echu tej słodkiej pieśni, tak pełnej obietnic dla tego, kto oddał się na służbę Barankowi i podąża za Nim w każdej Jego woli.

Napisane ponownie rano 23, z obawy przed zagubieniem tych luźnych kartek.[89]

Widzę ogród domu patrycjuszowskiego. Są tam aleje, klomby, sadzawki, trawniczki, wysokopienne drzewa. Wydaje się bardzo rozległy i musi graniczyć z polami albo z innymi rozległymi ogrodami, jak widzę później, bo tam, gdzie się kończy, nie ma domów, lecz inne łąki i drzewa. Na początku wizji ogród jest pusty, bez ludzi. Widzę go w blasku nielicznych świateł, dawanych przez oliwne lampki lub pochodnie postawione tu i tam. Widzę czerwonawe płomienie, które od czasu do czasu uginają się pod lekkim wieczornym wiatrem. Jest też blask księżyca. Jest on w swej początkowej fazie, bo sierp jest cienki i zwrócony ku zachodowi. Sądzę, biorąc pod uwagę porę roku i położenie księżyca, który dopiero co wzniósł się nad linię nieba, że są to pierwsze godziny nocy, bardzo wczesnej jak na tę porę roku. W następnej chwili dostrzegam przy domu, który wydaje się cały zamknięty, jakby był pusty, wiele grup mężczyzn i kobiet ubranych tak jak wówczas było w zwyczaju, w towarzystwie innych mężczyzn, którzy zdają się piastować jakiś szczególny urząd i godność, którym wszyscy z szacunkiem są posłuszni. Rozumiem, że to chrześcijanie przybyli na pogrzeb Agnieszki. Wielu z nich ma małe oliwne lampki, co pozwala mi dostrzec, że wśród mężczyzn są tacy o krótkich, powiedziałabym ogolonych, włosach i w krótkich, szarawych szatach, inni zaś mają włosy bardziej zadbane, lecz wciąż krótkie, oraz długie, jasne szaty z płaszczem, którego brzeg zarzucony jest na głowę jak kaptur. Także wśród kobiet niektóre ubrane są skromnie i ciemno, inne w jasne barwy i strojniej; liczna grupa ubrana jest na biało, z białym welonem na głowie. Gdy przyglądam się tym wszystkim szczegółom, w domu otwierają się szerokie drzwi, w fasadzie wychodzącej na ogród, i wydobywa się z nich jasne światło. Pochodzi ono z jasno oświetlonego perystylu. Naprzeciw tych drzwi są inne, z pewnością w fasadzie wychodzącej na ulicę, które w pewnej chwili się otwierają, jakby ktoś zapukał z zewnątrz. Wchodzi grupa osób otaczających nosze niesione przez czterech krzepkich mężczyzn ubranych w ciemny kolor (barwy szarej wełny), którzy składają swój ciężar pośrodku perystylu, podczas gdy drzwi domu natychmiast starannie zamykają. Gdy podnoszą się zasłony noszy, widzę, że zawierają one leżące ciało, całe owinięte w całun. Ciało to zostaje pobożnie podniesione i złożone, bez całunu, który pozostaje na noszach, na czymś w rodzaju małych noszy pokrytych drogocennym purpurowym całunem, który wydaje się haftowany brzegiem jak adamaszek. Był on z pewnością już przygotowany na przyjęcie swego ciężaru. Widzę męczennicę Agnieszkę, zesztywniałą w śmierci. Wygląda jak posąg z białego marmuru, tak bezkrwawa jest jej twarz, jej drobne dłonie, jej małe stopy obute w sandały. Jest cała ubrana na biało, z białym welonem, który okrywa ją całą. Ale pierwszym welonem są jej wspaniałe jasne włosy, sięgające do kolan, teraz całe rozpuszczone jak złoty płaszcz. Nie są kręcone, są miękkie i lekko falowane, ale liczne, liczne i przepiękne. Uśmiecha się, jakby przed obliczem wizji pokoju. Ma dłonie złożone na łonie, a między zesztywniałymi palcami palmę, jedyną ozdobę. Jest cała czysta. Widać, że obmyto ją z krwi i przyodziano w czystą szatę, zanim ją tu przyniesiono, bo nie ma już krwi ani na twarzy, ani we włosach, ani na szacie. Rany na szyi nie widać. Zakryto ją pobożnie włosami i welonem. Zbliżają się do niej krewni, którzy całują ją, płacząc, w woskowe dłonie i lodowate czoło. Lecz ich ból jest opanowany i pełen godności. Żadnych z tych histerycznych przejawów, zwykłych w takich razach. Ból chrześcijański. Po krewnych tłoczą się przyjaciele i bracia w wierze. Widzę Emerencjanę płaczącą i uśmiechniętą zarazem, wraz z siostrzyczką mleczną, która wyprzedziła ją w chwale. Wszyscy pozdrawiają męczennicę i się modlą. Mam tu wrażenie - o którym zapomniałam napisać w pierwszej wersji, poprzestając na przekazaniu go Ojcu ustnie - wielkiej miłości między chrześcijanami, poczucie tego, czym była "komunia świętych" tak jak rozumieli ją pierwsi chrześcijanie, od których mielibyśmy się tak wiele nauczyć. Przyszli oni, wbrew wszelkiemu niebezpieczeństwu, by oddać cześć męczennicy Chrystusa, by polecić się jej, wzniesionej już do Nieba, aby była dla nich wszystkich źródłem wstawiennictwa u Boga w nadchodzących walkach o wiarę, a mnie się zdawało, że ona unosi się już duchem nad obecnymi, przelewając w nich swoje bohaterskie uczucia i swoją opiekę. Niebo i ziemia były w łączności. W tym czasie[90] otwierają się ponownie drzwi zewnętrzne i wchodzi sędziwy mąż w towarzystwie dwóch mężczyzn w wieku od 25 do 35 lat. Starzec ma wygląd łagodny, lecz poważny, jest bardzo szczupły, powiedziałabym cierpiący, i bardzo blady. Musi to być osoba bardzo wpływowa wśród chrześcijan, bo na jego widok wszyscy klękają, a on przechodzi między dwoma rzędami pochylonych głów, błogosławiąc. Mam wrażenie, że to biskup albo sam Papież. Zbliża się do noszy, błogosławi zmarłą i modli się nad nią. Potem przywdziewa szaty kapłańskie (widzę paliusz,[91] nie wiem, czy tak to się nazywa: jest to biały pas, który tworzy jakby okrąg na ramionach i piersi, a potem spływa z tyłu i z przodu w dwóch pasach. Całość ozdobiona jest małymi ciemnymi krzyżykami). Także pozostali jego towarzysze przywdziewają szaty diakonów (tunikę do kolan i rękawy sięgające nieco powyżej łokcia). Potem orszak ustawia się w szyku. Na przedzie duchowieństwo, czyli sędziwy mąż, dwaj diakoni i inni kapłani, którzy wcześniej byli rozproszeni wśród tłumu chrześcijan, a którzy również przywdzieli kapłańskie stuły. Wokół nich stają mężczyźni niosący zapalone pochodnie. Mają krótkie, ciemne szaty. Powiedziałabym, że to słudzy chrześcijańscy, bo mam wrażenie, że w tym domu wszyscy są wyznawcami Jezusa. Także wokół noszy tworzy się rząd świateł, niesionych przez dziewice ubrane na biało i osłonięte białymi welonami, istny żywopłot lilii wokół ściętej lilii. Nosze podnoszą z łatwością cztery dziewice, wśród których jest Emerencjana. Nie mogą ważyć wiele, bo choć Agnieszka, leżąca tak jak leży, wydaje się wyższa niż za życia, wciąż jest nastolatką, i to niezbyt kształtną. Orszak rusza ku grobowi alejami ogrodu. Wszyscy niosą zapalone pochodnie lub lampki. I śpiewają. Półgłosem. Hymn pełen słodyczy i nadziei, którego z początku nie rozpoznaję. Zdaje mi się, że już słyszałam te słowa, lecz nie wiem gdzie. Wieczorny wiatr ugina płomienie, które potem prostują się jeszcze piękniejsze. Widzę wyraźnie kosmyk włosów Agnieszki, wysunięty spod welonu, poruszający się pod tchnieniem bryzy. Orszak jest bardzo opanowany i pobożny. Dochodzimy do granicy ogrodu. Jest tam coś w rodzaju studni o bardzo szerokim otworze. Schodki, wykute w piaskowcu czy w tufie, prowadzą w dół. Schodzi wielu ludzi. Kto nie może, pozostaje wokół krawędzi studni i wciąż śpiewa, odpowiadając na śpiewy z dołu. We wnętrzu studni głosy nabierają rezonansu i dobrze rozumiem, o co chodzi. To wersety Apokalipsy, w miejscu, gdzie mowa o dziewicach idących za Barankiem. Jeden werset śpiewają mężczyźni, drugi kobiety, na przemian, tak jak to opisałam w pierwszym opowiadaniu. Widzę, że studnia jest półkolista, a raczej w kształcie podkowy, i że rozchodzą się z niej promieniście korytarze. Tak:

Tam, gdzie postawiłam krzyżyk, jest loculus wykuty w piaskowcu. Przygotowany dla Agnieszki. Pierwszy w tym grobowcu, przyszłej mogile wielu męczenników i katakumbie. Spośród korytarzy pierwszy na prawo od krzyżyka (dla patrzącego - ten, który oznaczam literą V) jest najgłębszy. Wchodzi w ziemię na jakieś 5 czy 6 metrów. Podczas gdy pozostałe są płytsze, a jeden, pierwszy na lewo od patrzącego, przy schodkach, jest zaledwie, zaledwie zaczęty. Mam wrażenie, że to hipogeum dopiero rozpoczęte, jakby śmierć Agnieszki zastała je nieprzygotowanym. Krewni i najbliżsi zbliżają się, by pożegnać się po raz ostatni. Potem purpurowy całun, na którym spoczywa męczennica, podnosi się po jego bokach, i zostaje ona owinięta w tę drogocenną tkaninę od stóp do głów. Papież żegna ją ostatnimi słowami: "Veni, sponsa Christi. Veni, Agne sanctissima. Requiescant in pace!" jakby w imieniu Kościoła przejmował ją w swą pieczę. Ciało zostaje z czcią podniesione i złożone w loculusie, na którym przywala się kamień, zamykający go. I wizja krystalizuje się w ten sposób. Pozostaje we mnie słodycz śpiewu i religijność całej sceny, w jej najdrobniejszych szczegółach, w których widoczna jest jedność dawnych chrześcijan i ich żarliwość. Wizję tę opisałam ponownie na polecenie Jezusa, który mówi mi: "To kolejny dowód. Tylko ten, kto widział scenę, która wywarła na nim silne wrażenie, potrafi, po upływie wielu dni, powtórzyć jej opowieść z dokładnością." Mówi mi to dziś wieczorem, 23 stycznia, o godz. 24, to jest wtedy, gdy pisałam na potrzeby sprawy tekst podyktowany mi na początku.

Wciąż 20-1-44, o godz. 23,30, do zapisania po opisie wizji.

Mówi dziewica Agnieszka: "Nie patrz jedynie na moje szczątki. Spójrz raczej na mojego ducha, błogosławionego tam, gdzie rozbrzmiewa ów śpiew, który tak bardzo ci się podoba. Tam jestem szczęśliwa. Nic więcej z tego, co było dla mnie chwilowym bólem na Ziemi, nie przyszło ze mną do siedziby Oblubieńca. Znalazłam tam jedynie niewysłowioną radość. Tam, w świetle wypływającym z Boga, naszej radości, żyjemy w pokoju. Harmonie błogosławionych splatają się z harmoniami aniołów. Wszystko jest światłem i harmonią. W górze jaśnieje Trójca Przenajświętsza i uśmiecha się Matka Boża. Czym jest Raj, nie możesz pojąć, choć doznałaś jego przebłysku.[92] Poznać go w całej jego radości byłoby śmiercią, bo to szczęśliwość nie do zniesienia dla ciała, które z jej powodu umiera. Bóg daje ci poznać jej odrobinę, aby dodać ci otuchy w próbie. Tak jak nam, którzy cierpieliśmy dla Niego. Przyjdź. Ból ustaje, a radość trwa wiecznie. Ból, widziany z tego miejsca, jest chwilą czasu; chwała, którą ból nam daje, jest wieczna. Tu jest Ten, który nas kocha, a kochając nie popełniamy winy, lecz zasługujemy na nagrodę. Jezus odkupił cię swoją miłością. Kochaj Go swoją miłością, aby zasłużyć na złączenie się z chórem, który wypełnia błogosławiony Raj." Gdy ona odeszła, o godzinie 18, pozostałam w radości tej harmonii i tej wizji. Lecz potem przemieniła się ona w obecność uwielbionego ciała[93] Agnieszki, przepięknej, ubranej na biało, o zachwyconym spojrzeniu. I zdawało mi się, że czuję dwie małe dłonie pieszczące mnie łagodnie, rączki dziecka. Tak zapadłam w drzemkę. Niespokojną drzemkę, bo straszliwe bóle (jest noc z czwartku na piątek) nie dają mi wytchnienia. Gdy wróciłam do siebie, podczas gdy moje bóle stają się coraz ostrzejsze, i gdy myślę, by je ukoić, o tym, co widziałam, młodziutka męczennica mówi do mnie te słowa. Teraz kładę się, czując ją bliską, by pocieszała moje męczeństwo ciała i serca. Tylko duch jest błogosławiony. Lecz wybija północ i zaczyna się piątek. Myślę o moim Panu w Jego tragiczny piątek męki i nie skarżę się na cierpienie. Proszę Go tylko, by nauczył mnie dobrze cierpieć: dla Niego i dla dusz. [Poniżej, pod datą 21 stycznia, znajdują się fragmenty 1-7 rozdziału 236 dzieła EWANGELIA]

PRZYPISY

[85] jest powiedziane w Mateusza 10:22; 24:13; jest powiedziane w Hebrajczyków 10:35-38.

[86] otworzył bok, w Jana 19: 33-34; modlił się na krzyżu, w Łukasza 23: 34.

[87] zeznanie Agnieszki, której męczeństwo zostało opisane 13 stycznia.

[88] słowa, które znajdują się w Objawieniu 14: 1-5. Nie ma błędów w transkrypcji tekstu łacińskiego, gdzie liczbę 144 000 należy czytać literami: centum quadragintaquattuor millia

[89] luźnych kartek, przekazanych ojcu Miglioriniemu - jak czytamy przed datą: Tutaj należy wstawić opis wizji, który ma Ojciec - ale potem włączonych do notatnika. Pod tą samą datą 20 stycznia podajemy "wizję", która została przepisana 23 stycznia, umieszczając kursywą frazy, które pisarka podkreśla, odnotowując na marginesie: Podkreślone punkty odpowiadają tym, które powiedziałam Ojcu ustnie i które, wracając do opisu wizji, zgodnie z życzeniem Ojca wstawiłam do opowiadania.

[90] W tym czasie: w oryginale "in questo mentre", gdzie "mentre" ma znaczenie "chwila".

[91] Paliusz (nasza poprawka z palio, która potwierdza stwierdzoną niepewność pisarki) to stuła o szczególnym kształcie, która nadal wyraża władzę papieża. Szata diakonów, którą pisarka nazywa tuniką, jest bardziej poprawnie nazywana "dalmatyką".

[92] doznałaś jego przebłysku w wizji z 10 stycznia.

[93] uwielbione ciało musi być rozumiane jako duch, tak jak na początku "dyktanda" dziewicy Agnieszki.