QUADERNI

14 maja 1943 r.

Ale po Kalwarii zawsze przychodzi Raj. Co za błoga noc! Od 19:00 do 22:00 na wpół martwa, pogrążona we mgle omdlenia. Od 22:00 do północy w półśnie. Potem w udręce duszenia się. W ten sposób zastał mnie alarm o 1.05 w nocy. Zaczęłam się modlić, jak zawsze, za tych, którzy byli pod bombami. Ale potem modlitwa zmieniła się, mimowolnie, w słodką rozmowę. Czułam się doprawdy twarzą w twarz z Jezusem, a raczej przy Jego Sercu. To nie były długie rozmowy. Nie. Krótkie zdania, jak od Oblubieńca do oblubienicy, jak między zakochanymi, by powiedzieć sobie, że kocha się całym sercem… Pozostałam nimi przepełniona wonią. Pozostałam nimi nasycona, jakbym była zanurzona w morzu radości, słodyczy, pokoju. Widziałam, jak błoga godzina znika, ze świętym żalem… Ale słusznie było, by się skończyła. Tylko w Raju się nie skończy. Teraz żyję jej wspomnieniem, echem, które wciąż wibruje w głębi serca i które budzi we mnie chęć śpiewania, śmiechu, kochania, ze stokrotną żarliwością, wszystkich stworzeń, ponieważ jestem nasycona miłością, karmiona i trawiona przez nią.