QUADERNI

18 października 1944 r.

Piszę najlepiej jak potrafię w półmroku. Jedna z biednych istot, które przyczyniają się do tego, że to miejsce wygnania jest dla mnie jeszcze bardziej nie do zniesienia, już wyszła. Wyszła po zaprezentowaniu swojej... kultury. Słuchając jej, myślałam o Tobie, mój Mistrzu, i o Twoich lekcjach, prawdziwych lekcjach, które kształcą do wiedzy będącej chlebem zarówno dla ducha, jak i dla myśli. I... mdliło mnie od tej innej, biednej nauki, która nie ma smaku Ciebie. Nie mogę się modlić, bo wciąż myślę... a Ty zabierasz mnie, abym zobaczyła. Oto widzę Ciebie, mojego Boga wcielonego, płonącego i majestatycznego, stojącego w najczystszym eterze. Jesteś sam. Nie widzę nic poza Tobą, chwalebnym w postaci Króla stworzenia. Lśni szata z niematerialnej, perlistej materii, a jeszcze bardziej lśni Twoje uwielbione Ciało, które jest ciałem i światłem zarazem. O Piękno nieznane tak wielu, którzy nie dbają o to, by działać w sposób pozwalający pewnego dnia Cię poznać! O moje Piękno, które znosisz wszelki mój ból, ukazując się! Jezus nie mówi, ale zaprasza mnie spojrzeniem, abym poszła do Niego. I idę. Mój duch wznosi się, pociągany Jego pragnieniem, popychany moim, aż do mojego Króla. A On mówi: "Spójrz. Poznaj. Porównaj." I świetlistą dłonią, na której widnieje rubin rany, wskazuje bezkresny niebiański horyzont. Tak. Bo jestem wyniesiona poza przestrzenie, poza stratosferę, do stref, w których nie ma niczego prócz gwiazd i eteru. Nie ma już chmur, nie ma pyłu, nie ma wiatrów. To znaczy, wiatr jednak wciąż tam jest: ów śpiewny, harmonijny, powstający z ruchu gwiazd. Rozumiem, że Jezus bez słów chce mi ukazać "prawdę" tego gwiezdnego znaku. Ach, jak bardzo różni się to od nędznego pojęcia wypowiedzianego przed chwilą i od wszystkich tych, jakie dotąd poznałam. Staram się to opowiedzieć. Uformowane gwiazdy płyną: jedne pędzą po prostej jak pociski armatnie lecące płasko, inne śmigają jak węże w lazurze, inne wirują wokół własnej osi, a przy tym płyną naprzód, jeszcze inne tańczą jak radosne dzieci na eterycznej łące. Przy każdym ruchu światło drga, jakby radość ruchu i posłuszeństwo prawom Stwórcy dawały ich płonącym ciałom większy żar. Jedyne, co nieruchome – słońce, ogromna kula złota stopionego z płonącymi topazami, metal i klejnoty, wobec których nasze najpiękniejsze są brudnymi kamyczkami i matowym mosiądzem – promieniuje równym światłem. Wygląda jak ogromna lampa wotywna, adorująca majestat Boga. Ileż tu gwiazd! Wzrok mój wędruje, wędruje, wędruje... a wszędzie gwiazdy i planety... Ileż nieznanych gwiezdnych istnień! Ileż nieznanych blasków! Ileż tajemnic słów tu w górze! I żywotów! Gwiazdy, które oczyszczają się w swym błyskawicznym biegu, tracąc emanacje i żużel, łączące się z żużlem innych gwiazd i tworzące jądra nowych istnień, pyły gwiezdne, które torują drogę niezliczonym małym istnieniom – małym w porównaniu z planetami, niewyobrażalnie wielkim w porównaniu z nicością, jaką jest ciało człowieka. I ta droga, cała świetlista, istny stawek gwiazd, co pewien czas pozwala umknąć jednemu ze swych świetlistych istnień, kwiatowi, który poddaje się wiatrowi firmamentu, opuszczając rodzimą grządkę, i idzie się spełnić – w procesie, którego nie umiem wyjaśnić – żywiąc się substancjami, które porywa po drodze... i oto rodzi się nowa gwiazda. A raczej: odłączyła się, by powiedzieć człowiekowi, który ją odkryje: "Ja też jestem". I inne jeszcze gwiazdy, wciąż w trakcie formowania się, które płyną, ze smugą swego spalania i krzepnięcia niczym płaszcz płomienia lub rozpuszczone włosy rozwiane wiatrem biegu. A wszystko to na prerii eterycznego lazuru, wobec którego najczystszy turkus i najcenniejszy jasny szafir tracą swą wartość, tak blade i nieprzejrzyste są w porównaniu. O światło pól nieba! Ach, czemu nie umiem lepiej wyrazić tych koniunkcji, tych formacji, tych rozpadów, tego niewyczerpanego wrzenia życia, tego posłuszeństwa, piękna, majestatu gwiezdnego świata? Ale choćby światło tego bezkresnego ogrodu gwiazd, jakim jest firmament, było czymś, czego umysł poety czy uczonego nie zdoła nawet z daleka pojąć, oto Jezus wykonuje ruch. Nie czyni nic innego, jak tylko odrywa wzrok od gwiazd, by zwrócić się w lewo i do tyłu. Z Jego Myśli musi wytrysnąć rozkaz, pragnienie. Ale nie słyszę żadnego słowa. Anioł przybywa bardzo szybko i pada w uwielbieniu u stóp Zbawiciela. A Jezus mówi do mnie: "Porównaj to światło z tamtymi światłami". Nic więcej nie mówi. Istotnie anioł, a jest on jeden, jaśnieje bardziej niż wszystkie gwiazdy razem wzięte...