QUADERNI
29 lutego 1944 r.
Widzę ciemną, obszerną izbę. Mówię "obszerna izba", żeby powiedzieć: pomieszczenie duże i murowane. Ale to loch, do którego światło ledwie wpada przez dwie szczeliny na poziomie ziemi, służące też do wentylacji. Zresztą bardzo niewystarczające wobec liczby ludzi zgromadzonych w tym miejscu i wobec panującej w nim wilgoci, która sączy się ze ścian zbudowanych z niemal kwadratowych bloków kamiennych, spojonych zaprawą wapienną, lecz bez żadnego tynku, oraz z ubitej ziemnej podłogi. Wiem, że to więzienie Tullianum. Mówi mi to mój przewodnik. Wiem też, z tego samego źródła, że ten tłum stłoczony na tak małej przestrzeni to chrześcijanie uwięzieni za swoją wiarę i oczekujący męczeństwa. Jest to czas prześladowań, a dokładnie jedno z pierwszych prześladowań, ponieważ słyszę, jak mówi się o Piotrze i Pawle, i wiem, że zostali oni zabici za czasów Nerona. Nie może Ojciec uwierzyć, z jaką żywością szczegółów "widzę" to więzienie i tych, którzy się w nim znajdują. Mogłabym opisać wiek, wygląd i strój każdej pojedynczej osoby. Ale wtedy nigdy bym nie skończyła. Ograniczam się więc do przedstawienia rzeczy, miejsc i postaci, które uderzają mnie najbardziej. Są tam ludzie w każdym wieku i o różnym stanie społecznym. Od starców, których żałośnie byłoby pozostawić na pastwę śmierci, po kilkuletnie dzieci, które słusznie powinny być wolne i radosne w swoich niewinnych zabawach, a które zamiast tego marnieją - biedne kwiaty, co nigdy więcej nie zobaczą kwiatów ziemi - w niezdrowym półmroku tego więzienia. Są tam bogaci w starannych szatach i biedni w ubogich szatach. Także mowa różni się wymową i stylem, zależnie od tego, czy wychodzi z wykształconych ust panów, czy z ust ludu. Słychać też, zmieszane z rzymską łaciną, obce słowa i wymowę Greków, Iberów, Traków itd., itd. Lecz choć różne są szaty i mowa, taki sam jest duch, kierowany miłością. Miłują się nawzajem bez względu na rasę i majątek. Kochają się i starają się nawzajem sobie pomagać. Najsilniejsi ustępują miejsc bardziej suchych i wygodniejszych - jeśli wygodnym można nazwać jakiś głaz porozrzucany tu i tam, służący za siedzisko i wezgłowie - najsłabszym. I okrywają ich swoimi szatami, pozostając jedynie w tunice dla przyzwoitości, używając tóg i płaszczy jako materaca, wezgłowia i przykrycia dla chorych, którzy drżą z gorączki, lub dla rannych po już przebytych torturach. Najzdrowsi wspomagają najbardziej chorych, dając im z miłością pić: nieco wody nalanej z dzbana do prostego naczynia, mocząc w niej pasy płótna wydarte z własnych szat, by zrobić z nich bandaże na zwichnięte lub rozdarte członki i na czoła spalone gorączką. I od czasu do czasu śpiewają. Słodki śpiew, który z pewnością jest psalmem lub kilkoma psalmami, gdyż śpiewający zmieniają się kolejno. Nie słyszę pięknego śpiewu, który towarzyszył pogrzebowi Agnieszki[163]. To są psalmy. Rozpoznaję je. Jeden z nich zaczyna się tak: "Miłuję, bo Pan wysłuchał głosu mojej modlitwy". Inny mówi: "Boże, mój Boże, dla Ciebie czuwam od pierwszego brzasku. Pragnie Ciebie moja dusza, a jeszcze bardziej moje ciało. W ziemi pustej, bezdrożnej i bez wody...". Dziecko jęczy w półmroku. Śpiew milknie. "Kto płacze?" - pyta ktoś. "To Kastulus" - odpowiada ktoś. "Gorączka i oparzenie nie dają mu wytchnienia. Jest spragniony, lecz nie może pić, bo woda parzy jego wargi spalone ogniem". "Jest tu matka, która nie może już dać mleka swemu maleństwu" - mówi dostojna matrona o wytwornym wyglądzie. "Niech mi przyniosą Kastulusa. Mleko parzy mniej niż woda". "Kastulusa do Plautyny" - pada rozkaz. Wychodzi naprzód ktoś, kogo po stroju wzięłabym albo za sługę chrześcijańskiej rodziny, dzielącego los swoich panów, albo za robotnika z ludu. Jest krępy, śniady, krzepki, ma niemal ogolone włosy i krótką ciemną szatę ściągniętą w pasie rzemieniem. Niesie ostrożnie na rękach, jak na noszach, biedne dziecko, mające najwyżej osiem lat. Jego szaty, choć teraz zabrudzone ziemią i poplamione, są bogate, z cienkiej białej wełny, zdobione przy szyi, rękawach i u dołu bogatym haftowanym meandrem. Także sandały są bogate i piękne. Plautyna siada na kamieniu, który ustępuje jej starzec. Plautyna również cała odziana jest w białą wełnę. Nie pamiętam dokładnie nazw rzymskich szat, ale wydaje mi się, że ta długa szata nazywa się chlamidą, a płaszcz - pallą. Nie ręczę jednak za swoją pamięć. Wiem, że ta suknia Plautyny jest bardzo piękna i obszerna, i owija ją z gracją, czyniąc z niej piękny, żywy posąg. Siada ona na głazie przy ścianie. Widzę wyraźnie wielkie kamienie górujące nad nią, na których tle wyróżnia się swoją lekko oliwkową twarzą, wielkimi czarnymi oczami, kruczoczarnymi warkoczami i śnieżnobiałą szatą. "Daj mi go, Restytucie, a Bóg ci to wynagrodzi" - mówi do litościwego niosącego małego męczennika. I rozsuwa nieco kolana, by przyjąć dziecko jak na łożu. Kiedy Restytut go kładzie, widzę spustoszenie, które napawa mnie zgrozą. Twarz biednego dziecka jest cała jedną raną oparzeniową. Może była kiedyś piękna. Teraz jest potworna. Z tyłu głowy pozostało już tylko kilka włosów; z przodu skóra jest naga, strawiona przez ogień. Nie ma już czoła, policzków ani nosa, jakimi je sobie wyobrażamy, lecz żywoczerwony, obrzmiały narośl, wyżarty przez płomień jak przez kwas. Zamiast oczu - dwie rany, z których sączą się nieliczne łzy, będące zapewne udręką dla jego spalonego ciała. Zamiast warg - kolejna rana, straszna do oglądania. Można by rzec, że trzymano go pochylonego nad płomieniem samą tylko twarzą, gdyż oparzenie kończy się pod brodą. Plautyna rozchyla tunikę i, przemawiając z miłością prawdziwej matki, uciska swoją okrągłą pierś pełną mleka, wyciskając krople między wargi dziecka, które nie potrafi się uśmiechnąć, lecz pieści jej dłoń, by okazać jej swoją ulgę. A potem, ugasiwszy jego pragnienie, spuszcza jeszcze trochę mleka na jego biedną twarz, by opatrzyć ją tym balsamem, który jest krwią matki przemienioną w pokarm i który jest miłością tej, co nie ma już dzieci, do tego, kto nie ma już matki. Dziecko już nie jęczy. Napojone, ukojone w swym cierpieniu, kołysane przez matronę, zapada w drzemkę, oddychając z trudem. Plautyna, w swej pozie i wyrazie twarzy, przypomina Matkę Boleściwą. Patrzy na biedaczka i z pewnością widzi w nim swoje dziecko lub swoje dzieci, a łzy spływają po jej policzkach; odrzuca głowę do tyłu, by nie spadły na rany małego. Śpiew wraca[164]: "Z niecierpliwością czekałem na Pana, a On zwrócił się ku mnie i wysłuchał mego wołania". "Pan jest moim Pasterzem, niczego mi nie zabraknie. Postawił mnie na obfitych pastwiskach, zaprowadził mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć". "Fabiusz skonał" - mówi głos z głębi lochu. "Módlmy się" - i wszyscy odmawiają Ojcze nasz oraz inną modlitwę, która zaczyna się tak: "Chwała Najwyższemu, który lituje się nad swoimi sługami i otwiera swoje Królestwo naszej niegodności, nie żądając od naszej słabości niczego prócz cierpliwości i dobrej woli. Chwała Chrystusowi, który wycierpiał katusze za tych, o których Jego miłosierdzie wiedziało, że są zbyt słabi, by je znieść, i nie zażądał od nich niczego prócz miłości i wiary. Chwała Duchowi, który dał swoje ognie na męczeństwo tym, którzy nie zostali wezwani do pełni męczeństwa, i czyni ich świętymi swej Świętości. Niech się tak stanie" (Maran atha)[165] (nie wiem, czy dobrze zapisuję). "Szczęśliwy Fabiusz!" - woła starzec. "On już widzi Chrystusa!". "My również Go ujrzymy, Feliksie, i pójdziemy do Niego z podwójną koroną wiary i męczeństwa. Będziemy jak odrodzeni na nowo, bez cienia skazy, gdyż grzechy naszego dawnego życia zostaną obmyte naszą krwią, zanim zostaną obmyte we Krwi Baranka. Wiele zgrzeszyliśmy, my, którzy przez długie lata byliśmy poganami, i to wielka łaska, że przychodzi do nas jubileusz męczeństwa, by uczynić nas nowymi, godnymi Królestwa". "Pokój wam, bracia moi" - grzmi głos, który zdaje mi się od razu, że już słyszałam. "Paweł! Paweł! Błogosław!". W tłumie powstaje wielkie poruszenie. Tylko Plautyna pozostaje nieruchoma, z żałosnym ciężarem na kolanach. "Pokój wam" - powtarza apostoł. I posuwa się aż na środek sali. "Oto jestem u was z Diomedesem i Walensem, by przynieść wam Życie". "A Papież?" - pyta wielu. "On przesyła wam swoje pozdrowienie i swoje błogosławieństwo. Żyje, na razie, i jest bezpieczny w katakumbach. Grabarze dobrze go strzegą. Przyszedłby, lecz Aleksander i Gajusz Juliusz ostrzegli nas, że jest zbyt dobrze znany strażnikom. Nie zawsze na straży są Rufus i inni chrześcijanie. Przychodzę więc ja, mniej znany, a przy tym obywatel rzymski. Bracia, jakie macie dla mnie wieści?". "Fabiusz umarł". "Kastulus poniósł pierwsze męczeństwo". "Sistę zaprowadzono właśnie na tortury". "Linusa zabrano razem z Urbanem i jego synami do Mamertynu albo do Cyrku, nie wiemy". "Módlmy się za nich: żywych i zmarłych. Niech Chrystus da wszystkim swój Pokój". A Paweł, z ramionami rozpostartymi na kształt krzyża, modli się - niski, raczej brzydki, lecz o wyglądzie, który uderza - pośrodku lochu. Ubrany jest, jakby i on był sługą, w krótką, ciemną szatę, a na sobie ma mały płaszczyk z kapturem, który na czas modlitwy odrzucił do tyłu. Za jego plecami stoi dwóch wymienionych przez niego mężczyzn, ubranych tak jak on, lecz znacznie młodszych. Po skończonej modlitwie Paweł pyta: "Gdzie jest Kastulus?". "Na kolanach Plautyny, tam w głębi". Paweł przeciska się przez tłum i podchodzi do grupy. Pochyla się i patrzy. Błogosławi. Błogosławi dziecko i matronę. Można by rzec, że dziecko obudziło się na okrzyki witające apostoła, gdyż unosi rączkę, próbując dotknąć Pawła, który wtedy ujmuje jego dłoń w swoje i mówi: "Kastulusie, słyszysz mnie?". "Tak" - mówi maluch, poruszając z trudem wargami. "Bądź silny, Kastulusie. Jezus jest z tobą". "Och! dlaczego mi Go nie daliście? Teraz już nie mogę!". I łza spływa, zatruwając rany. "Nie płacz, Kastulusie. Czy potrafisz przełknąć jedną tylko okruszynę? Tak? A więc dam ci Ciało Pańskie. Potem pójdę do twojej mamy i powiem jej, że Kastulus jest kwiatem Nieba. Co mam powiedzieć twojej mamie?". "Że jestem szczęśliwy. Że znalazłem mamę. Że daje mi swoje mleko. Że oczy już nie bolą. (To nie jest kłamstwo, prawda? żeby pocieszyć mamę?). I że "widzę" Raj oraz miejsce moje i jej lepiej, niż gdybym miał te oczy jeszcze żywe. Powiedz jej, że ogień nie boli, gdy anioły są z nami, i że niech się nie lęka. Ani o nią, ani o mnie. Zbawiciel da nam siłę". "Brawo, Kastulusie! Powtórzę mamie twoje słowa. Bóg zawsze pomaga, bracia. I widzicie to. To jest dziecko. Jest w wieku, w którym nie umie się znieść bólu nawet małej dolegliwości. A wy go widzicie i słyszycie. On jest w pokoju. Gotów jest znieść wszystko, choć już tak wiele wycierpiał, byle pójść do Tego, którego kocha i który go miłuje, gdyż jest jednym z tych, których On umiłował: dzieckiem - i jest bohaterem wiary. Nabierzcie odwagi od tych małych, bracia. Wracam z pogrzebu Lucyny, córki Faustusa i Cecylii, którą zaniosłem na cmentarz. Miała zaledwie czternaście lat, a wy wiecie, jak bardzo była kochana przez swoich bliskich i jak słabego była zdrowia. A jednak wobec tyranów okazała się olbrzymką. Wiecie, że wraz z nimi podaję się za grabarza[166], aby móc zebrać jak najwięcej ciał i złożyć je w świętej ziemi. Żyję więc w pobliżu trybunałów i patrzę, tak jak żyję w pobliżu cyrków i obserwuję. I pociechą jest dla mnie myśl, że i ja w mojej godzinie - niech Bóg uczyni ją bliską - będę przez Niego wsparty, jak święci, którzy nas poprzedzili. Lucynę torturowano na tysiąc sposobów. Bito ją, zawieszano, rozciągano, szarpano kleszczami. A zawsze uzdrawiała się za sprawą Boga. I zawsze opierała się wszelkim groźbom. Ostatnia z tortur, poprzedzająca kaźń, wymierzona była w jej ducha. Tyran, widząc ją ogarniętą miłością do Chrystusa, dziewicę, która związała się z Panem, Bogiem naszym, chciał zranić ją właśnie w tej miłości. I skazał ją na to, by należała do mężczyzny. Lecz jeden, dwóch, dziesięciu, którzy się do niej zbliżyli, i dziesięciu, którzy zginęli, rażeni niebiańskim piorunem. Wówczas, nie mogąc w żaden sposób złamać ani zniszczyć jej lilii, tyran kazał ją związać i zawiesić tak, by pozostawała jakby w pozycji siedzącej, a potem gwałtownie opuścić na ostry klin, który rozdarł jej wnętrzności. Sądził tak barbarzyńca, że odebrał jej tak bardzo umiłowane dziewictwo. Lecz nigdy tak pięknie, jak pod tą kąpielą krwi, jej lilia nie rozkwitła, i z rozdartych wnętrzności rozwinęła się, by zostać zerwaną przez Anioła Bożego. Teraz ona jest w pokoju. Odwagi, bracia. Wczoraj nakarmiłem ją Chlebem niebieskim i ze smakiem tego Chleba poszła na ostatnie męczeństwo. Teraz dam ten Chleb także wam, gdyż jutro jest dla was dzień nadludzkiego święta. Cyrk na was czeka. I nie lękajcie się. W dzikich zwierzętach i wężach ujrzycie oblicza niebiańskie, ponieważ Bóg dokona dla was tego cudu, a paszcze i sploty wydadzą się wam objęciami miłości, ryki i syki - głosami niebiańskimi, i podobnie jak Kastulus ujrzycie Raj, który już zstępuje, by przyjąć was w swojej błogości". Chrześcijanie, prócz Plautyny, wszyscy klęczą i śpiewają[167]: "Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie. Dusza moja pragnie Boga. Boga mocnego, żywego. Kiedyż będę mógł przyjść do Ciebie, Panie? Czemu jesteś smutna, duszo moja? Miej nadzieję w Bogu, a będzie ci dane Go chwalić. We dnie Bóg zsyła swą łaskę, a w nocy rozbrzmiewa pieśń dziękczynna. Modlitwa do Boga jest moim życiem. Powiem Mu: 'Ty jesteś moją obroną'. Pójdźcie, śpiewajmy radośnie Panu, wznośmy okrzyki radości Bogu, naszemu Zbawcy. Stańmy przed Nim z okrzykami wesela. Bo Pan jest wielkim Bogiem. Pójdźcie, upadnijmy na twarz i uwielbiajmy Tego, który nas stworzył. Bo On jest Panem, Bogiem naszym, a my ludem, który On żywi, trzodą, którą On prowadzi". Podczas gdy oni śpiewają, wchodzą także rzymscy żołnierze i strażnicy więzienni, którzy zaciągają wartę, by nie wszedł nikt wrogi. Paweł przygotowuje się do obrzędu. "Ty będziesz naszym ołtarzem" - mówi do Kastulusa. "Czy możesz utrzymać kielich na swojej piersi?". "Tak". Rozkłada się lniane płótno na ciałku dziecka, a na płótnie kładzie się kielich i chleb. I jestem świadkiem Mszy męczenników, którą celebruje Paweł, a przy której usługują dwaj towarzyszący mu kapłani. Nie jest to jednak Msza taka, jaka jest dzisiaj. Wydaje mi się, że ma części, których dzisiaj nie ma, i nie ma części, które dzisiaj są. Nie ma na przykład epistoły, a po błogosławieństwie: "Niech was błogosławi Ojciec, Syn, Duch Święty" (mówi właśnie tak) nie ma już nic więcej. Lecz od Ewangelii do Konsekracji jest tak samo jak dzisiaj. Czytana Ewangelia to Ewangelia[168] o Błogosławieństwach. Widzę, jak płótno drży na piersi Kastulusa, który na polecenie Pawła trzyma palcami podstawę kielicha, by ten nie upadł. Widzę też, że gdy Paweł mówi: "To jest konsekracja Ciała..." przez zranioną twarzyczkę malca przebiega drżenie uśmiechu, a potem główka natychmiast opada z coraz większym, śmiertelnym ciężarem. Plautyna wzdryga się jakby, lecz panuje nad sobą. Paweł kontynuuje, jak gdyby niczego nie zauważył. Lecz gdy, po złamaniu Hostii, ma się pochylić nad małym męczennikiem, by udzielić mu Komunii jako pierwszemu, wręczając mu maleńki okruch, Plautyna mówi: "On umarł" - a Paweł zatrzymuje się na chwilę, po czym podaje matronie okruch przeznaczony dla dziecka, które pozostało z paluszkami zaciśniętymi na stopie kielicha w ostatnim skurczu, i trzeba je rozewrzeć, by móc wziąć kielich i podać go pozostałym. Potem, po rozdaniu Komunii, Msza dobiega końca. Paweł zdejmuje szaty liturgiczne i chowa je, wraz z płótnem, kielichem i puszką na hostie, do torby, którą nosi pod płaszczem. Potem mówi: "Pokój męczennikowi Chrystusa. Pokój świętemu Kastulusowi". A wszyscy odpowiadają: "Pokój!". "Teraz zaniosę go gdzie indziej. Dajcie mi płaszcz, żebym go w niego owinął. Zaniosę go, nie czekając na wieczór. Dziś wieczorem przyjdziemy po Fabiusza. Lecz jego... poniosę go jak śpiące dziecko. Uśpione w Panu". Jeden z żołnierzy daje swój czerwony płaszcz; kładą na nim małego męczennika i owijają go, a Paweł bierze go na ręce (po lewej stronie), jakby był ojcem niosącym gdzie indziej śpiącego synka, z główką pochyloną na ojcowskim ramieniu. "Bracia, pokój niech będzie z wami, a wspomnijcie o mnie, gdy będziecie w Królestwie". I wychodzi, błogosławiąc. Mówi Jezus: "Nie jest to Ewangelia, lecz chcę, aby była uznana za jedną z «ewangelii wiary»[169] dla was, którzy się lękacie. Lękacie się nawet prześladowań. Nie macie już dawnej hartowności. To prawda. Lecz Ja jestem zawsze Ja, dzieci. Nie wolno wam sądzić, że nie mogę dać wam nieustraszonego serca w godzinie próby. Bez mojej pomocy nikt, nawet wówczas, nie zdołałby wytrwać w obliczu takiej udręki. A jednak starcy i dzieci, dziewczęta i matki, małżonkowie i rodzice umieli umierać, zachęcając się nawzajem do śmierci, jak gdyby szli na święto. I świętem to było. Wiecznym świętem! Umierali, a ich śmierć była wyłomem w tamie pogaństwa. Jak woda, która drąży, drąży i drąży, i powoli, lecz nieubłaganie rozbija najsilniejsze dzieła człowieka, tak ich krew, tryskająca z tysięcy ran, skruszyła pogański mur i niczym niezliczone strumyki rozlała się wśród wojsk Cezara, w pałacu Cezara, w cyrkach i termach, wśród gladiatorów i pogromców zwierząt, wśród obsługi łaźni publicznych, wśród ludzi wykształconych i prostych, wszędzie - niepowstrzymana i niezwyciężona. Ziemia Rzymu jest przesiąknięta tą krwią, a miasto wznosi się, mógłbym rzec, scementowane krwią i prochem moich męczenników. Kilkaset męczenników, których znacie, jest niczym wobec tysięcy i tysięcy nadal pogrzebanych we wnętrznościach Rzymu oraz wobec kolejnych tysięcy i tysięcy, którzy spaleni na słupach w cyrkach stali się popiołem rozniesionym przez wiatr, albo rozszarpani i pożarci przez dzikie zwierzęta i gady stali się odchodami, które wymieciono i wyrzucono jak nawóz. Lecz jeśli wy ich nie znacie, tych moich bohaterskich nieznanych, Ja znam ich wszystkich, i ich całkowite unicestwienie, aż po szkielet, było tym, co bardziej niż jakikolwiek nawóz użyźniło dziką glebę pogańskiego świata i uczyniło ją zdolną do wydania niebiańskiego Ziarna. Teraz ta gleba świata chrześcijańskiego znów staje się pogańska i wydaje truciznę, a nie chleb. Dlatego się lękacie. Zbyt dalece oddaliliście się od Boga, by mieć w sobie dawną moc. Cnoty teologalne umierają tam, gdzie jeszcze nie umarły. A o kardynalnych nawet nie pamiętacie. Nie mając miłości, logiczne jest, że nie możecie kochać Boga aż do heroizmu. Nie kochając Go, nie macie w Nim nadziei, nie macie w Niego wiary. Nie mając wiary, nadziei i miłości, nie jesteście mocni, roztropni, sprawiedliwi. Nie będąc mocni, nie jesteście umiarkowani. A nie będąc umiarkowani, kochacie ciało bardziej niż duszę i drżycie o swoje ciało. Lecz Ja wciąż potrafię dokonać cudu. Wierzcie, że w każdym prześladowaniu męczennicy potrafią nimi być dzięki mojej pomocy. Męczennicy: czyli ci, którzy jeszcze Mnie miłują. Ja zaś prowadzę ich miłość do doskonałości i czynię z nich atletów wiary. Ja wspomagam tych, którzy mają nadzieję i wierzą we Mnie. Zawsze. W każdej okoliczności. Mały męczennik, który pozostaje z rączkami zaciśniętymi na kielichu nawet po śmierci, uczy was, gdzie jest siła. W Eucharystii. Gdy ktoś karmi się Mną, jak mówi Paweł[170], nie żyje już dla siebie, lecz żyje w nim Jezus. A Jezus umiał znieść wszelkie katusze, nie ugiąwszy się. Dlatego kto żyje Mną, będzie taki jak Ja. Mocny. Miejcie wiarę".
PRZYPISY
[163] pochówek Agnieszki, opisany dwukrotnie 20 stycznia. Są to psalmy, a dokładnie Psalm 116 i Psalm 63 z neowulgaty. Odsyłając do Wulgaty, używanej w jej czasach, pisarka dodaje ołówkiem S. 94 (błędnie odczytując w swojej Biblii liczbę rzymską, która oznacza 114, a nie 94) i S. 62.
[164] wznawia Psalm 40 i Psalm 23. Do tego ostatniego pisarka dodaje ołówkiem S. 22 według Wulgaty.
[165] Maran ata, mniej więcej jak w 1 Kor. 16:22.
[166] fossor (liczba pojedyncza) to nasza korekta od fossores (liczba mnoga).
[167] śpiewają wersety z Psalmu 42 i Psalmu 95. Obok nich pisarka dodaje ołówkiem S. 41 i S. 94 w odniesieniu do numeracji Wulgaty.
[168] Mateusza 5, 1-12; Łukasza 6, 20-23. Poprzednie odniesienie do Mszy w obecnym kształcie (tj. w czasach pisarki) oczywiście nie uwzględnia reformy liturgicznej wprowadzonej po Soborze Watykańskim II.
[169] Ewangelie wiary, zgodnie z dyrektywą z 28 lutego.
[170] Powiedzenie Pawła w Liście do Galacjan 2:20.