QUADERNI
25 maja 1949 r.
Wieczór
Jezus przychodzi i przygarnia mnie do swojej piersi, okrywając mnie całą swoim białym płaszczem, podtrzymuje mnie lewym ramieniem, a prawą rękę trzyma na mojej głowie. Pociesza mnie. Chce mnie pocieszyć. Ale właśnie ta Jego niezwykła czułość sprawia, że łzy napływają mi do oczu… bo czuję, że jeśli Jezus tak czyni, to dlatego, iż wie, że ludzie przygotowują mi nowe krzyże… ci, których znam…
Aż do końca tak będzie! Coraz więcej cierpienia! Tylko Bóg, tylko Maryja, tylko Niebo nas kocha, nas, biedne ich narzędzia. Ale inni potrafią wlać żółć i ocet nawet w te słodycze, które daje nam Niebo…
Czy w jednym sercu może być naraz tyle radości i tyle bólu? A jednak są. Wydają się dwoma prądami, które zderzają się w zatoce, wzbijając bałwany. A dusza jest pośrodku, wznoszona, powalana, ku niebu, ku otchłani, od szczęśliwości do udręki…
Męczeństwo, które wyczerpuje bardziej niż choroba i którego wszyscy powinni zaznać, aby je zrozumieć, a zwłaszcza ci, którzy są wobec nas, narzędzi, tak surowi, a nawet więcej niż surowi… podczas gdy powinni nam pomagać swoją miłością…