QUADERNI
10 grudnia 1944 r.
Wczoraj wieczorem, po napisaniu do Ojca listu, który – mam nadzieję – zostanie Ojcu dziś doręczony, i modląc się do Boga, aby oświecił Ojca w jego interpretacji, stawiając się w naszym położeniu, tu uwięzionych, potrzebujących wyjaśnień, których tylko Ojciec może udzielić, i bardzo, bardzo rozczarowanych Jego sybillińską odpowiedzią z 6 bieżącego miesiąca, która nas wprost zdumiała i zniechęciła – wpadłam w bardzo bolesne odrętwienie. Jakże teraz cierpię, kiedy przychodzą! Zwłaszcza gdy muszę walczyć z odrętwieniem, bo są ludzie itd. itd…! Wyszłam z niego o pierwszym brzasku. Zaraz zabieram się do modlitwy i przychodzi Jezus. Ten czas przerwy, powiem tak: publicznej, Jezus wykorzystał na prywatne pouczenie swojej biednej Marii. Z tej zapisuję to, co chce Jezus. Reszta jest moją tajemnicą i zostaje ze mną na zawsze. Dziś rano, na moje refleksje przesiąknięte przygnębieniem z powodu tego, jak bardzo jestem źle rozumiana, odpowiada mi: "Nawet najlepsi ludzie mają swoje braki. Doskonały jest tylko Bóg. A jednak ludzie chcieli dopatrzeć się niedoskonałości nawet we Mnie i, mógłbym powiedzieć: systematycznie, nadawali każdemu memu działaniu znaczenia inne niż prawdziwe. Dlatego nauczałem[1]: "Nie sądźcie". Pomyśl, duszo moja, że ludzie są tak ułomni i tak, nawet bez chęci, a raczej czując do tego odrazę, przesiąknięci pychą, że przypisują sobie prawo osądzania jako dzieła Boga czynów, które w rzeczywistości są chciane przez nich, a nie przez Boga – czynów, które gdyby rzeczywiście były chciane przeze Mnie, dawałyby ludziom, z racji swej niesprawiedliwej natury i zgubnych skutków, powód do krytykowania Boga. Kiedyż wreszcie ludzie zrozumieją i uwierzą mocno, że Bóg jest Dobrocią, Cierpliwością, Sprawiedliwością, Miłością nawet w najmniejszych rzeczach?" Pozostaję zamyślona po tej lekcji. Potem ośmielam się powtórzyć pytanie, ja, która nienawidzę zadawać Jezusowi pytań. Lubię zostawiać Mu swobodę pouczania mnie, jak i o czym zechce. Ale O. Pennoni nalegał, także ostatnim razem, w tej sprawie. Gdyby to był ktoś inny, dałabym temu spokój. Ale on… Jezus uśmiecha się uśmiechem dobrym, lecz poważnym, i mówi: "Jeśli te osoby są naprawdę religijne, muszą znaleźć w pewności śmierci w łasce Bożej ich czworga bliskich, zmarłych tragicznie, ulgę w swoim najwyższym bólu. Powiadam: najwyższym. (Pisz bardzo wyraźnie). Ból ludzki jest bardziej zwierzęcy w swoim cierpieniu. Wyrywa jęki nawet świętym. To (pisz powoli, ale pisz wyraźnie) – to powinno być zawsze brane pod uwagę przez tych, którzy słuchają wynurzeń ocalałych i pełnią urząd pocieszycieli. Najwyższy ból jest bólem duchowym. Bardzo żywy u tego, kto nie umarł dla ducha, bo przez tyle lat karmił się duchem. Ten, do ludzkiego bólu z powodu utraty pomocy i uczucia, dołącza ból niepewności co do wiecznego losu Utraconego. Nie. W tym przypadku nie o to chodzi. Niech ból ukoi się w pewności błogosławionego ponownego zjednoczenia. Ale powiedz temu, kto zażądał tej odpowiedzi, by nie był niezdolnym pilotem, sternikiem statku (pisz powoli, ale pisz wyraźnie), zapominającym o najbardziej elementarnych zasadach żeglugi. Dusza wstrząśnięta tragicznym ciosem jest porównywalna do statku pochwyconego przez wielki sztorm. Potrzebuje pomocy i odciążenia, a nie złorzeczenia z powodu jej niezdolności do wyjścia z burzy i wpłynięcia na spokojniejsze wody. Otóż: jakim byłby pilotem i jakim sternikiem statku ten, kto potrafiłby jedynie jeszcze bardziej utrudniać biednemu statkowi drogę teoretycznymi manewrami, nie zawsze trafnymi, a czasem szkodliwymi, zwłaszcza w pewnych przypadkach? Gdyby zamiast zwinąć żagle, rozwinął je wszystkie, czyż nie wydałby biednego statku jeszcze bardziej na pastwę wiatru? Gdyby zamiast go odciążyć, by mógł szybciej uciec, obciążył go, mówiąc: "Tak będzie bardziej stabilny", czyż nie przypieczętowałby jego zatonięcia? To samo dzieje się z duszami w burzy. Trzeba je odciążyć, trzeba je zrozumieć w ich reakcjach i potrzebach. Nie zwiększajcie ich zagubienia niesprawiedliwymi potępieniami. Och, jak łatwo i szybko się potępia! Czyż i Ja nie byłem wielokrotnie potępiany jako demon?[2] Łatwo jest powiedzieć: "Jesteś opętany". Lecz czy nie będzie raczej takim ten, kto oskarża, uchybiając miłości i sprawiedliwości? Weźcie po raz kolejny za przykład Mnie, waszego Mistrza. Marta i Maria, wstrząśnięte bólem, wyrzucają Jezusowi[3], że nie przyszedł z taką troskliwością, jakiej pragnęły, by zapobiec śmierci Łazarza. Czy Ja im to wyrzucam? Nie: pieszczę je i pocieszam. Umiem zrozumieć i współczuć duszom wstrząśniętym bólem. Uczcie się. Zapyta może jeszcze ten, kto przysyła cię po tę odpowiedź, jak przynieść ulgę tej biednej duszy w burzy. Och, to bardzo proste! Prosząc o cierpienie, by ulżyć jej cierpieniu i przynieść jej pokój i światło. Obarczać się cudzymi ciężarami, kłaść się na cudzych krzyżach, by odciążyć innych i zdjąć ich z krzyży. Ja to uczyniłem. Uczyńcie to wy. A teraz dosyć. Odpocznij w moim pokoju i ukołysz do snu cierpienie Jezusa za tak wiele ludzkich win i braków, śpiewając jak ptaszek, radosny z powodu pięknego słońca, kołysankę[4] mojej Mamy. Słońce już masz: to Ja. Błogosławię cię."
Moja uwaga: O. Pennoni mówił mi o tym przypadku w nieszczęsny dzień 8 listopada. Przez 32 dni Jezus zawsze milczał w tej sprawie. Dopiero dziś rano przemówił.
PRZYPISY
[1] Nauczałem, w Mateusza 7:1; Łukasza 6:37.
[2] jako demon, np. w Mateusza 9:34; 12:24; Marka 3:22; Łukasza 11:15; Jana 7:20; 8:48; 10:20.
[3] zganić Jezusa, jak zapisano w Ewangelii Jana 11: 21.32. Pocieszenie udzielone przez Jezusa jest najbardziej widoczne w epizodzie wskrzeszenia Łazarza, o którym mowa w rozdziale 548 głównego dzieła Marii Valtorty.
[4] kołysanka, otrzymana i napisana 28 listopada. Pisarka, która miała piękny głos, zaśpiewała ją razem z dwiema innymi piosenkami. Słowa wszystkich trzech znajdują się w głównym dziele: rozdziały 4, 10 i 33. Ich nuty zostały naniesione na pięciolinię przez samego o. Pennoniego, który poświadczył, że "cierpliwie i wiernie, bez żadnych samowolnych zmian, odtworzył usłyszane i powtórzone pieśni".