QUADERNI
8 grudnia 1947 r.
Wieczór
Żałowałam, że nie mogę zobaczyć przechodzącej Maryi Najświętszej Niepokalanej, niesionej w procesji… To właśnie te niemożności uczestniczenia w obrzędach Kościoła sprawiają, że odczuwam ciężar mojej choroby… Za 10 dni minie 15 lat, odkąd nie stawiam już stopy na ulicach, odkąd nie chodzę już do kościoła, odkąd nie widzę żadnych ceremonii… Marta może coś zobaczyć z balkonu, ja nic… Sama w moim łóżku tak żaliłam się w duchu, słysząc, jak zbliżają się chóry głosów sławiących Maryję Najświętszą…
I Maryja Najświętsza przychodzi do mnie: żywa, prawdziwa, jak w Lourdes… Jedna z najsilniejszych ekstaz, jakie miałam, i najpełniejszych. Świat całkowicie zniesiony wokół mnie. Maria sama z Maryją samą… Otrzymałam o wiele więcej niż widok przechodzącej figury…
Wróciłam do… – jak to powiedzieć? – do świadomości tego, co jest światem, powiem, po mniej więcej godzinie, jak sądzę, bo kiedy Ona przyszła, było jeszcze światło dnia, a kiedy mnie opuściła, panowała gęsta ciemność. I zastałam swoją twarz zalaną łzami. Nie zauważyłam, że płaczę z radości, gdy modliłam się do Niej za Kościół, za Ojca Świętego, za Włochy, za Zakon Sług Maryi, za całe duchowieństwo i za osoby mi najdroższe, ani wtedy, gdy czcząc Ją i kontemplując, odmawiałam 15 tajemnic Różańca przed Nią, tak piękną, tak słodką, tak świetlistą, tak błogosławioną… Ale to jest płacz radości… i nie sprawia bólu. To ujście serca, które topnieje z radości w tych godzinach kontemplacji i niebiańskiego daru…
Jakże była piękna! Jakże była piękna! Ileż radości, ileż pokoju zostawiła mi w sercu!… Niech będzie za to błogosławiona! A z Nią Jej Najświętszy Syn, który udziela mi tych balsamów pośród tak wielkiego mojego cierpienia.