QUADERNI
17 maja 1949 r.
Popołudnie
Najpierw Jezus, Ecce Homo, który czeka na krzyż i mówi mi: "Oni na nowo nakładają na Mnie krzyż, abym Ja moim cierpieniem ich odkupił… Ich upór w braku skruchy biczuje Mnie, koronuje Mnie cierniem, przygniata Mnie krzyżem… trzy męczeństwa za ich trzy ludzkie pożądliwości: cielesne, umysłowe, duchowe".
Później Maria Najświętsza z Fatimy, właśnie Ona, w płaszczu białym ze złotem, z Różańcem w ręku, w śnieżnobiałej sukni, ale z twarzą łagodnie zbolałą. Schodzi ścieżką z obłoków aż do mojego łóżka i na jego wysokość. Ale to nie są dwie łzy jak 8 bieżącego miesiąca, które spływają po Jej twarzy… To potop łez, który obmywa Jej oblicze i rozsypuje perły, a raczej diamenty, po śnieżnobiałej sukni opadającej aż do bosych stóp. I jeśli płacz z 8 był spokojny – dwie tylko łzy spłynęły z oczu na twarz strapioną, lecz nieściągniętą bólem – to dziś jest to wielki płacz, który zmienia nawet rysy twarzy i wstrząsa całym ciałem w gwałtownym łkaniu… Ani słowa… Tylko spojrzenia i łzy.
Pytam Ją: "Czy ten płacz z mojego powodu? Czy zawiniłam?".
Potrząsa głową, ma delikatny uśmiech, potwierdza głosem: "Nie, nie z twojego powodu. To nie ty przyprawiasz Mnie o płacz… Ale jakże wiele! Jakże wiele cierpienia!".
Chciałabym Ją pocieszyć, ale nie daje mi czasu, bym zapytała, czym mogłabym to uczynić. Mówi: "Kochaj Mnie coraz bardziej, aby Mnie pocieszyć z powodu tego, kto jest synem marnotrawnym i przestaje mieszkać w Sercu Matki, w moim Sercu Niepokalanym, którego tętno miłości uświęca tego, kto je przyjmuje".
Potem odchodzi, płacząc, nieco pochylona, jakby przygnieciona. Wydaje mi się Bolesną z godzin Męki…