QUADERNI
22 maja 1943 r.
Słabo umiem się wytłumaczyć, pewnie dlatego, że jestem dzikim kwiatem zrodzonym, rozkwitłym, wyrosłym wyłącznie z woli Jezusa i nie znam się na słownictwie mistycznym, nie znam niuansów ascezy. Nic. Kocham, bo kocham. Żyję tak, jak chce Bóg. Cieszę się lub znoszę to, co Bóg mi zsyła lub na co mi pozwala. Ale nie umiem nazwać tego czy owego, co odczuwam. Ojciec zadaje mi pytania, na które nie umiem odpowiedzieć, a ponieważ nie chcę nikogo wprowadzać w błąd, dając o sobie wyobrażenie, które nie odpowiada prawdzie, pokornie mówię Ojcu to, co wiem, tak jak wiem, i nic więcej. Może Ojciec, czytając i rozmawiając ze mną, zrozumie lepiej niż ja, na jakim jestem etapie. Przed chwilą zapytał mnie Ojciec, czy byłam kiedykolwiek pochłonięta Bogiem do tego stopnia, że nie odczuwałam już nic innego. Otóż nie wiem, czy dobrze zrozumiałam myśl Ojca. Jeśli Ojciec mówi o ekstazie, tak jak się ją zwykle rozumie, to z pewnością nigdy jej nie miałam. Jeśli natomiast Ojciec mówi o tym ekstatycznym odczuciu, w którym ludzka witalność nie zostaje stłumiona, lecz cała witalność skupia się w jednym punkcie, polaryzuje się w nim, tak że wszystko inne traci wartość i żyje się pośród rzeczy każdej godziny jakby otoczonym szatą, która nas izoluje i chroni, tworząc wokół nas jakby zasłonę ognia, wewnątrz której poruszamy się i działamy, patrząc jedynie na ośrodek, który nas przyciąga - to tak, miałam to wiele razy. Cały świat, który napiera na nas wokoło, traci kształt i wartość do tego stopnia, że jawi się nam (na chwilę) jako coś chimerycznego, podczas gdy prawdziwą rzeczywistością jest to, co uwielbiają, wchłaniają, czym żyją moce naszej duszy. Nie wiem, czy się wytłumaczyłam. Sądzę, że gdyby to trwało, zabiłoby w krótkim czasie. Sądzę jednak także, że ten, kto przeżył, choćby tylko raz, takie mistyczne doświadczenie, pozostaje nim naznaczony na całe życie. Jest to jakby wzrost naszej duchowej witalności, przejście z wieku mniejszego do wieku większego, tak że po każdym zanurzeniu się w tym mistycznym doświadczeniu znajdujemy się wzrośnięci w łasce i nadprzyrodzonej mądrości. I takimi pozostajemy na zawsze, jeśli umiemy być tego godni. Co więcej, sądzę wręcz, że nawet jeśli z ludzkiej słabości czasem się potykamy, lecz bez złej woli, wcześniej osiągnięta łaska nie zostaje unicestwiona: pozostaje jedynie odrętwiała, tak, tak że opóźnia się nadejście nowego zanurzenia w "radości smakowania i oglądania istoty Boga" (wierzę, że to właśnie się wtedy odczuwa), lecz nie traci się osiągniętego dobrodziejstwa. Traci się je tylko wtedy, gdy działa się z uporczywą, świadomą złą wolą. Trzeba pomyśleć, że ta "radość", która oderwuje nas od ludzkiej zmysłowości, by zanurzyć nas w boskiej nadzmysłowości, jest nam dana przez Boga, a więc przez Istotę, która nie trwoni swoich darów, obdarzając nimi z nierozważną rozrzutnością. Przypuszcza się zatem, że wraz z darem On daje inne siły, zdolne uczynić nas zdolnymi do obrony Jego daru w nas, przeciw wrogom, którzy są w nas samych: ciału, namiętnościom itd., itd.; i dlatego tylko rozmyślna, świętokradcza złość może sprawić, że staniemy się niezdolni do zachowania w sobie daru Bożego. Obym się przynajmniej dobrze wytłumaczyła! Ale powtarzam: jestem analfabetką w nauce mistycznej i dlatego mówię ludzkimi słowami to, co jest nadludzkie. Dziś cisnęło mi się na usta pytanie [o coś], co paliło mnie chęcią wiedzy: "Czy słyszałeś moje modlitwy w tych dniach? Czy spełniły cel, dla którego je zanosiłam?". Nie zapytałam Go o nic, składając także tę małą ofiarę na stosie, na którym płonę za tyle rzeczy, na tyle sposobów. To wydają się głupstwa. Ale czasem kosztują prawdziwy wysiłek. Poci się, wykonując je… O, Ojcze, jak męcząca jest miłość! Miłość, gdy spada z całą swą gwałtownością na serce zbyt małe, by ją pomieścić! O, Ojcze, jak rozumiem pragnienie, potrzebę zakochanych w Chrystusie, by otoczyć samotnością swoje żarliwe uczucia! Jak pragnę nocy, która daje mi sposobność bycia samą, gdy miłość mnie upaja, torturuje, daje mi łzy i śmiech. Gdybym mogła pokazać Ojcu, co czuję! Rozumiem, w pewnych chwilach, jak można umrzeć z miłości. Jednak za nic w świecie nie chciałabym zostać oszczędzona od tego najsłodszego uścisku, który jest agonią dla ciała, niezdolnego znieść jego siły bez poczucia, że się łamie, a który jest błogością dla ducha. Myślę o zdaniu[20] z Pieśni nad Pieśniami, którego wspomnienie unosi mi się w myśli: "Połóżcie mnie na kwiatach, oprzyjcie mnie na jabłkach, bo omdlewam z miłości". Wydaje mi się, że tak brzmi… i mówi to bardzo trafnie, ponieważ naprawdę czuje się, jak się omdlewa, zniszczonym przez miłość.
PRZYPISY
[20] Wyrażenie, które znajduje się w Pieśni nad Pieśniami 2:5.