QUADERNI

23 listopada 1944 r.

Jestem zaniepokojona. To nie pierwszy raz od pewnego czasu, gdy mam znak, że ktoś nie postępuje wobec mnie uczciwie. Zawsze odrzucałam i przemilczałam ten znak i to zaufanie. Ale teraz jest to zbyt naglące. Nie wiem, kto to jest. Mężczyzna? Kobieta? Nie wiem. Wiem, że ktoś zachowuje się wobec mnie nieszczerze i niewłaściwie. I gdyby chodziło o Marię Valtortę, nie byłoby w tym nic złego. Ale obawiam się, że dzieje się źle wobec "rzecznika". Staram się nie nadawać imienia temu nieszczeremu komuś, kto nie ma szacunku dla Jezusa. Lecz jeśli tak czynię, bo nie mam dowodów i nie chciałabym zgrzeszyć przeciw miłości przez podejrzenie – Jezus mówi, że nawet podejrzenie jest brakiem miłości, powiedział to dwa lub trzy razy w scenach ewangelicznych – to jednak nie zmienia faktu, że mimowolnie jakieś imię nasuwa mi się na myśl jako imię możliwego sprawcy zła. Mówię to, ponieważ przed Ojcem nie mam żadnych tajemnic i ponieważ sądzę, że dobrze będzie, aby i Ojciec wiedział o tym ostrzeżeniu. Niestety niczemu nie zapobiegniemy. Ale przyda się wiedzieć, że uprzedziłam o tym wcześniej. Jestem bardzo zaniepokojona. Powtarzam to. Zaniepokojona z tego powodu. Nie z żadnego innego. Jezus mnie nie opuszcza. Ale jakąż lekcję daje wszystkim! Z jakim szacunkiem strzeże tajemnicy! Nie jestem już wolna, by "widzieć i słyszeć". Przebywanie tu tylko z Martą narzuca mi obecność przyjaciół i znajomych, a Jezus, który nie chce zdradzić swojego "rzecznika", milczy. Jak wiele można się nauczyć z tego milczenia! Jednak wobec mnie, w głębi, nie milczy ani się nie oddala. Przeciwnie, obsypuje mnie pieszczotami… Ktoś powie: "Dlaczego nie mówi i nie pokazuje ci się nocą?". Ponieważ czuję się zbyt źle. Maria umiera, a Jezus jest litościwy. On nie stosuje "mocnego sposobu" – mówię: sposobu niedelikatnego i natarczywego – ponieważ ma przed sobą kogoś, kto Go kocha. Czyni tak, gdy widzi taką potrzebę. Lecz nie znajduje przyjemności w dręczeniu. I tu również, jak wiele można się nauczyć!…