QUADERNI
27 czerwca 1944 r.
Jezus mówi: "Dusze, które szczególnie umiłowałem, otrzymują nakaz[422], jaki otrzymał Abraham: 'Wyjdź ze swojego kraju i od swych krewnych, i przyjdź do ziemi, którą ci ukażę'. Wyjście rzeczywiste, a nie tylko metaforyczne. Rzeczywiste, ponieważ ten, kto poświęca się Mnie, naprawdę staje się obcy i nieznany nawet dla własnych krewnych. Nieznany ze względu na swą nową osobowość. Obcy, ponieważ między nim a nimi dokonuje się coś na kształt opadnięcia przepony, powstania osobliwej wieży Babel[423], przez co on idzie dalej, ku ziemi, którą wskazuje mu Bóg, a oni zostają tam, gdzie są, i nawet będąc wciąż blisko, nie mogą się już porozumieć, ponieważ on mówi już językiem tamtej ziemi i praktykuje jej zwyczaje, podczas gdy oni nadal myślą, działają i mówią w swój dotychczasowy sposób. Rodzi to wielki powód bólu i zdumienia, jeśli nie wręcz drwiny. Ból ten szczególnie odczuwa ten, kogo Bóg powołał do "nowej ziemi". Chciałby, aby podążali za nim ci, których kocha, ponieważ zrozumiał, że "tamta ziemia" jest krainą wywyższenia. Chciałby, aby inni go zrozumieli, by mógł rozmiłować ich w pięknościach, które odkrywa. Oni dziwią się jego przemianie. A kiedy nie uznają tego za "manię", nazywają to egoizmem, brakiem miłości, dziwactwem. Nic z tego. To doskonała miłość - i do tych, których kocha, i do siebie samego - dając i starając się dać innym dobro, które sam sobie zapewnia. Nie dziwactwo, lecz przeciwnie - doskonała reguła, gdyż ten, który wydaje się wyjątkiem, w rzeczywistości znajduje się w regule syna Bożego: bezwzględne posłuszeństwo, wyższe od wszelkiego innego głosu krwi, interesu, ludzkiego względu - posłuszne głosowi Boga. Rana ta się nie goi i nie może się zagoić. Ponieważ wybrany do "nowej ziemi" zachowuje w swej niższej naturze wrażliwość wspólną synom człowieczym, cierpi nieustannie z powodu tego, że musi czuć się oskarżanym o brak miłości przez tych, którzy najbardziej powinni go rozumieć, oraz z powodu tego, że musi ich odtrącać, wyrywając sobie serce, by iść dalej ścieżką, którą wskazuje mu Bóg - i wciąż utrzymuje otwartą ranę, w której tkwią: miłość jego bliskich, którzy kochając go, zadają mu udrękę, jego własna miłość, która wije się w ranie, nie mogąc zostać zrozumiana, oraz nakazująca wola Tego, którego kocha całym sobą. Rana miłości zatem. Rana zatem, w której jest Bóg, ponieważ Bóg jest tam, gdzie jest miłość. "Przyjdź do ziemi, którą ci ukażę". Bóg nie ukazuje jej wcześniej. Mówi: "Przyjdź". Nagroda ujrzenia tej ziemi zostanie dana temu, kto jest posłuszny, nie czekając, aż pozna, co go czeka. Bóg mówi: "Przyjdź". Nic więcej. On idzie i o nic więcej nie pyta. Początek błogosławionej ziemi - której słońce nie zna zachodu, w której nie panują żmije ani skorpiony, ani dzikie zwierzęta, w której nieznane są zawieje i szrony, a wiosna jest wieczna, a każda istota syta jest nadprzyrodzonym pokarmem, a z pni ścieka miód, a źródła są mlekiem, a harmonia jest światłem, a światło jest harmonią, a mieszkańcy są szczęśliwi jak kwiaty w pogodny kwietniowy poranek i śmieją się nieustanną radością, odbijając boski śmiech swego Pana - jest bardzo najeżony i ciernisty. Kamienie i ciernie, liany i wąskie przejścia nad urwiskami i wirującymi potokami, mroczne zakręty i wietrzne strefy nawałnic są na jego początku. W górze jedna tylko gwiazda: Ja. Ja, który muszę być światłem, ciepłem, głosem, nadzieją, pociechą, wiarą, przewodnikiem dla bohaterskiego wędrowca. Ja sam. Biada temu, kto nie patrzy nieustannie na Mnie. Lecz ten, kto wytrwa, widzi, że po kamieniach i cierniach następuje gładsza droga i przy jej krawędziach pojawia się jakiś kwiat, widzi, że po lianach, które wcześniej raniły jak sznury z kolczastego żelaza, następują miękkie festony, które nie są już więzieniem, lecz pomocą, a przejścia stają się szersze, ścieżki mniej straszne, droga pewniejsza, szersza, jaśniejsza, cieplejsza, spokojniejsza w swym nieustannym wznoszeniu się. Na koniec dusza fruwa, już nie idzie. Leci. Wnika jak strzała miłości w ziemię, którą zdobyła. Niebo jest jej. Ale ileż potrzeba wielkoduszności! Dać wszystko, Mario. I nie mieć nic. "Nawet tyle, by postawić na niej stopę" (w. 5)[424]. Nie żądać niczego, ponieważ nic nie obiecuję, gdy mówię: "Przyjdź". Nic ludzkiego. Obiecuję to, co nadludzkie i wieczne. Oto, co musisz starać się zrozumieć i przyjąć, a wraz z tobą wszyscy tobie równi przez moje wybranie, które poświęca was w klasztorze albo w świecie, a także ci, którzy - pragnąc być lepsi, choć nie są powołani do dróg szczególnej doskonałości, nie będąc żołnierzami doskonałości zalecanej, a nie narzuconej - pytają, dlaczego ich życie nie jest spokojne, nawet w ziemskiej pomyślności. Ja nie kłamię i nigdy nie kłamałem. Obiecałem i obiecuję dać wam Życie oraz rzeczy związane z Życiem. To jest konieczne i to wam daję. Reszta jest zbędna, ponieważ przeznaczona jest dla tego, co przemija. I daję wam to, ponieważ jestem dobry nawet dla muszki, której za łoże daję kielich górskiej mięty, a za pokarm mikroskopijną kroplę miodu, którą on zawiera. Tak więc daję wam, przemijającym, rzeczy konieczne dla tego, co przemija: pokarm, odzienie, mieszkanie. Lecz zachęcam was, byście dążyli do tego, co wyższe: do ducha i do tego, co jest z ducha. Kto bardziej Mnie kocha, niech bardziej Mnie rozumie. I niech idzie naprzód. Nagi, głodny, ubogi w to, co jest z tego ziemskiego dnia, lecz syty, bogaty, w królewskiej szacie tego, co jest z Dnia wiecznego. Idź w pokoju."
PRZYPISY
[422] Obok daty pisarka umieszcza odniesienie do Dziejów Apostolskich rozdz. 2 w. 3, ale błędnie, ponieważ temat "dyktowania" dotyczy Dziejów Apostolskich rozdz. 7, 2-3. Niezamierzoną pomyłkę potwierdza ona sama, która na używanej przez siebie Biblii odnotowuje datę tego "dyktanda" obok pierwszych wersetów 7 rozdziału Dziejów Apostolskich.
[423] Babel, w odniesieniu do Księgi Rodzaju 11:1-9.
[424] (w. 5), umieszczony przez pisarkę, odnosi się do Dziejów Apostolskich 7:5, które wydają się przyjmować obraz z Księgi Rodzaju 8:9.