PAOLO
20 maja 1948 r.
Słodki Gość mówi: "Od w. 14 do w. 25 jest to lekcja, którą nauczyciele ducha powinni zawsze powtarzać samym sobie, duszom faryzejskim, które widzą drzazgę w oku swoich braci i surowo ją potępiają, a nie widzą belki braku miłości, która jest w ich własnym oku i która miażdży ich ducha pod ciężarem egoizmu i pychy, a powinna też być powtarzana biednym duszom - och, mniej winnym niż dusze faryzejskie, nawet jeśli są winne i smucą się z tego powodu, bo uznają swoją winę, a pokora i skrucha są już rozgrzeszeniem - i biednym duszom, które zgrzeszyły i płaczą, lękając się Pana, Sędziego swojej słabości. Bo te dwanaście wersetów jest regułą w osądzaniu ludzi i miarą, według której poznać można, jaki będzie sąd Boży nad grzesznikami pokutującymi. Napisał je Paweł, faryzeusz, syn faryzeuszy, uczeń Gamaliela, tego Gamaliela, który był żywą biblioteką całej doktryny Izraela. Paweł, najpierw zaciekły prześladowca tych, których uważał za przeklętych, potem naczynie wybrania i sprawiedliwości, apostoł doskonały, bohaterski w głoszeniu Ewangelii i w przezwyciężaniu swojego dawnego ja, godny wznieść się z wybraną częścią swojej duszy do trzeciego nieba i usłyszeć tam tajemnicze słowa Boże. Człowiek, który przez nieprzejednanie pierwszego okresu swego życia i przez heroizm drugiego mógłby uchodzić za kogoś, kto zawsze stał ponad pokusami cielesnymi. Gdyby jednak tak było, nie mógłby być "Apostołem pogan", to znaczy tych, których swoboda dozwolona przez pogaństwo czyniła - z nielicznymi wyjątkami dusz z natury cnotliwych - bardziej bydlętami niż istotami obdarzonymi rozumem i sumieniem. Tylko Jezus, Bóg-Człowiek, mógł zrozumieć grzeszników, choć sam nie zgrzeszył. Dla każdego innego nauczyciela bolesnym dobrem jest to, że w mniejszym lub większym stopniu uległ diabłu, światu, ciału, bo poznając siłę pokus i własną słabość, zdobywa mądrość potrzebną, by być nauczycielem i lekarzem dla uczniów i braci grzeszników. Chcę, abyście zwrócili uwagę na regułę, jaką kierował się Boski Mistrz, wybierając kolegium apostolskie i grono siedemdziesięciu dwóch. Wśród pierwszych tylko Jan był dziewicą. Wśród drugich, prawie jeszcze dzieci, gdy zostali uczniami, nie było ani jednego, który nie skosztowałby smakowitego owocu, a stąd już blisko do każdej innej uległości wobec winy. Byli ludźmi. Niczym więcej niż ludźmi. Synami Adama. A zarzewie grzechu poruszało się w ich ciałach jak wąż. Gałąź pożądliwości cielesnej żyła nawet w najsprawiedliwszych spośród nich, to jest w tych, którzy okiełznali już pożądliwość złota i pychę życia. Ale nikt nie był bez niedoskonałości. Nawet sam Jan, serafin wśród uczniów Mistrza. Skory do gniewu, podobnie jak jego brat, zasłużył sobie na miano "syna gromu" od Tego, który go umiłował. Apostoł Miłości, doskonały w miłości do Mistrza, stał się apostołem miłości, kontemplując łagodność, miłość, miłosierdzie Boskiego Męczennika od świtu do zmierzchu Wielkiego Piątku, i na zawsze odłożył szatę gniewu przed Przenajświętszą nagością Króla królów, który wyzbył się nawet swojej Boskiej nieśmiertelności, aby poznać śmierć i zbawić człowieka. Jezus Bóg, przemierzając ziemię - mógł to uczynić, gdyby zechciał - mógłby znaleźć wśród mieszkańców trzech ówczesnych kontynentów dwunastu i siedemdziesięciu dwóch sprawiedliwszych niż ci dwunastu i siedemdziesięciu dwóch, których wybrał w Izraelu. Bo Bóg Stwórca złożył (i składa) w duszy każdego człowieka wzniosły dar, który u najlepszych rozwija się w świętość życia, niezależnie od tego, jaką mają znajomość Bóstwa: prawo naturalne. A kto je zachowuje i uznaje, że pochodzi ono od Istoty Najwyższej, od Boga, albo od najwyższego bóstwa własnej religii, ten może, nie myląc się, powiedzieć o sobie, że jest duchem z natury zjednoczonym z prawdziwym Bogiem Jedynym w Trójcy. Król wszechświata mógł więc swoją wolą wezwać do siebie z trzech kontynentów dwunastu i siedemdziesięciu dwóch, tak jak głosem gwiazd wezwał do swojej kołyski trzech Mędrców, i mieć w ten sposób u swego boku kolegium sprawiedliwych. Nie uczynił tego. Wziął ludzi bardzo ludzkich. Materię surową, bezkształtną, z wieloma nieczystymi cząstkami. Ukształtował ją. Cierpiał, kształtując ją, z powodu odstępstw i zdrad niektórych jej cząstek. Ale przy swoim Wniebowstąpieniu pozostawił Kościół nauczający, zdolny kontynuować Jego dzieło odkupienia świata. Zdolny dzięki nauce i przykładowi otrzymanym od Słowa; zdolny dzięki pomocy Ducha Świętego, otrzymanej od Jezusa Zmartwychwstałego po raz pierwszy w Wieczerniku, a po raz drugi, w tym samym Wieczerniku, dziesięć dni po Wniebowstąpieniu, zgodnie z Boską obietnicą, przez bezpośrednie działanie Ducha Świętego, aby dwunastu zostało napełnionych Duchem Pocieszycielem i mogło przekazać Go swoim współpracownikom w posłudze kapłańskiej; i zdolny wreszcie dlatego, że pouczony - w różnych swoich członkach - przez ich własną znajomość ich słabości, ich zmagań jako ludzi dążących do usprawiedliwienia, ich upadków, nie okazał się niezdolny do bycia nauczycielem, lecz umiał rozumieć, współczuć, wspierać, prowadzić tych, którzy przychodzili do chrześcijaństwa słabi jako ludzie, a bardzo słabi duchem jako poganie, gdyż pogaństwo było doktryną materialności i rozpasanej przyjemności. To jest wstęp do lekcji wyciągniętej z wersetów, które ci wskazałem, a które wyjaśnię ci jutro, gdyż twój stan nie pozwala na dłuższy trud."
PRZYPISY
[12] Lekcje od 22 do 26, napisane w 1948 roku, zostały przepisane przez samą Marię Valtortę do innego zeszytu w 1950 roku "z dodatkami, które je uzupełniają", jak wyjaśniliśmy w tomie Zeszyty z lat 1945-1950, w przypisie do daty 20 maja 1948. Transkrypcje, z których zaczerpnęliśmy tych pięć lekcji, zachowują daty roku 1948, ale pomijają na początku wyrażenie "Słodki Gość mówi", które my umieszczamy, ponieważ znajduje się ono w pierwotnej wersji tych samych lekcji.