QUADERNI
31 grudnia 1947 r.
Chcę zakończyć ten rok 1947, mówiąc o Najświętszej Maryi Pannie. Ale to są moje słowa. Najświętsza Dziewica obiecała mi "wielki dar" na Boże Narodzenie. Otrzymałam wiele darów na Boże Narodzenie. I to różnego rodzaju. Niektóre bardzo gorzkie, inne mądre, jeden... bardzo słodki. Ale ten jest tajemnicą. A jednak nie sądzę, by "wielkim darem" był właśnie ten. Twierdzę, że wielkim darem jest właśnie pierwszy (zob. datę 25.12), tak jak pomyślałam od pierwszej chwili, gdy sporządzałam spis darów nadprzyrodzonych i naturalnych otrzymanych 25.12. Tak. Pierwszy i drugi. Te dwa, które najbardziej ukształtowały mnie w Chrystusie... Najgorzkie jak Jego kielich. Miejmy nadzieję, że tak zasługujące, jak jedno z Jego cierpień. Złożona Męka Chrystusa dopełnia się we mnie. Dziękuję Ci, mój Panie. Ale dziś chcę skomentować broszurę o "Matce Bożej z Trzech Fontann", którą przyniesiono mi do przeczytania na Boże Narodzenie i którą muszę jutro oddać właścicielowi. Broszura napisana jest przez Giulio Loccatellego, wydawnictwo Unitas, i nosi tytuł: "Matka Boża ukazała się i przemówiła w grocie Trzech Fontann". Wydrukowano ją czcionkami Soc. Anon. Il Giornale d'Italia, Rzym, Via dell'Umiltà 48, 4 października 1947. Podaję to tak dokładnie, aby ten, kto pewnego dnia przeczyta ten zeszyt, dobrze zrozumiał, co przeczytałam i co skomentowałam, i kiedy. Nie wydaje mi się wcale dziwne, że Najświętsza Maryja ukazała się wielkiemu grzesznikowi, człowiekowi, o którym - z racji tego, że jest mężczyzną, i z powodu jego niechęci do Kościoła i Dziewicy - z pewnością nie można powiedzieć, że... był histerykiem, dotkniętym halucynacjami duchowymi, będąc... religijnym fanatykiem. Nie. Z pewnością nie można tego powiedzieć o tym panu Cornacchioli. Mówi się to o mnie, mówiono to o Bernadecie, o Łucji, Franciszku i Hiacyncie, mówiono to o Neumann. Dzieci i kobiety: istoty nienormalne dla... tak zwanych uczonych, którzy w rzeczywistości, moim zdaniem, są jedynie niedowiarkami i ateistami, nawet jeśli noszą sutannę - ateistami, ponieważ zaprzeczają, że Bóg może objawić się cudownie sam z siebie lub poprzez objawienie się swej Dziewiczej Córki, Oblubienicy i Matki Bożej, lub Świętych i Aniołów. O dzieciach można przypuszczać, że... uległy sugestii opowieści... Wygodny powód, jaki podają sobie ci, którzy nie potrafią wierzyć w Moc i Miłosierdzie Boże. O kobietach można przypuszczać, że... miały halucynacje, ponieważ podlegają... niedoskonałościom lub prawom natury kobiecej, które prowadzą je do... majaczenia, by wynagrodzić sobie to, czego nie miały: męża. Inny wygodny powód, jaki podają sobie wspomniani, którzy nie potrafią wierzyć w Moc i Miłosierdzie Boże i, nie umiejąc na nie odpowiedzieć w taki sposób, by zmniejszyć wizualną i pojęciową separację między stworzeniami a Bogiem, do tego stopnia, by móc "widzieć i słyszeć" rzeczy niebiańskiego objawienia, nazywają "chorobą fizyczną" to, co jest doskonałością psychiczną i duchową, jakiej Boska Dobroć udziela tym, którzy płoną i spalają się w jednej miłości i jednym pragnieniu: miłości do Boga i pragnieniu Go. Ale Cornacchiola nie jest dzieckiem. I nie jest kobietą. Co więcej, nie był nawet jednym z tych łagodnych mężczyzn, którzy mają serce dziecka albo słodkiej i łagodnej kobiety. Był człowiekiem gwałtownym. Nawet gdyby nie było to napisane w broszurze, wystarczyłoby spojrzeć na jego fotografię, by to zrozumieć. Twarz twarda, agresywna, wywrotowca, wychudzona żółcią, która go pożerała, spalona płomieniem jego antykatolickiej pasji, oczy... niech mi będzie wybaczone, bardziej przestępcy niż normalnego człowieka. Wspaniały okaz agitatora rewolucyjnego, zdolnego głosić tłumom nienawiść i bunt... I rzeczywiście... nienawiść i bunt głosił przeciwko Kościołowi Chrystusa, owczarni Chrystusa, przeciwko Bogu, Dziewicy... Nie wiem, kiedy zrobiono mu to zdjęcie, które znajduje się w broszurze. Czy przed, czy po objawieniu. Ale nawet jeśli jest ono późniejsze od objawienia, muszę powiedzieć - i wcale się temu nie dziwię, bo wiem, ile czasu wymaga duchowa rekonwalescencja po piekielnym zatruciu, by na twarz powrócił wyraz nie diabolski, lecz pogodny, człowieka miłującego Boga i Jego przyjaciela - muszę powiedzieć, że jego twarz jeszcze się nie uspokoiła. Z pewnością na tej fotografii ma on jeszcze na twarzy piętno, jakie wyrzeźbiła w nim Nienawiść, to piętno, które podnosił hardo przeciwko swemu Stwórcy, przeciwko najsłodszej Dziewicy i Matce, by wykrzyczeć Im swą nienawiść... Mówię: nie dziwi mnie wcale, że ukazała się grzesznikowi, protestantowi. Owszem, twierdzę, że mogło się to zdarzyć jak najbardziej. Przede wszystkim dlatego, że jedna dusza, a nawet więcej dusz (te z całej rodziny Cornacchiola) zostały zbawione. Po drugie dlatego, że w ten sposób zwykli negatorzy nas, widzących, nie będą mogli wymachiwać zwykłymi argumentami o... infantylizmie pod wpływem sugestii i histerii z omamami. Chciałabym, aby wielu grzesznikom i wrogom Boga i Kościoła ukazał się Bóg i Dziewica, zarówno by ich nawrócić, jak stało się z Szawłem na drodze do Damaszku, jak i po to, by niewierzący świat przekonał się, że Bóg może wszystko i że prawdziwe są Jego objawienia duchom. I idźmy dalej. Czytam na str. 6, w 6. wierszu rozdziału: "Goniec-wizjoner (4 objawienia)", "... bardzo biegły w studiowaniu Biblii i Ewangelii". Dobrze dla niego! Ja jestem tak zupełnie niebiegła, że odkąd Dzieło się skończyło, a więc [odkąd] nie mam już potrzeby sprawdzania słów usłyszanych w dyktandach z tym, co podaje Biblia, i zaznaczania rozdziałów i wersetów (minęło już 8 miesięcy i 3 dni), nie otwieram już Biblii. Jeśli jej dotykam, to po to, by ją odkurzyć. I tyle! Po co miałabym ją otwierać? Nic z niej nie rozumiem jako doktryny, symboliki itd. itd. Pod względem historycznym to, co jest sprzed Chrystusa, niewiele mnie interesuje, a to, co jest w Ewangeliach... znam to jako ich kronikarka. Dlatego zostawiam wszystko zamknięte... i czytam wspomnienia, które noszę w sobie: moją jedyną duchową lekturę... Ale ci, którzy mówią, że piszę słowa natchnione "bo jestem wykształcona itd. itd.", podczas gdy to nieprawda, czemu nie podważają dyktanda Cornacchioli, "który jest bardzo biegły itd. itd.", jak sam napisał? Aby obrzucić błotem (próbować obrzucić błotem) Maryję Niepokalaną, dogmaty, Kościół itd. itd., musiał dobrze przeczytać, dogłębnie przestudiować, szukać dziury w całym, czyli... pseudosprzeczności, które - patrząc pod mikroskopem ateistycznej nienawiści - można być może znaleźć w Tradycji, a nawet w czymś wyższym od Tradycji! Ja: nic z tego wszystkiego. Zawsze wierzyłam, po prostu, w to, co Kościół zaproponował mi do wierzenia. Wierzyłam. Tak po prostu. Bez rozumowania, by wyjaśniać sobie to, co jest tajemnicą. Wierzyłam, jak mówi Jezus, "z błogosławieństwem wiary absolutnej". Błogosławieni[1] ci, którzy będą umieli wierzyć, nie widząc. Nigdy bym nie pomyślała, aż do 23 kwietnia 1943 roku, Wielkiego Piątku, że Boski Mistrz zechce - jako Boski Przyjaciel, który prowadził mnie od dziesięcioleci - stać się moim Mistrzem i objawić mi tak wiele tajemnic i faktów; nigdy bym nie pomyślała, że zdołam zrozumieć rzeczy tak wzniosłe, gdy światło Jego Promienia czyniło mnie zdolną do zrozumienia. Teraz znam istotę najgłębszych prawd, ale piękno lekcji zostało utracone. By je odzyskać, muszę odszukać dyktando, a mimo to rozumiem je słabo, bo poza Boskim Światłem niewiele rozumiem nawet z tego, co pojęłam danego dnia... Ale to nieważne. Nadal wierzę, po prostu. Nadejdzie dzień, w którym zrozumiem wszystko. Wszystko. Czyli Boga. Kiedy poznam i posiądę Boga, zrozumiem wszystko. Wszystkie tajemnice. Wszystkie prawdy. Wszystkie lekcje. I to na wieczność! Idźmy dalej. Dochodzimy do opisu Objawienia. Uważam za prawdziwe to, że ani dzieci, ani Cornacchiola nie przestraszyli się na widok Maryi. Niebiańska nadprzyrodzoność nigdy nie przeraża, co najwyżej może zdumiewać. Ja, od dzieciństwa, zawsze bardzo bałam się objawień. Nawet w internacie, gdy siostry mówiły[2]: "Pomyślcie, gdyby ukazał się Jezus! Cóż za radość!", ja mówiłam: "Nie, na miłość Boską! Gdybym nie mogła wyjść drzwiami, uciekłabym oknem". Pamiętam przerażenie, jakie ogarnęło mnie pewnego wieczoru, gdy przez pomyłkę zostałam zamknięta w kaplicy internatu. Był czerwiec. Na głównym ołtarzu było wystawione Najświętsze Serce. Poprosiłam, by móc pójść Je pozdrowić, gdy kończyła się rekreacja. I pozwolono mi... Nie wiem jak, nie usłyszałam, gdy siostra konwerska zamykała drzwi. Musiałam modlić się naprawdę bardzo intensywnie... Kiedy... ocknęłam się i skierowałam się do wyjść (3 drzwi), zastałam wszystkie zamknięte. Wróciłam do ołtarza i chciałam przejść przez zakrystię... Ale, niestety, podniosłam oczy na figurę... i, przez grę światła księżycowego, wydało mi się, że się poruszyła, pochylając się ku mnie. Oszalałam z przerażenia. Krzyczałam tak bardzo, tak bardzo się szarpałam, że mimo iż kaplica była odosobniona, usłyszano mnie i przybiegnięto mi z pomocą... Gdyby mnie nie usłyszano, rano znaleziono by mnie martwą ze strachu. To, by pokazać, czy boję się tego, co wykracza poza naturę. A jednak, gdy miłość Jezusa przemieniła się z wewnętrznych słów w wewnętrzne wizje, krótkie, słodkie lub smutne, a potem, wzrastając coraz bardziej, stała się uściskiem, objawieniem się głosu, obecności, dotyku - tym, czym jest teraz, od 4 lat i 8 miesięcy - nie odczuwałam żadnego strachu. Wręcz przeciwnie! Mocne i słodkie dłonie mojego Zbawiciela, dłonie, które mnie pieścicie i leczycie, kładąc się na najbardziej chorych narządach i w najniebezpieczniejszych kryzysach, by dać mi życie, bym mogła jeszcze służyć memu Panu, dłonie przebite, oddane mojemu badaniu, delikatne, ciepłe rączki Jezusa Dzieciątka złożonego przez Maryję na moim łożu, małe różowe stopy, zmarznięte, dane mi do ogrzania, i świetliste stopy Zmartwychwstałego z promienną karbunkułową raną, dane do ucałowania, miękkie włosy Chrystusa, muskające mą twarz w uścisku, ciepło ciała Chrystusa, silne i kochające ramię, Krew wypita z otwartego Serca, pośród płomieni, które nie dają bólu oparzenia, lecz niewysłowione pokrzepienie, i miękkie łono Maryi, dłonie królewskie i macierzyńskie, tak lekkie i czyste, i uśmiech Jana, i niewypowiedziana dobroć patriarchy Józefa, i wy wszyscy, którzy przychodzicie do mnie, tak dobrzy, tak dobrzy, tak przyjacielscy i piękni, radości mego życia ofiary - nie, nie przerażacie mnie. Niebiańska nadprzyrodzoność to pokój i radość. Tylko to. Prawdą jest też to, co mówi Cornacchiola na str. 8, w 8. wierszu: "czuję się lekki, lekki, jakbym był uwolniony od ciała i owinięty w eteryczne światło". Brawo! Powiedziane naprawdę dobrze! Ja, która... od lat smakuję fizyczne konania i gdy jestem in extremis, czuję właśnie już, jak duch uwalnia się od ciała, doznaję tego samego wyzwolenia, gdy nadchodzi nadprzyrodzoność. Tyle że w wolności ducha podczas przejawów nadprzyrodzonych brak jest cierpienia, a wszystko jest radosną ekstazą... Prawdą jest też, gdy mówi: "Kobieta rajska, której opisać nie sposób". Rzeczywiście, to niemożliwe, nawet dla tej, która widziała Ją setki razy. A że dla Cornacchioli, który widział Ją cztery razy, było to niemożliwe, wynika jasno z opisu, jaki podaje... Mówi o czarnych włosach... Najświętsza Maryja wyjaśniła w dyktandzie z 24 listopada[3], dlaczego ukazały się ciemne. Ja, ze swej strony, mogę powiedzieć, że światło emanujące z Maryi, gdy objawia się w chwale, jest takie, iż każdy kolor wydaje się ciemny w porównaniu ze światłem Maryi, gdy ukazuje się spowita w rajskie światło. "Twarz o dostojnym pięknie..." A jeszcze bardziej: "o pięknie doskonałym"! Typ orientalny? Powiedziałabym raczej żydowski niż orientalny. Typ orientalny ma zazwyczaj usta pełne i zmysłowe, oczy raczej wydatne i ciemne. Maryja nie ma wcale ust zmysłowych ani oczu orientalnych, jak ma je większość. Żadnych oczu arabskich, indyjskich czy azjatyckich. Zdecydowanie nie. Ale spojrzenie słodkie, jakie zauważyłam czasem u młodych Żydówek, i jasne tęczówki koloru nieba. Ale nie dziwię się, że Cornacchiola tak Ją opisał... To piękno, które umyka w szczegółach, gdy tylko zniknie. Pozostaje wewnątrz poemat piękna, ale szczegół się gubi. W pierwszych czasach, dopóki szczególna łaska Boża, dana mi przez Boga, bym umiała opisywać dobrze, dokładnie, także wygląd postaci opisanych w Dziele, byłam zawsze niepewna, po zakończeniu widzenia, co do odcienia włosów, tęczówek, cery, zarówno Jezusa, jak Maryi. Bo powiedzieć: "Są blond" to za mało. W kolorze włosów blond jest wiele odcieni: od blondu niemal białego u albinosów po blond tycjanowski niemal miedziany. I podobnie z tęczówkami. Powiedzieć "niebieskie" to nic nie powiedzieć. Można mieć błękit bardzo jasny, niemal opalizujący, i błękit żywy, błękit barwinkowy, błękit fioletowawy, błękit szafirowy, błękit zielonkawy, błękit turkusowy. Trudno, bardzo trudno to określić, zwłaszcza gdy duchowe i naturalne wzruszenie pochłania nas w całości, a nie w szczegółach! Uczesanie... Ja zawsze widziałam Ją z włosami rozdzielonymi na czubku głowy. Ale to nie ma znaczenia. Tak jak zmienia szatę, może zmieniać uczesanie. Kolory powtórzyła Najświętsza Maryja 24 listopada: szata biała, pas różowy, płaszcz zielony. Są dokładne. Cornacchiola jest rzadkim człowiekiem, który umie dobrze określać kolory szat. Wzrost Najświętszej Maryi. Powiedziałabym, porównując Ją z Jezusem, u boku którego widywałam Ją często blisko, że ma najwyżej 1,65, ponieważ czubek głowy Maryi sięga do ramion Jezusa. Ale wydaje się wysoka, nam współczesnym, bardziej niż jest, z powodu szat długich aż do ziemi. Wiadomo, że długie szaty sprawiają, iż wygląda się wyżej. Wyraz twarzy... Eh, tak! Najświętsza Maryja jest lekko smutna, a raczej zawsze jest zamyślona, nawet gdy się uśmiecha. Jeśli zaś mówi o ludzkich winach i o bólu, jaki z ich powodu ma Jej Syn, to jest naprawdę smutna. "Głos przesłodki". O, właśnie. To łatwiej zapamiętać. Bo to nuta takiej słodyczy, że przenika nas i pozostaje. "Do niczego niepodobny". Właśnie tak! Głos, który sprawia, że rozpływamy się z radości. I umiemy go zapamiętać lepiej niż inne rzeczy materialne, jak kolor włosów, oczu, cery itd. itd. Bo głos jest rzeczą niematerialną. A my, w tych chwilach widzenia, postrzegamy częścią niematerialną. Tak. Gdy nadprzyrodzoność mówi nam: "Chodź", rzucamy się na to wezwanie. Duch się rzuca. Bo nasz duch, nawet jeśli jest niewolnikiem rozumu, który go uciska i chce oddzielić od jego Źródła, zawsze go pragnie, i na potężne wezwanie Dobra zwraca się i rzuca, gdy wyznaczona jest dlań godzina łaski, uzyskana wolą Niebian albo za wstawiennictwem dusz modlących się za grzesznika. W przypadku Cornacchioli: dziewięć pierwszych piątków ku czci Najświętszego Serca. I wzruszam się, myśląc, że Maryja, ukazując się przy Trzech Fontannach, oprócz innych przedziwnych rzeczy, których dokonuje i których naucza, przyszła odświeżyć, że tak powiem, obietnicę Jezusa daną św. Małgorzacie Marii[4]. Są tacy, którzy w to nie wierzą. Są tacy, którzy odprawiają dziewięć pierwszych piątków tak, z przyzwyczajenia, bez mocnej ufności, że są one zadatkiem zbawienia. I oto Maryja, Matka, która ukształtowała Serce Jezusa, przychodzi, by pokazać namacalnie, jak dziewięć pierwszych piątków ku czci Najświętszego Serca jest wiecznym zbawieniem. Ale mówiłam, że gdy nadprzyrodzoność rzuca swoje wezwanie, duch zwraca się i przybiega... A duch, z natury swej, dociera do miejsca spotkania i pojmuje; ale materia, ciężka, z trudem podąża za duchem. Duch jest zwinny jak anioł. Ciało jest powolne jak powolne zwierzę. Powolne w podążaniu, w postrzeganiu, w widzeniu, tępe w zapamiętywaniu, niedoskonałe we wspominaniu, łatwo zapominające. To udręka nas, widzących, gdy wychodzimy spod działania Boga: nieumiejętność dalszego widzenia, rozumienia, pamiętania z taką doskonałością, z jaką widzieliśmy, rozumieliśmy, pamiętaliśmy w godzinie zjednoczenia. Chcielibyśmy móc odnaleźć w sobie tę doskonałą radość samą siłą władzy pamięci. Ale, niestety, znajdujemy tylko fragmenty obrazu, muzyki, którą się rozkoszowaliśmy... I cierpimy, szukając, szukając... podobni do osób, które straciły wzrok, podobni do karmionych niebiańskim pokarmem słodyczy, którzy teraz, wygłodniali go i zniesmaczeni wszystkim innym, szukamy go wszędzie, nigdy nie znajdując go już takim samym. Zresztą to słuszne, że tak jest. Mieliśmy radość nadzmysłową zjednoczenia i poznania Boga lub Maryi. To, czym będzie Raj, jeśli umiemy być sprawiedliwi aż do śmierci. Słuszne jest, że po darmowym darze, który jest zadatkiem na naszą cząstkę wiecznej radości, my, śmiertelnicy, wciąż na wygnaniu i w próbie, jemy chleb popiołu synów Adama. Wybranie, jakiego dokonał w nas Bóg, nie jest bezwzględnym przywilejem, nie jest i nie powinno stać się dla nas roszczeniem, by być na zawsze ponad kondycją synów grzesznego Adama. On pozbawił się i pozbawił nas na zawsze tego błogosławionego życia, jakiego Bóg chciał dla swych stworzeń, i my musimy, dopóki jesteśmy na ziemi, smakować karę, a z nieszczęść wynikłych z Winy uczynić sobie środek do wiecznego zwycięstwa. Nasze wybranie zobowiązuje nas do życia świętszego, do ofiary pełniejszej. I dlatego, że otrzymaliśmy "miarę wstrząśniętą i przelewającą się"[5] mądrości, i dlatego, że niezasłużenie otrzymaliśmy wzniosły dar miłości. Dlatego słyszymy, jak głosy niebiańskie mówią nam: "Nie obiecujemy ci radości ziemskich. Nie będziesz wolna od ludzkiego bólu, przeciwnie, będziesz cierpieć prześladowanie. Ale swój dar otrzymasz w Niebie, jeśli będziesz wierna". A ponieważ Miłosierdzie i Miłość są jeszcze większe niż Sprawiedliwość, oto by pocieszyć nas w bólu, w prześladowaniu, jakie pozostanie nam jako stworzeniom i jakie będzie nam dane jako "widzącym", oto Bóg pozostawia w głębi naszego ducha świetlane wspomnienie tej godziny, albo tych godzin. Nawet jeśli nie umiemy już wskrzesić w sobie owego przepięknego widzenia w najdrobniejszych szczegółach materialnych, cenny klejnot tej lekcji pozostaje... "Pierwszym odruchem było mówić, krzyczeć" - mówi Cornacchiola. To prawda! Za pierwszym razem jest właśnie tak. Ale ludzkie pragnienie zostaje przemożone przez radość i pokój, jakie płyną z widzenia. I człowiek już się nie porusza... Później, jeśli w ogóle, gdy minie chwila Nieba, przychodzi nowa żywotność. Chęć działania, mówienia, śpiewania naszej radości! Dzielenia się nią z innymi! Mówienia im: "Przyjdźcie do źródeł pokoju, radości!". Ale... wiąże nas pewien wstyd duchowy. Przynajmniej ze mną tak jest... A odsłonić zasłony na tajemnicy, która się dokonała, kosztuje... Słucha się, jeśli Bóg dał nam taki nakaz... ale wolałoby się zachować skarb w ukryciu... Cornacchiola dał upust nadmiarowi uczuć, jaki płynie z tych godzin, słowami wyrytymi w tufie i tabliczką umieszczoną w grocie. Ja... wyrażam go śpiewem... Jedyną rzeczą, jaką, chora jak jestem, mogę jeszcze uczynić! "Czarna szata na ziemi i połamany krzyż". Ja również, już od 1943 roku (grudnia lub listopada) widziałam te dwie rzeczy podeptane, sprofanowane, i wskazała mi je Maryja. I o nich, i o tym, co chciały wyrazić, mówił Boski Mistrz. Ale nie mogę wyjawić owej straszliwej lekcji, która wciąż jest we mnie obecna. Nie wiem, czy w części tajnego przesłania, jakie otrzymał Cornacchiola, mowa jest o tym, co znaczą owa czarna (kapłańska) szata i ów połamany krzyż. Jeśli tak, to Bóg, który - by nie uczynić mnie bardziej znienawidzoną pewnej klasie ludzi - kazał mi zniszczyć tamto dyktando, by dać to poznać swemu Namiestnikowi, posłużył się Cornacchiolą... który jest silniejszy ode mnie (fizycznie), by móc stawić czoło reakcjom owej pewnej klasy. "Z tej niezwykłej rozmowy nie zgubiłem ani jednej sylaby z powodu bardzo dziwnego zjawiska, że nie mając jej jeszcze wiernie spisanej, rozwijała się ona regularnie w mym mózgu od pierwszego słowa 'Jestem' do ostatniego 'Miłość', w rytmie powolnym jak mowa nagrana na płycie, która powtarza się nie przerywając". Właśnie tak! Kiedy Mądrość chce, byśmy pamiętali, a my nie jesteśmy w stanie pisać, gdy Mądrość mówi, wówczas słowa powtarzają się dokładnie jak te utrwalone na płycie i nie milkną, dopóki nie uda się ich zapisać. Wielokrotnie, dziesiątki razy, zdarzyło się to również mnie, zwłaszcza gdy dyktanda są poleceniami do przekazania, wiadomościami otrzymanymi, by je komuś oznajmić, albo by pozostały w umyśle. Na przykład, choć minęły już 4 lata i jakieś czterdzieści dni, odkąd otrzymałam owo słynne, straszliwe dyktando - kazano mi natychmiast zamknąć je w zapieczętowanej kopercie - które miało zostać wręczone panującemu Papieżowi w chwili mojej śmierci, a które potem, z powodów znanych wielu, kazano zniszczyć (spalić) 24 marca 1946 roku na rozkaz dany mi przez Archanioła św. Gabriela - i spaliłam je, nie otwierając ponownie koperty, a więc nie odczytując ponownie tego, co napisałam 19 listopada (zdaje się) 1943 roku, i czego już nie pamiętałam (proszę to zauważyć) - słowa owego dyktanda zapłonęły na nowo w mym umyśle od chwili, gdy je spaliłam, i słyszę je każdego dnia (mimo że dokładam wszelkich starań, by ich nie słyszeć, bo są zbyt straszne), tak jakby dosłownie powtarzała mi je płyta gramofonowa albo niestrudzony powtarzacz. I tak jest też z pewnymi tajnymi lekcjami, które Bóg chce, bym zapamiętała, bez konieczności ich zapisywania, ponieważ nie chce, by inni czerpali z nich korzyść, skoro tak bardzo mnie dręczą, nie chcąc ugiąć się przed oczywistością nadprzyrodzoności, jaka się we mnie dokonuje. Zna je tylko mój Kierownik duchowy. Rozpoznaję doskonale, że lekcja otrzymana przez Cornacchiolę pochodzi z Nieba, po słowach "roztropności, miej roztropność... nauka wyprze się Boga". Ileż razy słyszałam, jak mówiono mi te słowa, i słyszę je nadal! I miałam dowód, że są prawdziwe. Czyż nauka nie zwalcza może Dzieła, w którym jaśnieje Mądrość, która je podyktowała?... Zapach... Otóż to. Wielu spośród moich świadków wyczuło zapach, który pozostaje po przyjściu do mnie Najświętszej Maryi. I inni też go poczuli, lecz nie znając jego źródła, uwierzyli, że to ja rozsiewam perfumy... Nie mam w domu perfum, więc nie mogę rozsiewać czegoś, czego nie posiadam. Najpiękniejsze jest to, że czasem, gdy do pokoju wchodzi fala zapachu zapowiadająca Maryję, albo utrzymuje się po Jej przyjściu, są tacy, co ją czują, i tacy, co nie. Na Boże Narodzenie był u mnie ojciec Mariano. On mówił... a ja kontemplowałam. Co powiedział tego dnia, doprawdy nie wiem, ani nie wiem, jaki efekt wywarło na nim moje roztargnienie i moje milczenie... Marta weszła i powiedziała: "Co za zapach! Wygląda na kadzidło. Wygląda... nie wiem". Ocknęłam się na ten okrzyk i spojrzałam na ojca Mariano, który spokojnie, spokojniutko powiedział: "Zapach? Ja nic nie czuję". W tej samej chwili weszła pani Panigadi[6] i wykrzyknęła z kolei: "Co za woń!". A więc zapach czułam ja, Marta i pani Panigadi, a nie ojciec Mariano. I tę samą woń niektórzy określają jako zapach fiołków, inni jako zapach róż, inni jako zapach lilii lub kadzidła... Ja nazywam ją "zapachem białych kwiatów", bo wyczuwam w niej wonie lilii, konwalii, tuberozy, magnolii, jaśminu, z nutami fiołków... Zapach szczególny, nie do przeanalizowania, ale przenikliwy i bardzo słodki. I muszę, skoro już przy tym temacie, powiedzieć jeszcze jedno. Kiedy mam obecną Najświętszą Maryję, z jeszcze większą intensywnością modlę się do Niej za tych, którzy mi się polecają, lub o których wiem, że potrzebują niebiańskiego miłosierdzia... Mówię do Maryi: "Matko-Królowo moja, proszę Cię, idź do A. albo do Z. Pociesz go, albo ją, przynieś mu łaskę, dotknij jego serca, oświeć jego umysł itd. itd." zależnie od tego, kim jest. Chętnie ponoszę ofiarę utraty widzenia Najświętszej Maryi, byle inne dusze doznały pociechy albo się nawróciły. I już nie jeden z moich siedmiu świadków, choć oddalonych ode mnie o wiele, wiele kilometrów, mówił mi o "szczególnych falach tajemniczego zapachu, w szczególnych godzinach bólu albo wątpliwości co do czegoś, co trzeba zrobić, albo nawet... złości". Bo nie wszyscy moi świadkowie są świętymi. Dwoje z pewnością nimi jest. Ale pozostała piątka! To stworzenia, ze swoimi egoizmami, wadami, duchowymi oziębłościami itd. itd. Jedna z nich to osoba, która na Boże Narodzenie zakwestionowała Dziewictwo Maryi i Jej fizyczną nienaruszoność przed i po porodzie... Ale wybrał ich sam Jezus, tak po prostu. Właśnie po to, by nie mówiono, że skoro wszyscy są ludźmi religijnymi (może nawet dewotami), łatwo ulegają sugestii... Nie. To stworzenia o różnym usposobieniu. Niektóre wcale niepraktykujące, inne praktykujące źle, jeszcze inne dusze prawe (tylko dwie). Tylko jedna mieszka ze mną: Marta, a z pewnością nie jest wzorem mistycyzmu! Muszę ją sama ponaglać, by wypełniała swoje praktyki religijne... i wykonuje je z wielkim roztargnieniem. Przytaczam tu fragment listu jednego ze świadków, osoby poważnej, zrównoważonej, pobożnej: "W tych ostatnich czasach szczególny zapach, podobny do tego z różańców (błogosławionych przez Maryję), budzi żywsze wspomnienie dwóch Maryi: Dziewicy z Nazaretu, która daje mi Słowo Wcielone, i ukrzyżowanej Maryi, sekretarki Słowa. Ten zapach dociera do mnie czasem w moim pokoju, czasem podczas oficjum, czasem ostry, czasem lekki i delikatny, i daje mi poczucie bliskości, które zapewnia mi komunię ducha i niebiańską opiekę. Słodka pociecha w mojej samotności, boska delikatność, która przychodzi, by ulżyć ofierze mego ukrzyżowania (niemożności bycia blisko Ciebie) itd. itd." (List z 25.12.47). Nieco odeszłam od tematu, który omawiałam (Objawienie), ale to mój Anioł Stróż podsuwa mi, bym pisała te szczególne notatki o zjawiskach, jakie mnie dotyczą, mówiąc mi: "Nie są bezużyteczne. Zapisz je". Ale wróćmy do broszury Loccatellego. "Jestem Dziewicą Objawienia. Jestem Tą, która jest w Trójcy wiecznej". Do mnie Maryja powiedziała: "Jestem Dziewicą Królową Objawienia" i zachęciła mnie, bym w litanii, po wezwaniu Królowo Pokoju, mówiła Królowo Objawienia. "Jestem Tą, która jest w Trójcy wiecznej". Kiedy przeczytałam, w bardzo zwięzłej notatce prasowej (kilka linijek), te słowa, doznałam wielkiego wstrząsu, ponieważ w 1943 roku, czyli 4 lata przed tym, jak przeczytałam je w notce prasowej z maja lub czerwca 1947 roku, powiedziała mi je Maryja, identyczne co do każdej litery... z dodatkiem "Najśw." przed słowem "Trójca" i bez słowa "wiecznej". Jestem zbyt ignorantką w materii religijnej, by móc komentować rozdział "Nowy przymiot Dziewicy" (s. 12 i 13) omawianej broszury. Ale wydaje mi się, że w Dziele i w dyktandach w ogóle wiele objawienia płynie z ust Maryi, choć nie chce się posunąć aż do stwierdzenia, że całe objawienie Dzieła przyszło przez Maryję, która dała nam Słowo Wcielone, tego Jezusa-Mistrza, który podyktował mi tyle lekcji. Ileż zapowiedzi na temat przyszłości, bliższej lub dalszej, znajduje się w dyktandach od 23 kwietnia 1943 roku do dziś! I o przerwie między jedną wojną a drugą (1943-44-45), i o epoce prekursorów Antychrysta, i o Antychryście, i o broniach (atomowych itd. itd.) danych przez Szatana ludziom, by zabijali ciała i dusze w rozpaczy złorzeczącej Bogu, i o prześladowaniu Kościoła, i o upadku trzeciej części[7] gwiazd zmiecionych ogonem Smoka... gwiazd... kapłanów... Ach! Chciałabym zapomnieć o tylu rzeczach! Ale objawienie, w swej istocie, nie zapomina się. Po co wiedzieć, mój Boże? Wolałabym nie wiedzieć! "Modlić się o jedność chrześcijan". W już odległym roku 1931 mój Pan, nakazując mi - nie z rozkazu Bożego, lecz z miłości Oblubieńca - ofiarować ponownie i uroczyście moje życie, podsunął mi, bym uczyniła to również za jedność Kościołów w jednej Owczarni. I od 1 lipca 1931 roku, w rocznicę Najdroższej Krwi, złożyłam uroczystą ofiarę[8] z samej siebie, także za jedność Kościołów. Nie przelałam jeszcze, jak dotąd, mojej krwi, nie zmieszałam jej z Boską Krwią przelaną na odpuszczenie wielu: wszystkich, chciałoby Serce Jezusa... Ale jeśli moje umieranie nie jest krwawe, to nie mniej stanowi wylanie mojej żywotności to powolne umieranie pośród udręk tylu chorób, które od 15 lat trzymają mnie w łóżku, po tym jak wcześniej przez 4 lata torturowały mnie, gdy jeszcze byłam na nogach, i sprawiły, że cierpię od 1920 roku. I cierpię tak chętnie za moich "braci odłączonych". Chciałabym wyjednać im powrót do Kościoła Rzymskiego. Także w Dziele i w dyktandach miałam wielokrotnie wzmianki Jezusa o tych biednych braciach odłączonych od prawdziwej Owczarni, i żywię dla nich prawdziwą, głęboką miłość, nie ciąży mi ta ofiara, bo pragnęłabym ich w Życiu, Drodze i Prawdzie. Gdy w 1942 roku dowiedziałam się o siostrze M. Gabrieli[9], trapistce z Grottaferraty, odczułam tylko jeden żal, który trwa nadal: że Bóg tak bardzo trzyma się tego, by mnie wyniszczać, podczas gdy ja tak bardzo się śpieszę, by dopełnić ofiarę, byleby biedni bracia odłączeni powrócili do Ciała Mistycznego. Strona 21 broszury. Mówi Cornacchiola: "Urodziłem się 12 kwietnia 1947 roku", a komentuje dziennikarz Loccatelli: "Pierwszy cud, niepodważalny". Tak. A ja mówię: także niezbity dowód, że to naprawdę Dziewica Matka się ukazała. Bo tylko Niebo nawraca nas w ten sposób: całkowicie, czy to nagle, czy powoli, ale na zawsze. Niegdyś ojciec Migliorini, wówczas mój ojciec duchowny i kierownik, by mnie zapewnić o prawdziwości tego, co mi się przydarzało, mówił: "Jestem pewien, że to nadprzyrodzoność niebiańska, bo widziałem, jak dokonują się w Pani przemiany ducha i spełniają nagłe czyny łaski. Niech i Pani w to wierzy". Mam jeszcze te listy... Potem... nie wiem, co się z nim stało. Nie chcę wiedzieć. Ale ja także mam niezbity dowód, że słowa, jakie mi są dyktowane, pochodzą od Boga, od Maryi, od świętych Mieszkańców Niebios. A tym dowodem jest nawrócenie rodziny Belfanti, antyklerykalnej, spirytystycznej itd. itd., do Boga, jej wyrzeczenie się praktyk spirytystycznych, jej wierność sakramentom. I bardziej niż wszystko inne, by osądzić pochodzenie Dzieła i mnie, która jestem bardziej zwalczana niż Cornacchiola - choć moje życie sprzed Dzieła jest takie, że pozwala uznać za więcej niż możliwy kontakt z Bóstwem między mną, małą ofiarą, a Wielką Ofiarą, moją Miłością - sądzę, że należałoby wziąć pod uwagę, jeśli chodzi o mnie, ból, mego wiernego towarzysza od dzieciństwa aż do śmierci, ból wszelkiego rodzaju, fizyczny, moralny, który jest jedyną rzeczą naprawdę wierną, jaką miałam w życiu i której jestem wierna, ból umiłowany... a jeśli chodzi o Dzieło, nawrócenia nim uzyskane. Tę rzecz bardziej niż wszystkie inne. Bo pragnienie ukrycia, cierpliwość w cierpieniu, umiłowanie bólu to rzeczy, które z pewnością złożył we mnie Bóg i którym poddałam się z miłości do Niego. Ale można je dać także temu, kto nie jest rzecznikiem Bożym. Ale nawracać opętanych - nie, to nie może pochodzić od diabła. Inaczej trzeba by powiedzieć, że Lucyfer zwalcza samego siebie, wyrywa sobie swoje zdobycze i ofiarowuje je Bogu... Absurd niemożliwy. Bo Lucyfer jest chciwcem, który pożera i nie oddaje, chyba że sam Bóg z nim walczy i go zwycięża, ratując nieszczęśników. I kończę również ja tymi samymi słowami Cornacchioli, tak prawdziwymi, tak słusznymi! "Kto miał niespodziewane szczęście utkwić wzrok w takim niebiańskim pięknie, nie może nie pragnąć śmierci, by na wieki przeżywać na nowo niewysłowioną błogość". Tak. I mam nadzieję, że wkrótce będę mogła tak uczynić, opuszczając Ziemię, na której moim słońcem i kwiatem był tylko Jezus i Maryja, by uwielbiać na wieki, już bez żadnych ograniczeń, jedynych Dobrych, jedynych Kochających biedną Maryję, jakich znałam od dzieciństwa aż do dziś. Co do posągu... Biedni my! Nie wiem, jakie wrażenie robi na Cornacchioli ta figura. Chyba że Najświętsza Maryja, by sprawić radość swemu nawróconemu, przemienia w jego oczach owo... strachowidło, sądzę, że Cornacchiola nie potrafi na nią patrzeć, by nie cierpieć. Ja nie umiem na nią patrzeć. Najświętsza Maryja, taka? Lepiej byłoby, gdyby Ponzi, zostawiwszy na boku drewniany styl dwudziestowieczny, zainspirował się posągiem wyrzeźbionym w marmurze, jaki wykonał ów francuski rzeźbiarz, który za wskazówką Bernadety Soubirous wykonał figurę z Lourdes, albo tą, tak podobną do Najświętszej Maryi, statuą, jaka jest w Fatimie. Zresztą w tej sprawie wydała już swój sąd sama Dziewica, 28.12.47, i ja nie mówię już nic więcej. To znaczy, powiem jeszcze jedno: że ten czas gniewu i ciemności czyni nas tak ślepymi, głuchymi, głupimi wobec Piękna, że nie umiemy już nawet dać bladego obrazu tego, czym jest Piękno wieczne: Jezus, Dziewica, Święci... i wytwarzamy... potwory, które odzwierciedlają drewnianą twardość naszych duchów martwych dla Miłości...
PRZYPISY
[1] Błogosławiony..., jak Jezus powiedział do apostoła Tomasza w Ewangelii Jana 20:29.
[2] kiedy zakonnice..., jak wspomina również w swojej Autobiografii, w trzecim rozdziale części czwartej.
[3] 24 listopada (1947), data powtórzona poniżej, nie odpowiada żadnemu "dyktandu" zapisanemu w zeszytach, w których Maryja mówi o swoim objawieniu w Tre Fontane 28 grudnia 1947 roku.
[4] S. Małgorzata Maria to Małgorzata Alacoque (1647-1690), zakonnica Nawiedzenia z Paray-le-Monial (Francja), apostołka nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa, święta.
[5] miar wstrząśniętych i przelewających się, jak w Łukasza 6:38.
[6] Pani Panigadi, poznana już w piśmie z dnia 31 maja 1945 r.
[7] upadek trzeciej części..., jak w Objawieniu 12:4.
[8] Złożyłam ofiarę..., jak opowiada w Autobiografii, pod koniec czwartego rozdziału części czwartej.
[9] Siostra M. Gabriella, spotkała się już w piśmie z 16 lipca 1945 roku.