QUADERNI

7 kwietnia 1947 r.

Poniedziałek po Wielkanocy, czyli Poniedziałek Anielski, 1947 r.

Mówi do mnie Jezus: "Nie powinnaś się temu dziwić. Mówiłem ci to już od lata twego wygnania w Sant'Andrea.[1] Gdy na jałowej pustyni, gdzie nie ma kwiatów o słodkim i zdrowym soku, lecz tylko trujące rośliny albo takie, co nie kwitną, wyrasta krzew różany i pokrywa się koronami kwiatów, które napełniają powietrze wonią, dzikie pszczoły, mieszkające w skałach lub w dziuplach martwych drzew, przylatują do tych róż, ponieważ wiatr powiedział im, że wyrosły one, bogate w pachnące soki, tam, gdzie wcześniej były tylko gorzkie, rzadkie, trujące chwasty. Przylatują radośnie, mogąc zbierać słodki miód, nie muszą już szukać go daleko, daleko. Tak samo dusze. Gdy w jakimś miejscu rozkwita dusza moja i wydaje woń Mnie, oto przychodzą biedne dusze, które tak bardzo potrzebują słodyczy, światła, pociechy, pokarmu. A ta, która pachnie Mną, musi postąpić jak krzew różany zrodzony na pustyni: pozwolić wysysać ze swego serca słodycz, dać to, co dał jej Stwórca. Mario, to Ja żyję w was[2], moje drogie dusze ofiarne i służebnice miłości. To, co wy dajecie, to wciąż Ja, ponieważ jesteście Mi tak całkowicie oddane, że nie jesteście już dla siebie, lecz istniejecie po to, bym Ja był. Byłyście, dopóki miałyście wolę być całkowicie moimi. Potem zespoliliśmy się. I większy, Ja, wchłonął mniejsze, czyli was. Z was pozostała szata zewnętrzna; reszta to Ja, który żyję w was. I dusze czują moją woń i przybiegają. I dusze dostrzegają moje światło i przybiegają. Jesteście amforami, które przesączają woń wypełniającą was. Zasłonami, które otulają światło, lecz go nie ukrywają. One, dusze, mówią do was, by mówić do Mnie. Pozwólcie im przyjść. Kiedy tworzę sobie w jakimś miejscu żywy, mały kościółek i przebywam w tabernakulum serca, aby pocieszać i przekonywać, że Ja jestem – a jestem przyjacielem, pełnym litości, miłosierdzia, cierpliwości – ów mały żywy kościółek, w którym spoczywa Jezus, musi się cieszyć, że dusze przychodzą, aby zbliżyć się do Jezusa. Powiesz: "Ale czy zatem musi widywać ludzi?". Nie, duszo moja. Teraz mniej niż kiedykolwiek. Lecz przyjmować wszystkie słowa braci. Zawsze rzeczniczką. Mego głosu do nich, ich głosu do Mnie. Umiej rozróżniać. Możesz to czynić, ponieważ Światło jest w tobie. Odróżniaj potrzebujących od ciekawskich. Tych precz. Całkowicie precz. Zamknij się jak skorupa ostrygi perłowej na perle, którą masz w sobie, aby próżna, a czasem złośliwa ciekawość – zawsze bezużyteczna, niekiedy szkodliwa – nie weszła tam, gdzie jestem Ja: w tobie i w twoim domu. Precz z ich dochodzeniami, pretekstami, nieszczerymi listami. I otwieraj nie swój dom, lecz swoje serce, aby przyjmować potrzebujących. Powiedziałem ci to wczoraj, zanim ogarnął cię ów krzyk duszy: "Bądźmy razem. W komunii miłości i bólu za potrzeby świata". I nie dziw się, nie niepokój się, nie unoś się pychą. Trzy rzeczy bezużyteczne, ostatnia szkodliwa. To naturalne, że twoja woń przyciąga. Powierzaj Mi prośby, które do ciebie kierują. Nie unoś się pychą, bo dzieje się tak dlatego, że Ja żyję w tobie, a nie z powodu twoich własnych cnót. A zatem króluję tylko Ja. I trwaj w pokoju. Zawsze w pokoju. Jak bardzo cię kocham, widzisz to we wszystkim. Tam, gdzie tylko Ja i ty pragniemy jakiejś rzeczy, zawsze się ona spełnia. Tam, gdzie się nie spełnia, dzieje się tak dlatego, że przeszkadzają ludzie i szatan. Ale Bóg się nie spieszy. A przeszkoda, opóźnienie spowodowane przeszkodą, służy temu, by piękniej zajaśniał cud mego Dzieła i mych działań w tobie, moja owieczko, która pozwalasz się prowadzić, strzyc, składać w ofierze twojemu Jezusowi bez żadnego oporu. Najbardziej uległa owieczka Pasterza. Błogosławieni cisi, posłuszni, wielkoduszni, oddani Panu dla zbawienia świata. Błogosławiona jesteś, duszo moja".

PRZYPISY

[1] S. Andrea to Sant'Andrea di Còmpito, gdzie pisarka była przesiedlona przez wojnę od 24 kwietnia do 23 grudnia 1944 roku.

[2] to Ja żyję w was, jak u świętego Pawła w Liście do Galacjan 2:20.