QUADERNI
12 lipca 1944 r.
Moje przebudzenie (z odrętwienia) charakteryzowało się dziś rano o godzinie 7 wielką słodyczą. Byłam pogrążona w tym stanie przez osiem i pół godziny, a wracając do zmysłów i świadomości, natychmiast powiedziałam sobie: "Ach! Dziś rano nie ma słońca. Nie ma Komunii z ojcem Migliorinim. Nie ma niczego..." i czułam, jak wzbiera płacz mojej nędzy. Zaczęłam modlić się bardzo cicho, podczas gdy Marta wciąż spała. Dopiero zaczęłam i leżałam na lewym boku, gdy za plecami usłyszałam ledwo słyszalny odgłos dobrze znanych kroków Mamy, a potem jej małe dłonie na moim czole i głowie. Pieściła mnie. Położyłam się na wznak, by nie odwracać się do niej plecami, i byłam skupiona i błoga pod jej lekkimi i miękkimi pieszczotami. Odważyłam się na więcej. Ponieważ macierzyńska dłoń schodziła z czoła, by pieścić moje policzki, odwracając nieco głowę, pocałowałam ją w dłoń, tak gładką, że zdawała się jedwabiem, ciepłą jak wnętrze gniazda i pachnącą nieokreślonym zapachem pomiędzy fiołkiem a gorzkim migdałem, zapachem, jaki mają pewne bardzo obficie kwitnące kwiaty, w których tysiące odcieni woni staje się jedną wonią. Mama pozwoliła mi to robić, a ja, właśnie jak w gnieździe, skupiłam twarz we wnętrzu małej dłoni i, wciąż niezaspokojona, odważyłam się ująć ją prawą ręką i pocałować także jej grzbiet i cienkie palce, i jeszcze raz przesunąć ją po twarzy, by poczuć jej pieszczotę. Mama uśmiechała się i pozwalała. Co za słodycz! A potem zachęciła mnie, bym dokończyła moje modlitwy, i była tam blisko, wciąż mnie pieszcząc. A potem odeszła, zostawiając mi na pamiątkę swój świeży i delikatny zapach, który nie ma pewnego odpowiednika wśród zapachów Ziemi. Tak oto mój smutek zamienił się w pokój. Nie przemówiła jednak. Na razie nikt nie mówi. Niech Ojciec zauważy, że ponieważ modliłam się do św. Teresy od Dzieciątka Jezus, gdy usłyszałam szelest i pierwszą pieszczotę smukłej małej dłoni, pomyślałam, że to ona zapewnia mnie, iż słyszy moje modlitwy. Kątem oka dostrzegłam też skrawek dość ciemnobrązowej materii na białym i cienkim nadgarstku, co jeszcze bardziej kazało mi myśleć o św. Teresce. Ale potem nie miałam już żadnych wątpliwości. To była nasza Mama. Lecz ubrana na ciemno, jak w życiu domowym. Właśnie ta Mama, która przychodzi powiedzieć dzień dobry swojej chorej córce. Później, gdy myślę o porannej radości, mówi Maryja: "To byłam właśnie ja, w mojej szacie Królowej Karmelu. Modlisz się do mnie pod tym moim tytułem i modlisz się do mojej córki Teresy od Dzieciątka Jezus, a ponieważ się modlisz, ofiarowujesz i cierpisz za kapłaństwo i za grzeszników, wchodzisz swoimi intencjami w intencje karmelitańskie, choć nie należysz do tego Zakonu. A mojej małej Marii chciałam przynieść mój pocałunek pokoju, powiedzieć jej, że jest pod opieką moich pieszczot, że jesteś kochana także przez świętych Karmelu, i by się nie lękała. Kochaj mnie zawsze w każdym moim tytule. Wszystkie są mi jednakowo drogie, bo wszystkie zrodziły się z miłości. A Ja będę cię kochać w każdej twojej potrzebie. Czy wiesz, czym jest miłość Mamy? Często jest cudem łaski; zawsze jest pociechą i błogosławieństwem. Miej wiarę."