QUADERNI

20 lutego 1945 r.

Nie wiem, jak zdołam tyle napisać, ponieważ czuję, że Jezus chce się przedstawić poprzez swoją przeżytą Ewangelię, a ja cierpiałam całą noc, by przypomnieć sobie następującą wizję, z której zapisałam, jak umiałam, usłyszane słowa, aby ich nie zapomnieć. Czas prześladowań, jedno z największych prześladowań, ponieważ chrześcijanie są torturowani masowo, a nie pojedynczo. Miejscem jest kawea cyrku (czy tak się to nazywa?). Krótko mówiąc, jest to pewne pomieszczenie znajdujące się pod trybunami cyrku, przeznaczone na schronienie dla gladiatorów, bestiariuszy itd., itd., słowem dla wszystkich pracujących w cyrku. Zastrzegam z góry, że imiona podam niedokładnie, bo od trzydziestu pięciu lat nie czytałam niczego z historii rzymskiej, więc… W tym obszernym, lecz ciemnym pomieszczeniu – bo światło wpada tylko przez drzwi otwarte na korytarz, który z pewnością prowadzi w głąb cyrku, a może i na zewnątrz, oraz przez małe okienko, powiedziałabym raczej niski otwór strzelniczy, na poziomie gruntu cyrku, skąd dochodzi zgiełk tłumu – stłoczonych jest bardzo wielu chrześcijan w każdym wieku. Od maleńkich dzieci, jeszcze w ramionach matek – a dwoje z nich, choć mają już około dwóch lat, wciąż ssą wyczerpaną pierś matczyną – po sędziwych starców. Są też gladiatorzy, już w hełmach i owej częściowej zbroi, która broni i zarazem nie broni, ponieważ pozostawia odsłonięte części żywotne, jak szyję i okolice brzucha na wysokości wątroby i śledziony. Noszą tę częściową zbroję na gołym ciele i trzymają w dłoni krótki, szeroki sztylet, zrobiony niemal na kształt liścia kasztanowca. Są to bardzo piękni mężczyźni, nie tyle z twarzy, co z krzepkiego i harmonijnego ciała, którego zwinną grę mięśni dostrzegam przy każdym ruchu. Niektórzy mają blizny po dawnych ranach, inni nie noszą żadnego śladu zranienia. Rozmawiają między sobą i zauważam, że muszą pochodzić z krajów podbitych przez Rzym, z pewnością są jeńcami wojennymi, bo posługują się jedynie bardzo zepsutą łaciną, wymawianą twardym, gardłowym głosem, gdy zwracają się do chrześcijan, którzy w oczekiwaniu na śmierć śpiewają swoje słodkie i smutne hymny. Jeden gladiator, wysoki na prawie dwa metry – istny kolos, jasny jak miód, o jasnych, szaroniebieskich oczach, łagodnych mimo tylu żelaznych cieni, jakie na jego twarz rzuca przyłbica hełmu – zwraca się do starca odzianego cały w biel, dostojnego, surowego, więcej nawet: ascetycznego, którego wszyscy chrześcijanie otaczają najwyższym szacunkiem. "Biały ojcze, jeśli bestie cię oszczędzą, to ja będę musiał cię zabić. Taki jest rozkaz. I żal mi tego, bo w Panonii zostawiłem starego ojca, podobnego do ciebie". "Nie martw się tym, synu. Ty otwierasz mi Niebo. I nigdy w moim długim życiu nikt nie dał mi piękniejszego daru niż ten, który ty mi dajesz". "Także w Niebie, gdzie z pewnością jest twój Bóg, tak jak w moim są nasi bogowie, a w rzymskim – ich bogowie, wciąż panuje śmierć i walka. Czy chcesz jeszcze cierpieć z powodu nienawiści bogów, tak jak cierpisz tutaj?". "Mój Bóg jest tylko jeden. W swoim Niebie panuje z miłością i sprawiedliwością. A kto tam dociera, zna już tylko wieczną radość". "Słyszałem to od wielu, wielu chrześcijan podczas tego prześladowania. I powiedziałem pewnej dziewczynie, która uśmiechała się do mnie, gdy opuszczałem na nią sztylet… i udawałem, że ją zabijam, ale jej nie zabiłem, żeby ją ocalić, bo była delikatna i jasna jak młody wrzos z moich lasów… ale nic to nie dało… Nie mogłem jej stąd wyprowadzić i następnego dnia wężom oddano to ciało z mleka i róży…". Mężczyzna milknie ze smutnym obliczem. "Co jej powiedziałeś, synu?" – pyta starzec. "Powiedziałem: 'Widzisz? Nie jestem zły. Ale to mój zawód. Jestem niewolnikiem wojny. Jeśli to prawda, że twój Bóg jest sprawiedliwy, powiedz mu, niech pamięta o Albulu – tak mnie zwą w Rzymie – i niech pokaże się ze swoim dobrem'. Powiedziała mi: 'Tak'. Ale umarła już wiele dni temu i nikt nie przyszedł". "Dopóki nie jesteś chrześcijaninem, Bóg nie objawia ci się inaczej, jak tylko w swoich sługach. A ilu ci ich zesłał! Każdy chrześcijanin jest sługą Boga, każdy męczennik przyjacielem, i to takim przyjacielem, by żyć w ramionach Boga". "Och! wielu… i ja, nie tylko ja, ale i Dacjusz, i Illirykus, i inni z nas, smutni w swoim losie, daliśmy się porwać waszej radości… i chcielibyśmy ją mieć. Wy jesteście w kajdanach… my nie. A jednak nawet oddech nie jest dla nas wolny. Jeśli Cezar tak zechce, oto skują nasz oddech, dając nam śmierć. Czy odraża cię, gdy mówimy ci o Bogu?". "To moja ostatnia radość na ziemi, synu, i to bardzo wielka. Niech cię za nią pobłogosławi Jezus, mój Bóg i Mistrz. Jestem kapłanem, Albulo, strawiłem życie na głoszeniu Go i przyprowadzaniu do Niego tylu istnień. I już nie spodziewałem się mieć tej radości. Słuchaj…" i starzec, jemu i innym gladiatorom, którzy zbili się wokół, powtarza życie Jezusa, od narodzin aż po śmierć na krzyżu, i mówi, w zarysie, o niezbędnych prawdach wiary. Mówi, siedząc na głazie, który służy za ławę, spokojny, dostojny, cały biały w długich włosach, w brodzie jak u Mojżesza, w szacie, a zarazem cały żarliwy w spojrzeniu i w słowie. Przerywa tylko dwa razy, by pobłogosławić dwie grupy chrześcijan wywlekanych na arenę, by w igrzyskach wodnych rzucić ich na pożarcie krokodylom. Potem podejmuje mowę pośród kręgu krzepkich gladiatorów, niemal wszystkich jasnowłosych i rumianych, którzy słuchają go z otwartymi ustami. Nazywa się Chryzostom[1], ten doktor Kościoła. Ale jakie imię dać temu, który nie ma imienia? Kończy słowami: "Oto co trzeba wierzyć w istocie, by otrzymać chrzest i Niebo". Mocne głosy gladiatorów, ze dziesięciu, sprawiają, że niskie sklepienie rozbrzmiewa echem: "Wierzymy w to. Daj nam swojego Boga". "Nie mam niczego, czym mógłbym was pokropić, ani kropli wody, ani innego płynu, a moja godzina nadeszła. Ale znajdziecie sposób… Nie! Bóg mi to mówi! Płyn jest już dla was gotowy". "Chrześcijan lwom!" – rozkazuje strażnik. "Wszystkich". Stary kapłan na czele, za nim inni, wśród których matki, na których piersiach zasnęły niemowlęta, wchodzą śpiewając na arenę. Cóż za tłum! cóż za światło! cóż za zgiełk! ile barw! Jest niewiarygodnie zapełniona ludem wszelkiego stanu. W części, do której wdziera się słońce, jest lud niższy i głośniejszy, w części zacienionej – patrycjat. Togi i togi, strusie wachlarze, klejnoty, ironiczne rozmowy prowadzone przyciszonym głosem. Pośrodku części zacienionej wznosi się cesarskie podium z purpurowym baldachimem, kwiecistą balustradą okrytą draperiami, i miękkimi siedzeniami do wypoczynku dla Cezara, patrycjuszy i zaproszonych przez niego dworzan. Dwa złote trójnogi dymią po obu krańcach balkonu, roztaczając rzadkie wonności. Chrześcijan spycha się w stronę słonecznej części. Zapomniałam o jednej rzeczy. Pośrodku areny znajduje się coś… nie wiem, jak to nazwać. Jest to marmurowa budowla, z której wznoszą się ku niebu cienkie, niemal niewidoczne strugi wody, a na platformie tej budowli, o wydłużonym owalnym kształcie, wysokiej ledwie na dwa metry od ziemi, stoją złote posążki bogów, a przed nimi trójnogi, w których płoną kadzidła. Chrześcijanie są więc stłoczeni po słonecznej stronie. Robię szkic, jak umiem. Lwy wpadają na arenę. Stary kapłan wysuwa się sam, jako pierwszy, z wyciągniętymi ramionami. Mówi: "Rzymianie, dla moich braci i dla mnie pokój i błogosławieństwo. Niech Jezus, za radość, jaką sprawiacie nam, pozwalając wyznać Go krwią, da wam Światło i Życie wieczne. Prosimy Go o to, gdyż jesteśmy wam wdzięczni za wieczną purpurę, w którą nas przyodziewacie…". Lew, zbliżywszy się, niemal pełznąc po ziemi, wykonuje skok, powala go i wbija kły w ramię. Szata i śnieżnobiałe włosy są już całe czerwone. To znak do ataku bestii. Zgraja dzikich zwierząt rzuca się skokami na trzodę łagodnych. Lwica jednym uderzeniem łapy wyrywa matce jedno ze śpiących niemowląt, a uderzenie jest tak dzikie, że unosi wraz z dzieckiem część piersi matki, która – może rozdarta aż do serca – osuwa się na arenę i umiera. Bestia, uderzeniami ogona i łapy broniąc swej delikatnej zdobyczy, w mgnieniu oka ją pożera. Na piasku zostaje mała czerwona plama, jedyny ślad po dziecku-męczenniku, gdy bestia podnosi się, oblizując pysk. Ale chrześcijan jest wielu, a bestii w porównaniu z nimi mało. I może już są syte. Bardziej niż pożerają, zabijają dla samego zabijania. Powalają, poderżają gardła, patroszą, trochę liżą, a potem przechodzą dalej, do innej zdobyczy. Lud niepokoi się, bo brak reakcji u chrześcijan i bo bestie nie są dość dzikie. Krzyczy: "Na śmierć! Na śmierć! Także zarządcę na śmierć! To nie lwy, tylko dobrze utuczone psy! Śmierć zdrajcom Rzymu i Cezara!". Cesarz wydaje rozkaz i bestie zostają zapędzone z powrotem do swych legowisk. Wprowadza się gladiatorów, by zadali cios łaski. Tłum wykrzykuje imiona ulubieńców: "Albulo, Illirykusie, Dacjuszu, Herkulesie, Polifemie, Tracjuszu" i jeszcze inne. Nie tylko ci gladiatorzy, do których przemawiał stary męczennik – teraz konający na arenie, z płucem niemal odsłoniętym przez uderzenie łapy – lecz i inni, wchodzący z innych stron. Albulo biegnie do starego kapłana. Ludzie wołają: "Niech go zaboli! Podnieś go, żeby widać było cios! Naprzód, Albulo!". Ale Albulo zamiast tego pochyla się, by o coś zapytać starca, a otrzymawszy skinienie zgody, przywołuje towarzyszy, którzy wcześniej słyszeli mowę starego kapłana. Nie potrafię zrozumieć, co czynią, czy przyjmują błogosławieństwo, czy dzieje się coś innego, bo ich krzepkie ciała tworzą jakby dach nad leżącym starcem. Ale rozumiem, gdy widzę, jak ręka starca, już drżąca, unosi się nad grupą głów stłoczonych jedna przy drugiej i skrapia je krwią, którą napełniła się jak kielich. Potem opada. Gladiatorzy, zbryzgani tą krwią, zrywają się na nogi i podnoszą sztylet, który błyszczy w świetle. Krzyczą głośno: "Witaj, Cezarze, imperatorze! Zwycięzcy cię pozdrawiają" i potem, szybcy jak błyskawica, biegną do owej budowli pośrodku cyrku, wskakują na nią, obalają posążki bożków i trójnogi, depczą je. Tłum krzyczy jak oszalały. Jedni chcieliby bronić swego ulubionego gladiatora, inni wzywają okrutnej śmierci dla nowych chrześcijan. Ci zaś, ze swej strony, wróciwszy na arenę, stoją w szeregu, spokojni, wspaniali jak posągi olbrzymów, z nowym uśmiechem na dumnej twarzy. Cezar, brzydki, otyły, cyniczny mężczyzna uwieńczony kwiatami i odziany w purpurę, wstaje pośród wieńca swych patrycjuszy, wszystkich w białych szatach. Tylko nieliczni mają czerwoną obwódkę. Tłum milknie w oczekiwaniu na jego słowo. Cezar – nie wiem, kim jest ten człowiek o pociągłej, występnej twarzy – trzyma wszystkich w napięciu przez kilka minut, potem odwraca kciuk w dół i mówi: "Niech idą na śmierć za towarzyszy". Gladiatorzy nienawróceni, którzy tymczasem poderżnęli gardła nieszczęsnym chrześcijanom z metodycznością, z jaką rzeźnik zarzyna jagnięta, odwracają się i z tą samą automatyczną zimną precyzją otwierają gardła swoim towarzyszom, przy szyi. Jak garść kłosów, które sierp ścina źdźbło po źdźble, dziesięciu nowo nawróconych chrześcijan, skropionych krwią kapłana-męczennika, przyodziewa się wieczną purpurą swojej własnej krwi i pada z uśmiechem, wznak, patrząc w niebo, na którym rodzi się ich błogosławiony dzień. Nie wiem, co to za cyrk. Nie wiem, w którym to wieku chrześcijaństwa. Nie mam żadnych danych. Widzę i mówię to, co widzę. Nigdy nie postawiłam stopy w żadnej Arenie, Cyrku czy Koloseum; dlatego nie mogę podać najmniejszej wskazówki. Ze względu na tłum i obecność Cezara powiedziałabym, że jestem w Rzymie. Ale nie wiem. W sercu pozostaje mi wizja starego kapłana-męczennika i jego ostatnich ochrzczonych, i nic więcej.

A teraz, a jest godzina 11, widzę to.

[Następuje rozdział 113 – który zaczyna się od powtórzenia czterech początkowych wierszy dzisiejszego zapisu – z dzieła Ewangelia. Z tego samego dzieła następują jeszcze, z datami od 21 do 28 lutego 1945 roku, rozdziały od 114 do 120]

PRZYPISY

[1] Chrysostom, co oznacza "usta ze złota", mówi się w odniesieniu do Jana Chryzostoma, czwartowiecznego ojca i doktora Kościoła.